Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

14 grudnia 2016

Raise hell


V r e e r   S t i e f v a t e r
Twardo stąpająca po ziemi, jak przystało na naukowca prowadzącego studenckie badania laboratoryjne. Jeśli coś nie ma naukowego potwierdzenia, to znaczy, że nie istnieje. Wierzy tylko w to, co zobaczy na własne oczy i trudno jej ufać komuś na tyle, by uwierzyć na słowo, bez sprawdzenia. Właścicielka Beriala, z którym gada co dzień jak z najlepszym przyjacielem, nawet jeśli on nie odpowiada, bo na czole nie ma białego półksiężyca. Ani nie jest karnym wcieleniem czarownika o imieniu Salem. Czasem sobie wyobraża, że ją rozumie i kiwa głową z politowaniem, myśli, jak by to było, gdyby mogli prowadzić dialog, a nie jedynie monolog płynący z ust Vreer, ale... Ale gdyby tak się stało, i tak by nie uwierzyła, uparcie twierdząc, że to tylko sen. Bo przecież nie wierzy w nic nadprzyrodzonego. I choć zdaje się, że wszystko traktuje ze śmiertelną powagą, to jednak ma całkiem niezłe poczucie humoru. Po prostu zawsze na początku zachowuje dystans. Do wszystkiego i wszystkich. Sceptycyzm jest nieodłączną częścią jej charakteru.

3 komentarze:

  1. [Co ty, przecież nie było wcale źle :) Mam nadzieję, że to poniżej może być. Dałam w pierwszej osobie, ale jeżeli ci to nie pasuje, mogę przestawić się na trzecią.]

    Im starsza jesteś, tym częściej przyłapujesz się na tym, że kolejne dziesięciolecia przeminęły gdzieś obok ciebie. Lata płyną, przesączają się między palcami, wlokąc ze sobą kruche nitki ludzkich losów, a ty jesteś w zasadzie obojętna. Wegetujesz, niepotrzebna i zapomniana. Czekasz na jeden drobny sygnał, na chwilę trwożliwej wiary albo niewinną nieuwagę, na śmiertelnika, który cię obudzi.
    Byłam przygotowana na koniec. Im potężniejszy demon, tym dłużej trwa jego agonia. Ja umierałam od stuleci. Odkąd śmiertelni przestali czynić ochronne znaki, odkąd skończyła się pozbawiona dociekań wiara w moją materialność, nie mogłam przybrać nowego, godniejszego ciała. Moi pomniejsi bracia i słudzy decydowali się na czerpanie z chwili obecnej, z samego faktu strachu: przed chorobą, przed wojną, przed śmiercią. Łaknęli tych okruchów, podtrzymywali swe istnienie, chwytając się formy byle szczura, nietoperza czy zawszonego, zaropiałego psa. Ja wolałam odejść z godnością. Zdążyłam zapomnieć, kim jestem i o co niegdyś walczyłam. Wygasłam, aż…
    Najpierw poczułam poruszenie. Subtelną ekscytację. Każdą cząstką prawdziwej siebie usłyszałam to jedno słowo. Imię. Moje imię. To wystarczyło, bym po raz pierwszy od lat naprawdę zobaczyła świat przez oczy śmiertelnej, której ciało sobie pożyczyłam. Bym poczuła delikatny opór twardego oparcia przedniego fotela na swoich plecach i powiew poruszonego klimatyzacją powietrza na odsłoniętym nadgarstku. Ledwie wyczuwalny ciężar eleganckiej, czarnej marynarki na ramionach. Muśnięcia miękkich włosów. Uśmiechnęłam się, czując, jak na powrót dopasowuję się do ludzkiej formy. Zastukałam długimi palcami o kierownicę. Minęła chwila, nim przypomniałam sobie, dlaczego jadę samochodem, co jest w teczce na tylnym siedzeniu i z jakiego powodu mam pod oczami tusz, który powinien tkwić na rzęsach. Zaparkowałam na pierwszym wolnym miejscu. Zachłysnęłam się pierwszym od dawna, świadomym oddechem.
    Ktoś mnie przywołał.
    Niemal słyszałam cichy szept, obietnicę paktu. Wyszłam z samochodu. Obcasy czarnych, zamszowych kozaków cicho stukały o chodnik, gdy szłam opustoszałym o tej porze osiedlem. Wyszłam zza rogu, płosząc bezpańskiego kota. Zwierzę uciekło, jakby zobaczyło swój najgorszy koszmar. Odczekałam chwilę, potem ruszyłam wolno, ale pewnie, jakby prowadziła mnie zawieszona w powietrzu nić. Czułam rosnące podniecenie wizją prawdziwego kontraktu. Po tylu latach. Znów.
    I wtedy zobaczyłam moją śmiertelniczkę. Leżała na chodniku, bezbronna i słaba… Westchnęłam. To ona. Wyraźnie widziałam, że jej ciało otacza jasny kontur energii. Przed chwilą mnie wezwała. Zatrzymałam się w odległości kilku metrów.
    - Potrzebuje pani mojej pomocy?
    Potrzebowałam dowodu jej wolnej woli.

    OdpowiedzUsuń
  2. Powstrzymałam grymas. Kiedy zostałam przywołana, liczyłam, że to coś poważnego. Spodziewałam się, przede wszystkim, mężczyzny. Ta poobijana dziewczyna…
    Wykrzywiłam usta w nieobejmującym oczu uśmiechu. Same wargi, by nie było widać ostrych końcówek zębów.
    - Nie bój się, nic ci teraz nie grozi – powiedziałam cicho, używając najbardziej hipnotycznego tonu, na jaki było mnie stać. Samowolnie przeszłam na ty, jakoś nie wyobrażałam sobie, bym mogła mówić do niej inaczej. Zresztą, jakie to miało znaczenie? Jeśli mi zakaże, oczywiście przestanę.
    Podtrzymałam ją. Założyłam sobie jej rękę na ramiona, wolną dłonią przytrzymałam ją w pasie tak, by mogła się o mnie oprzeć. Z każdym oddechem wyraźniej czułam jej zapach. Laboratorium. Chemikalia. Kocia sierść. Subtelny zapach szamponu na włosach. Zapach ludzkiej skóry, w jej wydaniu dość delikatny. Nie byłam pewna, co powinnam zrobić. Zazwyczaj śmiertelnicy, którzy mnie przywoływali, mieli jasno sprecyzowane żądania.
    - Chcesz żebym odwiozła cię do szpitala, czy do domu? – próbowałam się domyślić, jaki jest pierwszy rozkaz.- Mam się na kimś zemścić? Odnaleźć kogoś? Przekazać coś? – usiłowałam doprecyzować zupełnie dla mnie niejasną sytuację.

    [Jaki słodki xD]

    OdpowiedzUsuń
  3. - Prędzej dokąd? – docisnęłam ją, coraz bardziej pragnąc konkretu. Po co mnie przywołała, skoro niczego nie chce?
    Uniosłam brew, wyczuwając jej zdumienie, nieomal szok.
    - Nie wierzysz w moje możliwości? – zapytałam chłodno, coraz bardziej urażona. Za kogo ona mnie ma? Myśli, że nie potrafię wytropić byle człowieka? I ja mam być związana paktem z kimś takim? – Daj mi godzinę, a przywlokę ci tego śmiertelnika na łańcuchu. – Nie spuszczałam z niej wzroku. Zaskoczyło mnie, że w ogóle nie próbuje chronić swojej świadomości. Osobiste informacje o niej były tak dostępne, jakby zapisała je dla mnie na kartce. – Mogę zrobić, co zechcesz, Vreer. Co tylko zechcesz – stwierdziłam całkowicie poważnie.
    Pozwoliłam się jej odsunąć, choć nie udało mi się powstrzymać złośliwego uśmieszku, kwitującego jej wysiłki, by stać prosto.
    Kiedy usłyszałam następne pytanie, znieruchomiałam.
    - Przecież mnie przywołałaś – wydusiłam. – Jak możesz nie wiedzieć…?
    Ale ona naprawdę nie miała pojęcia. Czułam to po aurze niepewności, jaka ją teraz otaczała, widziałam po idiotycznie zadziwionej minie. Westchnęłam, jakby ktoś założył mi na barki ogromny ciężar.
    - Jestem Beliar. Księżna Piekieł.

    OdpowiedzUsuń