Żyjemy, piszemy! Niedługo pojawi się lista obecności.

26 marca 2017

[KP] Josephine Blanchett

Josephine Blanchett


Mając dwadzieścia pięć lat Jose jest już za stara by pracować w swoim zawodzie. Zaczęła mając lat siedemnaście gdy została zauważona przez jednego fotografa na targach pracy na pobliskiej uczelni. Uważał, że jej nietypowa uroda zawładnie sercami większości Amerykanów. Państwo Blanchett nie byli zadowoleni, modeling to nie praca. Kobieta musi mieć wykształcenie by móc poradzić sobie w życiu, nigdy nie może być zależna od nikogo, szczególnie od mężczyzny. Josephine nie posłuchała rodziców, zaczęła swoją karierę dość szybko i ledwo ukończyła szkołę. O studiach nie było nawet mowy, miała kontrakty. Jeśli ktoś nie pracował w tym zawodzie nie zdaje sobie sprawy ile wyrzeczeń kosztuje on człowieka. Musisz dbać o swoją figurę bardziej niż inni, nie możesz zjeść więcej niż określona liczba kalorii. Codziennie ćwiczenia, które nie raz powodują przeszywający ból. Musisz zawsze ładnie wyglądać, chodzić na spotkania towarzyskie by poznawać nowych ludzi. W nich nie chodzi o to by zobaczyli jaki iloraz inteligencji posiadasz, mężczyźni mają cię pożądać, wodzić swoimi okropnymi łapskami po twoim ciele i być gotowi zapłacić ci każdą cenę za namiastkę twojego ciała gdy żona nie patrzy. Twoje ciało jest towarem, seks staje się drogą usługą, jeśli chcesz sławy zaciśniesz zęby i udasz, że doszłaś do wszystkiego tylko dlatego, że miałaś talent bądź dlatego, że ludzie cię polubili. Teraz gdy twoja twarz już nie jest młoda a kanony mody się zmieniły musisz znaleźć sobie nowe zajęcie. Pieniędzy ci nie brakuje, zostały ci jeszcze z czasów kiedy byłaś numerem jeden. Chodzi tu raczej o czas wolny, który spędzany w samotności cię dobija, sprawia, że masz ochotę wydłubać sobie oczy a najlepiej przy okazji i duszę. Przyjaźnie znikają gdy nie jesteś na topie, zostaje tylko kilka osób, które były od zawsze. Tak własnie było z Amber, blondynką, która nie miała szczęścia do mężczyzn. Od razu po skończeniu studiów urodziła dziecko, a ojciec zwiał dwa miesiące potem sądząc, że nie jest gotowy. Co masz zrobić gdy bliska cie osoba prosi o pomoc? Oczywiście, że zgadzasz się bez zastanowienia. Nawet gdy jest to niańczenie siedmioletniej dziewczynki o imieniu Carol, która zamęczy jej kota na amen. 

3 komentarze:

  1. Samuel uwielbiał swoją pracę. Fakt faktem, nie była ona łatwa i niejednokrotnie wiązała się z rozczarowaniami, lecz koniec końców robił to, o czym zawsze marzył - pomagał innym, tak jak kiedyś inni przyszli mu z pomocą. Nie pamiętał swojej biologicznej matki. Nic w tym dziwnego, skoro miał zaledwie pięć miesięcy, kiedy tamta zmarła. Jako swoich rodziców uznawał więc Stellę i Petera Whitney, uroczą parę zmagającą się z bezpłodnością kobiety, która od lat marzyła o dziecku. Wychowali Samuela, jakby był z nimi od samego początku, obdarzyli go najczystszą, rodzicielską miłością, dzięki czemu wyrósł na mądrego i dobrego mężczyznę.
    Za każdym razem o nich myślał, gdy przedstawiał dziecko potencjalnej rodzinie adopcyjnej. Tak było i tym razem. Stał pod drzwiami domu niejakiej Josephine Blanchett, by przekazać jej nie do końca radosne wieści. Niełatwo było mówić o czyjejś śmierci, tak samo jak nie łatwo było informować kogoś nieznajomego, że teraz całe jego życie wywróci się do góry nogami za sprawą pewnej małej istotki. Ludzie reagowali skrajnie różnie, a częścią jego zawodu było wysłuchiwanie ich żalów i wykrzesanie z siebie resztki optymizmu, by uświadomić im, że świat tutaj się nie kończy.
    Kiedy otworzyła przed nim drzwi, zlustrował ją wzrokiem zważywszy na dość niecodzienny strój - ręcznik, którym była owinięta. Mimo iż nieco go to zdziwiło, postanowiła wcale tego po sobie nie pokazać. Uśmiechnął się tylko smutno i zaczął z formalnościami.
    - Dzień dobry, nazywam się Samuel Whitney, jestem przedstawicielem opieki społecznej i mam do pani pewne wieści. Czy mogę wejść do środka?

    OdpowiedzUsuń
  2. Po raz kolejny uważne zlustrował ją wzrokiem. Cóż, zapewne spodziewała się kogoś innego. Kogoś, kto zdecydowanie nie był pracownikiem opieki społecznej, mającym przekazać jej wieść o śmierci jej przyjaciółki. Jednak strój kobiety był teraz ostatnią rzeczą o jakiej myślał. Początkowo zignorował nawet fakt, że niejaka Josephine była niezwykle atrakcyjna. Od śmierci Yvette rzadko kiedy patrzył na przedstawicielki płci pięknej z pożądaniem. Choć minęło już siedem lat, wciąż nie mógł się otrząsnąć po tym traumatycznym wydarzeniu. Praca pozwalała mu zapomnieć, skupić się na formalnościach, całkowicie ignorując fakt, jak cholernie samotne było jego życie. Że, mimo iż skończył już trzydzieści lat, jego jedyną rodziną pozostawali Whitney'owie oraz dzieciaki, którymi zajmował się w ośrodku.
    Słysząc zaproszenie kobiety, ostrożnie wszedł do środka. Wnętrze mieszkania było ogromne jak na jego standardy, przez co czuł się nieco przytłoczony. Nie lubił współpracować z bogatymi ludźmi. Tacy zazwyczaj byli zbyt pyszni, zbyt pewni siebie i niezdolni do poświęceń mimo ogromnej ilości pieniędzy, jakie posiadali. I choć na dobrą sprawę wiedział, że powinien pozostać bezstronny, jego doświadczenia bardzo często kierowały jego działaniami. I, wbrew pozorom, póki co świetnie na tym wychodził.
    - Dziękuję - odparł, siadając na kanapie i dość nieśmiało opierając się o jej tył plecami. Czasem dziwiło go to, że w tak różnorodnie urządzonych domach czuł się bardziej niekomfortowo niż w ciasnych klitkach, w których często mieściło się troje albo nawet czworo ludzi, a w powietrzu unosił się zapach stęchlizny. Z tego względu miał nadzieję, że uda mu się załatwić sprawę jak najszybciej to możliwe.
    Kiedy Josephine wyszła w celu przebrania się, wyciągnął ze swojej teczki odpowiednie dokumenty i położył je na szklanym stoliku, po czym cierpliwie czekał na kobietę.
    - Nie, dziękuję - odmówił kulturalnie, po czym wyprostował się na swoim siedzeniu i podsunął papiery w jej kierunku.
    - Mam pani do przekazania pewną wiadomość. Jest mi bardzo przykro, ale pani przyjaciółka, Amber, zmarła przedwczoraj w wyniku przedawkowania heroiny - powiedział cichym, lecz pewnym głosem, uważnie obserwując jej reakcje.
    Ludzie w podobnej sytuacji zazwyczaj nie dowierzali, wybuchali płaczem lub zaczynali krzyczeć. Z tego względu Samuel za każdym razem starał się dopasować swoje zachowanie do konkretnej osoby, przekazując jej odpowiednie wsparcie. I, co najważniejsze, starał się nie podchodzić do sprawy zbyt emocjonalnie, gdyż nadmiar uczuć mógł z łatwością zaburzyć jego ocenę i odjąć mu profesjonalizmu. W końcu jego zadaniem było pomagać, a nie przyjmować pomoc.

    OdpowiedzUsuń
  3. Starał się nie patrzeć na nią ze sztucznym współczuciem, lecz ze zrozumieniem. Wiedział, że litość jedynie denerwowała osoby, z którymi rozmawiał. W ich rozumowaniu nie było sensu w tym, że obcy mężczyzna współczuł komuś, kogo praktycznie nie znał, dlatego też Samuel za wszelką cenę próbował odegrać rolę kogoś silnego, kogoś, kto okaże się prawdziwym wsparciem, nie kolejnym człowiekiem, z którym można płakać. Choć prawdę mówiąc mężczyzna był niezwykle empatyczną istotę i niemal za każdym razem przeżywał sprawy, jakimi się zajmował. Nie potrafił oddzielić swojego życia prywatnego od pracy. O ile mówienie, że Whitney miał jakiekolwiek życie prywatne nie było już wyolbrzymieniem. Mężczyzna rzadko wychodził z mieszkania w celach innych niż udanie się na kolejną zmianę czy odrobienie kolejnych nadgodzin. Przyjaciele? Owszem, miał ich. Lecz ich znajomości były niezwykle powierzchowne i ograniczały się do relacjonowania nieistotnych wydarzeń z tygodnia i pogawędek o pogodzie.
    Zdziwiło go to, że kobieta od razu przeszła do konkretów. Ludzie zwykle dopytywali o okoliczności śmierci, płakali i nie dowierzali. Tym razem było inaczej. Samuel zamierzał jednak zignorować reakcję Josephine i, tak samo jak ona, zająć się formalnościami.
    - Tak, przyszedłem tu w sprawie Carol. Tak się składa, że pani przyjaciółka podała panią o jako potencjalną opiekunkę w razie własnej śmierci. Nie wspominała nic o matce - wytłumaczył. - Domyślam się, że to dla pani trudne i jednocześnie niczego nie narzucam. Jeśli się pani nie zgodzi, Carol trafi do placówki opiekuńczej. Pracuję tam i mogę zapewnić, że to miejsce jest naprawdę dobre, wszyscy dbają o podopiecznych, niczego im nie brakuje. Jedna pragnę tylko poinformować panią, że z perspektywy Carol najlepiej byłoby, gdyby zajął się nią ktoś znajomy. Na przykład pani.

    OdpowiedzUsuń