Żyjemy, piszemy! Niedługo pojawi się lista obecności.

17 maja 2017

[KP] Harper Willow



„Nikt prawie nie wie, dokąd go zaprowadzi droga, póki nie stanie u celu.” – Tolkien

Harper Willow
 
Urodziła się z głęboko zakorzenioną tęsknotą za czymś, czego nigdy nie potrafiła odnaleźć, a nawet określić czym to było.  Była w wielu miejscach, ale zawsze szukała czegoś nowego. Od małego towarzyszył jej sentyment do staroci, którym lubiła przypisywać różne historie. Zapewne to i artystyczna dusza pchnęły ją na konserwację i restaurację dzieł sztuki, z których robi doktorat.
Istotne decyzje podejmuje przeważnie pod wpływem impulsu, a nie dogłębnych przemyśleń. Dogłębne przemyślenia przeznacza na bardziej błahe sprawy. Wie i potrafi więcej niż myślisz. Rzadko się wychyla i stara nazbyt nie wyróżniać z tłumu, co często jej nie wychodzi. Pogodne usposobienie przyciąga do niej ludzi, do których stara się nie przywiązywać. Mimo wszystko woli towarzystwo zwierząt. Jej życiem od zawsze rządziły przypadek, wypadek i szczęście w nieszczęściu.

32 komentarze:

  1. [ Pani jest bardzo zacna :D ]

    Był zły, że został poinformowany o tym wszystkim tak późno. Przecież powinien o tym wiedzieć jeszcze zanim ekspedycja w ogóle ruszyła. Teraz pospiesznie zbierał rozrzucone po całym gabinecie dokumenty i upychał je do szuflad aby stworzyć pozór porządku. Pracował w twórczym nieokiełznanym chaosie, w którym jednak zawsze mógł wszystko odnaleźć. Napisał odręcznie podanie do rektora o przydzielenie do wykopalisk w Syrii. Nie czekał na potwerdzenie i zgodę. Wiedział, ze je otrzyma. Wybrał numer na ekranie swojego telefonu i przeciskając go do ucha ramieniem, wrzucał do torby ubrania z szafy i komody.
    Miejsce w ekipie miał zarezerwowane od razu, gdy dowiedział się o tym, ze już kopią. Dlaczego do cholery tam w ogóle kopią?! Kto im pozowlił kopać właśnie tam?! Dlaczego nikt nie zareagował na to kopanie?! I teraz on musi porzucić swoją pracę i wyjazd do Nowego Meksyku, bo oni kopią właśnie tam a tam nie można kopać.
    - Witaj Flizt - przywitał się ze współpracownikiem, gdy ten w końcu był łaskaw odebrać. - Lecę do Syrii. Zaraz. Mam samolot za godzinę. Wiesz, ze tam kopią?
    - No wiem. Przecież...
    - A ja się dowiedziałem dzisiaj! -przerwał mu Lace.
    - Skoro pozwolono im kopać, znaczy że był jakiś powód. Nie denerwuj się. Leć tam i zobacz jak się sytuacja rozwinie.
    - Świetnie. Po prostu świetnie... Wiesz ile tam jest piasku? Piasek jest wszędzie. Dosłownie wszędzie!
    - Przestań marudzić. Spakuj się i leć. Później pogadamy...
    Rozłączył się. Wrzucił do torby jeszcze dwie koszule, nie poskładać. Upchnął na siłę co się dało i udał się na lotnisko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było tu tak jak zapamiętał. Upał bym wyjątkowo nieprzyjemny. Jednak panował tu zupełnie inny klimat i temperatura była znośna.
      Po ponad godzinie był na miejscu. Wykopaliska nie były spektakularne. Kilka namiotów, wynajęci pracownicy - miejscowi ludzie, którzy chcieli dorobić oraz grupka archeologów i studentów. Dostrzegł też kilka osób z bronią palną. Wyglądało na to, ze pobliskie plemona nie były zachwycone pracami w tym miejscu i Lance wcale się im nie dziwił. Problem się pojawi dopiero wtedy gdy starszyzna plemion uzna, ze archeolodzy są zbyt blisko i zechcą ich stąd przegonić. Podszedł do niego profesor Spencer. Poznał go na którymś z sympozjów i od tamtej pory bardzo często na siebie wpadali. Zdaniem Knighta, zbyt często. Dlatego zawsze w jego towarzystwie zachowywał wzmożoną czujność.
      - Już trzy dni temu się dowiedziałem, że do nas dołączysz. Aż się zdziwiłem, że pojawiasz isę tak późno. - powiedział mężczyzna, uśmiechając się szeroko i klepiąc Knighta po ramionach.
      - Miałem pare rzeczy do załątwienia. - powiedział, zgodnie z prawdą.
      - A słyszałem, słyszalem. Ponoć miałeś jechać do Nowego Meksyku. Za karę cie tu przysłali? - spytał z uśmiechając sie wesoło.
      - Nie, po prostu Nowy Meksyk nie wypalił. Zatarg z Indianami o świętą ziemię. Zdarza się. Dlatego jestem tu.
      - To nawet dobrze. Bardzo się cieszę. Bo wiesz, chłopie ty przynosisz szczęście. Przestawię cie. Chociaż większość już cie zna. Nasi studenci pracują na wielu twoich opracowaniach.
      Najpierw przydzielono mu namiot, w którym mógł zostawić swoje rzeczy.
      Profesor poprowadził Knighta w stronę wyznaczonych terenów, na których dokonywało się przesiewów i oznaczało strukturę terenu. Lancelot uniósł brew. Oznaczali piach w piachu... trochę bezsensu. Tylko marnują czas.Ale nie powie tego głośno. On był tu tylko gościem.
      Profesor Spencer przedstawił po kolei uczestników, kilku studentów i studentek archeologii oraz bardziej doświadczonych badaczy.
      - A oto nasza doktorantka Harper Willow. Nasza nowa nadzieja. Ale właściwie, Knight byłeś w tej okolicy prawda?
      - Tak byłem i...
      - Właśnie! Badałeś ruiny twierdzy krzyżowców. Ale tutaj nie kopaliście, prawda?
      - Tak, ale...
      - To się nawet dobrze składa. - Spencer znów mu przerwał, co wywołało u Lancelota potężną falę irytacji. - Droga panno Willow, to jest doktor Lancelot Knight. Został nam przydzielony do zespołu, chociaż miał lecieć prowadzic wykopaliska w Nowym Meksyku. Ale coś nie wypaliło. Ledwo rok czy dwa lata temu badał twierdzę krzyżowców, położoną całkiem niedaleko. Może się państwo tam wybierzecie? Ponoć pozostały tam zabytkowe malowidła naścienne. Prawda, Knight?
      - Były, ale...
      - No to świetnie. Może pani to wykorzystać w swojej pracy. Zostawiam państwa. Porozmawiajcie sobie.
      Dopiero gdy Spencer odszedł, Lance odetchnął z ulgą. Podrapał się w czubek głowy. Wyczuł piach we włosach. A więc już się zaczęła piaskowa inwazja...
      Spojrzał na kobietę. Wydawała się być już przyzwyczajona do zachowania profesora.
      - Dzień dobry. - zaczął, gdyż wcześniej nawet nie miał okazji się porządnie przywitać.

      Usuń
  2. [ Raczej jestem zadowolony :) Widziałaś miśka z bliska? XD Zazdroszczę :D ]

    Spojrzał na jej wyciągniętą dłoń jakby z przestrachem. Jednak uścisnął ją,uśmiechając się uprzejmie.
    - Lancelot Knight. I proszę darować sobie dowcipy...
    Przez pół życia wysłuchiwał dowcipów przez to imię i nazwisko. Z resztą nie tylko on. Jego bracia też nie mieli łatwo. A wszystko to przez mierne poczucie humoru ich rodziców.
    Zmarszczył brwi, gdy tak po prostu wyszła. Czy w tym cholernym obozie nikt nie miał zamiaru go pytać o zdanie? Westchnął z rezygnacją. A więc od razu do pracy...
    Zabrał torbę, którą przewiesił sobie przez ramię. Wsadził do niej to co było najpotrzebniejsze, mapę, nóż, wodę, rękawiczki, jakiś prowiant, szkicownik, ołówki i wosk... no i broń. Wiedział, że tubylcy nie zbliżają się do twierdzy. Uważają to miejsce za przeklęte i dlatego było najbezpieczneijsze w okolicy. Jednak trzeba było tam jeszcze dotrzeć.
    Zawiązał sobie na głowie arafatkę by chronić głowę przed słońcem a twarz przed pyłem. Do tego okulary przeciwsłoneczne.
    Wyszedł z namiotu. Trochę się zdziwił, że jeszcze nie odjechała. Może rzeczywiście chciała na niego poczekać.
    - Niech pani zakryje włosy. - zwrócił się do Willow - Będą nas obserwować. Lepiej by nie zapamiętali zbyt dobrze. Kiedy tu byłem ostatnim razem, mieliśmy konie. Ale widzę... że zbytnio się nie przejmujecie zdaniem tubylców.
    Pobrał kluczyki do jednego z terenowych aut. Wrzucił do niego jeszcze dwa zawiniątke, które zabrał ze swojego namiotu. Jeśli ktoś ich zatrzyma, chociaż będą mieli się czym wykupić.

    Jechali na zachód jakieś dwadzieścia minut a potem na południe. Twierdzę widać było już z daleka. Była zbudowana z dziwnego, czarnego kamienia jakiego tutaj na pustyni się nie spotykało. Nie była to duża twierdza. Dzielnie opierała się piaskom i tutejszym upałom. Po lewej stronie, Knight wyraźnie widział odbijające się od soczewek lornetki odbłyski. Nie dziwiło go to. Zapewne w drodze powrotnej tubylcy się pojawią. Brama z kutego żelaza dawno już spadła, gdyż sparciałe liny i drewniane elementy nie były w stanie utrzymać dłużej jej ciężaru. Lancelot wjechał na dziedziniec. Zatrzymał samochód obok studni, w cieniu.
    - Tubylcy uważają twierdzę za miejsce przeklęte. Nie wchodzą tu... Kamień z którego została zbudowana, nie pochodzi stąd. To czarny bazalt.
    Poprowadził swoją nową koleżankę do komnat. Było ich niewiele. Jedna większa i kilka małych, zapewne kwater rycerzy.
    - Kiedy tu przybyliśmy, wszystko z góry było zasypane piaskiem. Ale nie został naniesiony przez wiatr. Tutejsze plemiona zasypały twierdzę. Dlatego wszystko się tak dobrze zachowało.
    W twierdzy było rozkosznie chłodno. Mimo panującego upału, kamienne ściany pozostawały niemal lodowato zimne. Pokazał jej jedną z komnat, która mieściła się w podziemiu. Był to grobowiec. Stały tam cztery sarkofagi, bogato rzeźbione. Wszystkie z czarnego bazaltu, tak jak cały budynek. Jednak nie one były najistotniejsze. Knight zapalił jedną z mocnych lamp które zabrał z samochodu i oświetlił ścianę. Malowidła przedstawiały Eden, drzewo życia oraz cztery rzeki dwie z wydawało by się normalną wodą, jedna z wodą białą oraz jedna z brązową. Freski były prawdziwym dziełem sztuki. Ze względu na to, że nie było tu żadnego źródła światła kolory pozostały żywe a same kształty bardzo wyraźne. Lancelot interesował się nimi głównie przez symbolikę. W końcu tym się zajmował.
    - od razu powiem, że zdjęcia nie wychodzą... Próbowałem aparatem cyfrowym i takim starym, na kliszowym. Może pani to sobie przerysować... Ale musimy stąd wyjechać na tyle szybko by wrócić do obozu przed zachodem.

    OdpowiedzUsuń
  3. [ Mam swojego niedźwiadka. Takie tam, pluszowe sprawy z dzieciństwa. I on mi na razie wystarczy xD ]

    - Prawdopodobnie nie zostaną otwarte nigdy. Nie mają pokrywy. Wydają się być zrobione z litego kawałka kamienia. Jeśli jest gdzieś szpara, dzięki której można podważyć wieko, to na prawdę musi być niewidoczna. Nie możemy ich stąd zabrać. Tutejsze klany kategorycznie odmówiły. Podobnie jak rząd tego kraju. Tutaj ich nie otworzymy, bo nie mamy sprzętu ani możliwości. Poza naszkicowaniem ich i obejrzeniem, nie mamy prawa ich dotykać.
    ekspedycja, która badała tę twierdzę miała dwa główne zadania. Jedna, oficjalna część była błaha i ogólnie dla Lancelota mało istotna. Jednak ta druga, której poświęcił prawie pół roku ciężkiej pracy, była obecnie zagrożona. Jednak na razie, miał zamiar rozpoznać teren i ludzi, z którymi miał pracować.
    - Wszystkie malowidła w twierdzy mają związek z Edenem i Rajem utraconym. To bardzo ciekawe, bo inne twierdze tego typu nie są monotematyczne i w żadnej dotąd zbadanej, nie było aż tak misternych rzeźb i fresków. Badałem symbolikę, którą tu ujęto. Tym się właściwie zajmuje... - dodał, jakby nie był pewien czy ta kobieta w ogóle wie jakiej specjalizacji się poświęcił.
    Usłyszał kroki. Trudno było ich nie słyszeć w przejmującej ciszy panującej w tych murach. Tutaj, wewnątrz miało sie wrażenie, że nic poza zimnymi murami z bazaltu nie istnieje. To dziwne uczucie towarzyszyło każdemu, kto tu wszedł. Chyba też to była jedna z przyczyn, przez którą odbyła się tylko jedna ekspedycja, badająca ten zabytek. Nie licząc oczywiście tej, która obecnie kopała w piachu. Lancelot liczył tylko, że nie dokopią się do złoża mumio.
    Powolnym ruchem, zgasił lampę i odłożył ją na piasek. Potem wydobył z torby pistolet. Przeładował, starając się zrobić to jak najciszej i odbezpieczył.
    - Tubylcy tu nie wchodzą. - szepnął. - Jesteśmy tu sami... Nie słyszałem samochodu.
    Był zły na siebie, że nie sprawdził śladów na piasku nim weszli głębiej. Ktoś mógł być tu wcześniej, a on władował się tu, ignorując wszystkie zasady bezpieczeństwa, które rodzice wbijali mu do głowy od lat. Cóż, to zapewne wina tej kobiety. Rozpraszała go...
    - Jeśli Spencer nikogo nie przysłał... W promieniu wielu mil nie ma nikogo, kto z własnej woli by tu wszedł. Chyba ze... to tylko złudzenie.
    Chyba liczył na złudzenie. Nie wyglądał na kogoś kto potrafi strzelać i się być. Jednak pozory zwykle mylą. Właśnie ze względu na jego chaotyczną naturę i pewne zdziwaczałe choć pogodne usposobienie, zwykle był postrzegany jako czlowiek całkowicie nieszkodaliwy.
    - W razie czego, krzycz... Albo chodź ze mną. - powiedział, uśmiechając się do niej. Ruszył przed siebie w kierunku, z którego jak im się zdawało dochodził odgłos kroków. Jednak echo potrafi zmylić i właściwie nie był pewien czy idzie w dobrym kierunku.
    Szedł po schodach na dziedziniec. Samochód stał na miejscu. Wyglądał na nienaruszony. Przesunął się wzdłuż ściany, uważnie obserwując ciemne zakamarki dziedzińca oraz ściany. Dostrzegł jakiś ruch w otworze okiennym na piętrze.
    Wdrapał się po kamiennych stopniach, prowadzących do części twierdzy, w której znajdowały się cele rycerzy. Tutaj również ściany były ozdobione malowidłami. Właściwie w każdym pomieszczeniu były ona bardzo do siebie podobne.
    Tutaj kroki były jeszcze lepiej słyszalne. Lancelot uśmiechnął sie pod nosem. Kto by przypuszczał, że takie emocje wywoła zwykła wycieczka do opuszczonego, niby nawiedzonego miejsca?
    Wszedł do następnego pomieszczenia, celując do obcego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Przestań do mnie mierzyć. - zaśmiała się kobieta, która aż podskoczyła gdy Lancelottak nagle wyłonił się zza rogu. - Nie poznajesz mnie?
      Knight opuścił broń i pokręcił głową. Doktor Elsa Schneider (skoro już zostajemy w klimatach Indiego) była uroczą i niezwykle piękną blondynką. Pochodziła z Austrii, czego nie dało się ukryć zwłaszcza w akcencie.
      - Co ty tu robisz? - spytał archeolog, zabezpieczając broń.
      - Przyjechałam na ekspedycję, tak jak ty. Widziałam, że się kierujesz w tą stronę i postanowiłam, ze cie dogonię.
      - Nie słyszałem dźwięku silnika.
      - Zostawiłam motor trochę dalej, by ci zrobić niespodziankę.
      - Prawdę mówiąc to jest to beznadzieja niespodzianka. - mruknął. Ta kobieta go drażniła. Wiedziała, ze należy do pewnej organizacji i bardzo go tym dręczyła, chociaż on ciągle powtarzał, ze do żadnej tajnej organizacji nie należy.
      - Nastraszyłam cię? Takiego silnego i przystojnego mężczyznę?
      Knight uśmiechnął się, bo tylko to mu zostało. Znów te jej sztuczki... Raz dał się skusić i teraz musi za to pokutować. To nagłe pojawienie się Elsy było więcej niż podejrzane. Ta kobieta zawsze zwiastowała kłopoty... Była wścibska. Zdecydowanie zbyt inteligentna i co najgorsze, zbyt bezwzględna.
      Knight odwrócił się by uspokoić swoją towarzyszkę.
      - Elsa, poznaj Harper Willow, moją współpracowniczkę. Panno Willow, to jest doktor Elsa Schneider, moja...
      - Dziewczyna? - przerwała mu Elsa, robiąc to co potrafiła robić najlepiej. Zrażała i skłócała ludzi.
      - ... znajoma. - dokończył zdanie Lancelot, nie przejmując się dodatkiem wypowiedzianym przez kobietą. Nic ich nie łączyło. Przynajmniej on miał taką nadzieję.

      Usuń
  4. [ Jak to ktoś związany z miśkami, to pewnie nie słyszałem XD ]

    - Ja też pójdę. - powiedział, jednak Elsa zatrzymała go, łapiąc pewnie za rękę.
    - Poradzi sobie. Chciałam z tobą porozmawiać. Rozmawiałeś z tą organizacją, jak prosiłam? Chce do was dołączyć...
    - Jaką organizacją? Elsa... jedyna tajna organizacja do której należę to zamaskowani szachiści z Harvardu. Nie wiem czy na pewno chcesz tam należeć.
    - Wiesz o czym mówić, Lance. Myślałam, ze dowiodłam iż można mi ufać. - jęknęła, trzepocząc rzęsami. Knight westchnął głęboko. Gdyby tylko nie był tak naiwny, teraz nie miałby problemów. Nie był taki jak reszta jego rodzeństwa. Zawsze był uważany za czarną owcę w rodzinie i tą sprawą z Elsą dowiódł, że istotnie do niczego się nie nadaje. Nawet do utrzymania w tajemnicy pewnych spraw.
    - Nie wiem na prawdę o co ci chodzi. Coś sobie ubzdurałaś.
    Uśmiechnął się pogodnie i udał w strone schodów na dziedziniec a później do podziemi, gdzie były sarkofagi i najciekawszy fresk.
    Przystanął na chwilę, gdy doszedł go krzyk. Ruszył biegiem przed siebie. Słyszał, że Elsa również biegnie za nim. Wpadł do krypty, zatrzymując się zaraz, rozglądając się. Willow była sama w pomieszczeniu. Odetchnął z niejaką ulgą. Chyba spodziewał się jakichś wrogów, tubylców z maczetami. Ale nikogo nie było.
    - Ale mnie pani wystraszyła. - westchnął - Wszystko w porządku?
    - Musisz bardziej uważać Harper. - zaczęła Elsa, od razu przechodząc do mniej formalnej formy. - Łatwo sobie tu zrobić krzywdę. Ah, to w te malowidła się tak wgapiałeś Lance? - spytała, przyglądając się podświetlonym freskom. - Istotnie niezwykłe...
    - Może pójdziesz po swój motocykl? Niedługo wracamy do obozu.
    - Uwielbiam kiedy jesteś taki opiekuńczy. - zaśmiała się Elsa, wracając na dziedziniec by wrócić po motor, zostawiony kilka metrów od twierdzy. Mężczyzna wywrócił oczami. Czy ona na prawdę uważała, ze da się znów nabrać? Jeszcze niedawno, uważał że ją kocha. A potem okazało się to wszystko jedną wielką pomyłką i mistyfikacją. Oczami wyobraźni widział jak jak mężczyźni z obozu ślinią się do tej pięknej blondyneczki i łykają każdy komplement z jej ust, gotowi zrobić wszystko co biała królowa nakaże. Całkiem niedawno sam tam miał. Chociaż nigdy nie spodziewał się, że jakakolwiek kobieta, zwłaszcza taka jak Elsa, może zwrócić na niego uwagę. Przyzwyczaił się do myśli, że będzie singlem do końca życia, zakopanym w papierach, starociach i starodrukach. Aż pewnego razu przysypie go kupa papierów i umrze tam, a papier go zakonserwuje i stworzy mumię, którą może kiedyś odkryją jego bracia, którzy wpadną mu podokuczać, jak zwykle. Gdy pojawiła się Elsa, powinien od razu domyślić się, że coś jest nie w porządku. A jednak dał się ponieść nadziei.
    Lancelot, poprawił arafatę, zawiązaną wokół szyi i podrapał się po głowie. Jak się spodziewał, piasek we włosach wręcz zaszeleścił.
    - Nie wygląda pani dobrze. Jutro tu wrócimy. Teraz lepiej już wracać.

    OdpowiedzUsuń
  5. [ Ludzie z pasją są fascynujący. Ale czasem pasja ociera się trochę o głupotę i rodzą się z tego problemy... Ale to nie znaczy, ze to źle ;) ]

    Miał wrażenie, że atmosfera zrobiła się bardzo napięta. Był za to pewien, że Willow coś dostrzegła i bardzo starała się udawać, że wszystko jest w porządku. Jednak widział, ze o czymś bardzo intensywnie rozmyśla. ale na razie, zostawił ją w spokoju.

    Tak jak się spodziewał, Elisa została osaczona przez mężczyzn. Była jak królowa pszczół. Przy kolacji, nie był skłonny do rozmów. Siedział gdzieś z boku, przeglądając swoje szkice. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że freski się zmieniły od czasu jego poprzedniej wizyty. Miał bardzo dobrą pamięć do takich drobiazgów. Ale zapominał nazwisk. I zapominał też o spotkaniach. I o wszystkim co nie wiązało się z pracą. Ale poza tym, pamięć miał dobrą.
    Poprawił okulary na nosie. Willow pojawiła się na chwilę, ale zaraz potem zniknęła. Wszyscy i tak byli skupieni na Elsie. Blondynka natomiast ciągle rzucała długie spojrzenia, skupionemu na pracy Knightowi. Czuł na sobie jej spojrzenie, dlatego starał się nie patrzeć w jej stronę.
    Bardzo żałował, ze nie mają koni. Zwierzęta były ciche i dużo bardziej użyteczne w tych warunkach. Bardzo chciał sprawdzić, czy ma racje. Słońce już niemal zaszło, a on wiedział, że jutro znów przyjadą do twierdzy. Jednakże, nie będzie mógł sprawdzić swojej teorii jeśli będzie z nim Willow. Zatem...
    Włożył ciemne spodnie i czarną kurtkę ze skóry. Nie będzie go widać w ciemności. Spakował torbę, nie zapominając o broni ani o rysunkach. Elsa dalej zabawiała archeologów, więc... pożyczył kluczyki do jej motocykla. Owinął głowę i twarz chustą i włożył motocyklowe gogle. Nie powinien rzucać się w oczy. Odprowadził motocykl od obozu, korzystając z drzemki strażnika. Silnik tej maszyny był wytłumiony, co jednocześnie służyło zabezpieczeniu wrażliwych elementów przed piaskiem. Elsa była zapobiegawcza. Nie chciała popełnić drugi raz tego samego błędu. Poprzednio piach zatarł tłoki w jej maszynie. Przekręcił kluczyk i kopnął w zapłon.
    Ludzie nie doceniają motocykli. Jednak te maszyny dawały niezwykłe poczucie wolności. Pozwalały mknąć przed siebie i czuć pęd.
    Wjechał na dziedziniec twierdzy i zgasił silnik. Zsunął z oczu gogle, ale nie zdjął chusty. Włączył latarkę i ruszył do krypty.
    W razie czego dogada się z tubylcami, gdyby zechcieli go zatrzymać. Stanął przed freskiem i...
    Zamknął na chwilę oczy i przeklął. Dlaczego był taki nieuważny? Jak zwykle... Nie sprawdził śladów. Nie sprawdził czy jest sam. A sam na pewno nie był. Właśnie dlatego był czarną owcą w rodzinie.
    Stał jeszcze chwilę w bezruchu, a potem przeniósł światło latarki w kierunku wejścia. Udało mu się ją oślepić na kilka chwil. Ją? No dobrze... jej to się tu akurat nie spodziewał.
    - Jest pani pełna niespodzianek pani Willow. - mruknął, opuszczając nieco latarkę by jej nie oślepiać.

    OdpowiedzUsuń
  6. - Mógłbym zapytać o to samo. Ale pozostańmy przy teorii przeczucia.
    Zdjął chustę z głowy, strzepując z niej piasek. Obwiązał ją wokół szyi by mieć ją przy sobie na wszelki wypadek.
    Spojrzał w stronę schodów. A to cwana bestia... Odwrócił się by spojrzeć na fresk.
    - Wiedziałem, że się zmienił. Widocznie tym razem miał ochotę otworzyć się przed panią.
    Nie było sensu przekonywać jej by tam nie schodziła. Mógł ją siłą zaciągnąć na dziedziniec i związać lub ewentualnie zabić. Jednak czy tego chciał czy nie, musiał to zgłosić Fritzowi i tym "z góry".
    - Skoro już przeszliśmy do tej części naszej znajomości... - wyciągnął ku niej dłoń, z której wcześniej zdjął rękawiczkę. - Lancelot. Jetem niemal pewien, że zostaniemy dobrymi przyjaciółmi.
    Spojrzał znów w kierunku schodów.
    - Przekonywanie cie, byś tam nie szła jest, jak sądzę, bezcelowe.
    Twierdza nie została wzniesiona w tym miejscu przez przypadek. Krzyzowcy szukali źródła rzeki oliwy i zywicy, która teraz przybrała postać mumio. Substancja ta była znajdowana na Kaukazie i w okolicy, gdyż tam było rozlewisko tej rzeki. I znaleźli źródło.
    - Jednak zanim pokażę pani co się tam kryje... Musisz mi obiecać, że to pozostanie na razie między nami. Potem to wyjaśnię. Ale skoro schody już są otwarte...
    Zeszli w dół. Schody były wąskie i strome. Gładkie ściany tunelu zmieniły się w nieregularne i naturalne ściany jaskini. Budowa nie została ukończona. Zatrzymali się przed ścianą, a raczej kamiennym blokiem z piaskowca na którym wyryto symbole spirali oraz obraz drzewa, który widać było na wielu freskach w tej twierdzy. Zerknął na Harper. Wydawała się zawiedziona. On też się zawiódł, gdy tu zszedł niespełna rok temu.
    - Gdy byłem tu rok temu, te schody też mi się... ukazały. Zrobiłem szkice ale gdy wyszedłem na chwilę po większą ilość papieru i lepszą lampę, przejście zamknęło się i otworzyć się znów nie miało zamiaru. To nie jest całkowicie... normalne miejsce. Ale musi zostać utrzymane w tajemnicy...

    OdpowiedzUsuń
  7. - Ułożenie planet ani ciał niebieskich nie ma tu najmniejszego znaczenia. - odparł, nim zdążył ugryźć się w język. Wolał niepotrzebnie nie rozbudzać jej ciekawości.
    - To święty kamień. - skłamał. - Krzyżowcy twierdzili że to własnie ten kamień zamykał grotę w której złożyli ciało Chrystusa i właśnie ten ten kamień odsunął anioł. Zadaniem tubylców kamień ten chroni ich przed złymi mocami. Widzisz spirale? To odwieczny symbol więzienia. Złe duchy nie mogą ich opuścić, bo zawsze wracają do początku. Tubylcy boją się, że naukowcy zabiorą ich święty kamień. Dlatego nie jesteśmy tu mile widziani.
    Odnotował w pamięci to co powiedziała. Wyglądało na to, ze ktoś tu jednak przychodzi. A co gorsze, kto przechodzi przez te wrota.
    - Wracajmy do obozu. Niedługo zacznie się obchód. Zauważą że nas nie ma. Jutro wrócimy, za dnia.
    Musiał wyjść stąd jak najszybciej i jak najszybciej zadzwonić do Frizta. Nie wiedział co ma zrobić, a sam już nie mogł podejmować decyzji po ostatniej wpadce. Został uznany za głupka i bez wyraźnego polecenia nie mógł robić niczego.


    Odczekał chwilę aż założy na głowę chustę i się osłonić od piachu i wiatru.
    - Tylko nie mów Elsie że pożyczyłem jej motocykl.
    Kopnął w zapłon i wyjechali z twierdzy. Dwa metry za bramą, zatrzymał się nagle. Odziany na biało mężczyzna w kapturze stał niespełna pięć metrów od nich, zastawiając im drogę. W dłoni trzymał drewnianą laskę. Nie wyglądał groźnie, ale to były tyko pozory. Lancelot rozejrzał się. W ciemnościach nie było nikogo widać. W świetle reflektora motoru białe szaty nieznajomego wydawały się aż świecić.
    - Nie zsiadaj. - mruknął do Harper.
    Nieznajomy krzyknął w coś w śpiewnym i dziwacznym języku tych stron. Lancelot zdjął chustę i gogle, by pokazać twarz mężczyźnie. Potem odpowiedział na słowa obcego. Przez chwilę panowała cisza. Potem nieznajomy znów coś powidział, na co Knight odpowiedział jednym słowem. Obcy w bieli odsunął sie o krok, pozwalając im odjechać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W obozie byli po kilkunastu minutach. Knight wyłączył silnik kilkanaście metrów przed obozem i podporwadził go pocichu tam gdzie powinien stać. Zerknął na Harper, która szła u jego boku, widocznie bardzo ciekawa co też obcy w bieli od nich chciał. Zaprowadził ją do swojego namiotu.
      - Jakby to powiedzieć... Chcą nas zabić. - zaczął, ale przerwało mu nagłe wtargnięcie profesora Spencera.
      - No tutaj jesteście! A ja was szukam po całym obozie. Chyba mamy przełom. Doktor Schneider... znaczy Elsa, przyniosła nam mapę miejsc w których miejscowi znaleźli mumio. - wyciągnął z kieszeni mapę i pokazał im - Kopaliśmy w złym miejscu. Od jutra przenosimy się kawałek dalej na północ. - zamilkł na chwilę, patrząc to na Lancelota to na Harper. Dostrzegł, ze ich ubrania są w piasku oraz to że nie wyglądali tak, jakby właśnie kładli się do snu.
      - Gruchaliście sobie, moje gołąbeczki? - zaśmiał się. - Romantyczne spacery i podziwianie gwiazd nocą na pustyni to bardzo romantyczna sprawa, ale nie oddalajcie się za bardzo. Jak chcecie sobie... coś tam... wiecie to, to dajcie znać, przeniesiemy się wszyscy na wykop. Wiesz Lancelocie, nie wyglądasz na Cassanowę. Naucz mnie tego. Dobrej nocy... gołąbeczki.
      Knight zmarszczył brwi. Wszystko to co profesor powiedział po pokazaniu mapy nie dotarło do jego umysłu. Zamrugał kilkukrotnie.
      - Skąd ona ma mapę...? - spytał sam siebie, zapominając o obecności Harper. - Musieli przeszukać moje mieszkanie... Kurwa.
      Nie było na co czekać. Wygrzebał z torby telefon satelitarny. Takich nie dało się podsłuchiwać, bez znajomości kodów. Właczył go i wpisał bardzo długą kombinację cyfr. Potem wybrał numer i czekał na połączenie.
      - Cosa vuoi? - usłyszał męski głos w słuchawce. Ze względu na to, ze ich matka była Włoszką oni wszyscy, czyli on i pozostali trzej bracia, musieli znać perfekcyjnie język ojczysty swojej matki. Może powinien zadzwonić do Fritza ale zanim on przekaże wiadomość dalej, miną cenne minuty.
      - Zitto e ascolta. - mruknął. Pokrótce opowiedział to co się wydarzyło. Wraz z Harper Willow widział malowidła. Zeszli do świętego kamienia, chociaż to nie on otworzył przejście, tylko ona, więc nie miał i tak na to wpływu. Że pojawiła się Elsa Schneider, znowu, i że ma mapę tę z jego mieszkania, żeby wysłał tak kogoś i sprawdził co jeszcze zabrali.
      Chwilę słuchał jak Arthur przeklina a potem dodał, ze starszyzna plemienia strzegącego twierdzy, uznała że wykopaliska są zagroźeniem, dla ich sekretów i wydali wyrok na wszystkich. I że siedzi sobie teraz z Harper w swoim namiocie i nie wie jak się ruszyć.
      On się tu stresował, a Arthur powiedział tylko, że odzwoni bo się musi porozumieć z innymi i się rozłożczył. Tak po prostu.
      Lancelot patrzył chwilę na telefon, nie dowierzając.
      - I to ja jestem ten pojebany... - mruknął. Spojrzał na Harper z lekkim uśmiechem.
      - Właściwie to... nie wiem co ci powiedzieć. Jest źle. Tubylcy chcą wszystkich pozabijać. Przez noc nic nam nie grozi. Oni mają swoje rytuały. Zaatakują jutro najwcześniej. Wiedzą o mapie... Posłuchaj mnie uważnie. Wiem, ze masz sporo pytań. Obiecuje że odpwiem na nie później. A teraz... spakuj się. Gdyby wydarzyło się coś... niespodziewanego, idź to twierdzy. Otwórz schody, zejdź tam i czekaj. To bardzo ważne... Gdyby mi się coś stało, będziesz świadkiem. Nie mam tu nikogo innego. Przyjdzie po ciebie mój brat Arthur. Poznasz go bez problemu... Jesteśmy bliźniakami.

      [Proponuje akcję w stylu Indiego :D Rano wszystkich budzą ludzie ze złej organizacji, do której oczywiście należy Elsa. Ona uznała, ze przyda jej się Lancelot i Harper, bo oni wiedzą coś więcej o sprawie. Oczywiście będą starali się ich zmusić do współpracy. Po pewnym czasie zaatakują ich tubylcy. Korzystając z zamieszania Lancelot i Harper uciekną do twierdzy, do schodów. I potem zejdą do wnętrza ziemi, do prawdziwego Edenu :) Co powiesz?]

      Usuń
  8. [ Proszę bardzo xD ]

    - Coś wymyślę. Może mój brat coś zorganizuje na szybko... Zna się na tym.
    Wątpił by ktoś mu uwierzył. Zwykle nie brano go na poważnie, dlatego był tak dobry w tej pracy. Zajmował się symbolami i w tej dziedzinie był prawdziwym mistrzem.
    - Nie zamierzam. Nie jestem samobójcą. Ale jestem mężczyzną. A te plemiona wciąż uważają kobiety za mniej istotne. Dlatego... może cie wypuszczą, gdy uznają ze jesteś nieistotna.
    Arthur nie oddzwaniał... Mógł się toego spodziewać. Pewnie łajza poszedł spać. Albo znalazł sobie kolejnego faceta i teraz się nad nim znęca w łóżku. Mimo tego że byli bliźniętami i mieli identyczne twarze, różnili się chyba w każdej możliwej kwestii. Łącznie z orientacją seksualną. Najwidoczniej uznał, ze to wcale nie jest takie ważne. Między nimi była ta straszna więź, która sprawiała że mimo różnic potrafili kończyć po sobie zdania i czasem dzielili się uczuciami... ale tylko czasem.
    Nawet nie przebrał się w coś do spania. Nie chciał rano tracić czasu. To była jedna z najlepszych decyzji jakie podjął. Najpierw dostał pięścią w twarz. Poczuł smak krwi w ustach. Poczuł jak go wiążą i podnoszą do pionu.
    Jeden z osiłków wepchnął go do namiotu. Stracił równowagę i padł na ziemię. Przekręcił się na plecy i usiadł. Związali mu ręce za plecami, zatem szansa na ucieczkę jeszcze była nieduża.
    - Nie tak brutalnie. Jeszcze mi go uszkodzicie. - westchnęła Elsa, chociaż ni przejęła się zbytnio.
    Podstawiła sobie krzesło i usiadła na nim tuż przed Lancelotem. Wyciągnęła z kieszni złożoną mapę. Rozłożyła ją i podstawiła mu ją pod oczy.
    - Współpracuj. Dobrze ci radzę... Co to za symbol? - wskazała na znaczek w kształcie pęciolistnej róży. Wiedział doskonale co to oznacza. Sam ten symbol na mapie umieścił.
    - Na prawdę się na tobie zawiodłem. Nie dość że jesteś kiepska w łóżku, to jeszcze złodziejka i zdradliwa żmija. Jak to się mieści w takim drobnym ciele? - fuknął Knight. Elsa westchnęła i z całej siły, na jaką mogła sobie pozwolić siedzac, kopnęła go w twarz. Znów poczuł się zamroczony. Czarne plamy skakały mu przed oczami jak szalone.
    - To za tą obelgę... że jestem kiepska w łóżku. A teraz do rzeczy... - machnęła do jednego z żołnierzy. Ten znów posadził Knighta przed nią. Jednak tym razem nie odszedł zbyt daleko.
    - Co to za symbol? - powtórzyła pytanie.
    - Jak jesteś taka mądra to sama powinnaś to odkryć. Nie znalazłaś nic ciekawszego w moim mieszkaniu?
    - Oh Lence... Zadziwiasz mnie. Dlaczego tak utrudniasz? Przecież możemy wrócić do tego co było. Przecież było dobrze. Twoi rodzice mnie polubili...
    - Pudło. Moja matka znienawidziła cie od pierwszego wejrzenia. Ale to nic nowego. Ona kocha tylko swoje psy…
    - Czyli mi nie powiesz?
    - Nie...
    - To może inne pytanie. Wspominałeś o mnie w tej tajnej organizacji, do kórej ponoć nie należysz? - spytała, trzepocząc rzęsami.
    - W klubie zamaskowanych szachistów z Harvardu? - prychnął. Potrzebował czasu. Im więcej czasu uda mu się zyskać, tym lepiej.
    - Nie... Mówię o tym... - zsunęła się z krzesła i zaczęła rozpinać mu koszulę. Mimo wszystko była całkiem ładnie zbudowany, co zawsze ukrywał pod przydużymi ubraniami.
    - Tak przy ludziach? Rozumiem, ze się stęskniłaś... ale z tego co pamiętam to cie rzuciłem.
    - Nie pochlebiaj sobie.
    Pchnęła go na ziemię, by się położył i przyłożyła palec do niedużego ale dobrze wykonanego tatuażu na jego biodrze, przedstawiającego gryfa.
    - O tym mówię.
    - Byłem młody i pijany, kiedy to sobie dziarałem - westchnął Knight. - Ale to całkiem ciekawa historia. Opowiedzieć?
    - Jesteś bardzo uparty. A ja nie mam czasu na twoje zabawy. Zrobimy inaczej... - wyprostowała się i podeszła do Harper. Jednak nie poświęciła jej zbyt wiele uwagi. Ona przyda się później.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Przy każdym twoim: nie, nie wiem albo innej formie odmowy współpracy... każę zastrzelić jednego z robotników. Chociaż może jednak kogoś z archeologów? Robotnicy się przydadzą do kopania.
      Knight poczuł jak ogarnia go lodowate zimno strachu. Miał trzymać pewne sprawy w tajemnicy. Był gotów oddać życie za pewne sekrety. Ale swoje życie a życie innych, to była ogromna różnica.
      - Zapraszam państwa za mną... - powiedziała Elsa, zbierając swoje długie jasne włosy w kitkę. Z Lancelotem nie obeszli się tak delikatnie jak z Harper. Więc nie zdziwił się gdy dostał raz jeszcze pięścią w twarz nim wyprowadzili go z namiotu.
      Robotnicy siedzieli skuleni w grupce, pilnowani przez pięciu mężczyzn z karabinami. Archeolodzy i studenci za to, ze związanymi rękami stali w rzędzie obok siebie, starając się zrozumieć co się właściwie dzieje.
      - Zapytam jeszcze raz. Co to za symbol? - wskazała znów na mapę. Lancelot milczał. Zaczęła go boleć głowa. Uniknięcie odpowiedzi chyba nie było odmową.
      - Ależ ty uparty. Chociaż właściwie zawsze ceniłam sobie tą cechę u mężczyzn. - odwróciła się w kierunku rządka więźniów. - Gruby pierwszy. - krzyknęła do jednego z pilnujących ich osób. Okazało się, że była to kobieta o twarzy, która Knightowi przypominała psyk charta.
      - Udało mi się ich trochę wczoraj poznać gdy wy gruchaliście sobie pod gwiazdami. Poczułam się bardzo zazdrosna, wiesz? - westchnęła zerkając na Lancelota. - Ona mi nawet do pięt nie dorasta. mogłeś lepiej wybrać... Ustawiłam nasze ofiary w pewnym porządku. Najpierw ci, którzy nam się do niczego nie przydadzą.
      Znów wskazała na mapę.
      - Co oznacza ten symbol?
      Lancelot czuł jak słońce przypieka mu skórę na odsłoniętej piersi. Nie należało to do przyjemnych odczuć.
      - Nie sądzisz, że to już zaszło zbyt daleko? - odpowiedział pytaniem na pytanie. - Będziesz zabijać ludzi? Niby po co? Co jest aż tyle warte?
      - Pieniądze i sława. - odparła bez mrugnięcia okiem. - Złoża mumio są warte fortune. Nie licząc już oczywiście samego Edenu. Wiem, ze jesteście na tropie. Że ty jesteś na tropie o ile już tam nie dotarliście. Eden i wszystko to co się w nim znajduje... jest bezcenne. Warte kilku ludzkich żyć. - Elsa przeniosła spojrzenie na swoją koleżankę i machnęła ręką.
      Kobieta o twarzy charta wydobyła z kabury na biodrze pistolet, przyłożyła do potylicy trochę ponadgabarytowego studenta archeologii i pociągnęła za spust. Rozległ się huk a bezwładne ciało osunęło się na piasek. Inni więźniowie patrzyli na zwłoki kolegi z niedowierzaniem. Kilka osób zaczęło krzyczeć albo płakać. A Lancelot nie mógł uwierzyć w to co przed chwilą widział. Zabili człowieka. I będą zabijać dalej... tego był pewien.
      - Jak będziesz dalej taki uparty i twoi koledzy i koleżanki z tamtych - wskazała na rząd przerażonych ludzi - się skończą... to zacznę odcinać palce twojej nowej dziewczynie. Już więcej nie będzie rysować. Jak i palce się skończą poszukamy innych sposobów. Znam ich wiele. W końcu, robiłam doktorat ze sposobów zadawania tortur. - odwróciła się znów w stronę Lancelota. Kciukiem starła strużkę krwi, która spłynęła z jego rozciętej wargi. - A zatem... Co oznacza ten symbol?
      - To znak... tutejszego plemienia Harrandeler. Oni chronią tę część złóż mumio... - odparł Lancelot, wciąż nie odrywając wzroku od leżącego ciała.
      - Widzisz? Nie było tak trudno. Skoro się już dogadaliśmy, to pokonwersujemy sobie spokojnie przy posiłku. Nie jadłam śniadania i umieram z głodu. - powiedziała Elsa uśmiechając się pogodnie.

      Usuń
  9. [ Bardzo się wstydzę XD ]

    Na to właśnie liczył. Ludy tego regionu zawsze dotrzymywały słowa. Chociaż liczył na to, ze jednak uda mu się lepiej do tego przygotować. Miał spakowaną torbę ze wszystkim co potrzebował. A teraz nie dość, że nieziemsko bolała go głowa to jeszcze siedział związany i niewiele mógł poradzić na to co się działo.
    Był na siebie zły. Gdyby nie był tak żałośnie miękki pewnie cała ta sytuacja w ogóle by się nie wydarzyła.
    Tak, ona zawsze się wyróżniał z tej całej gromadki. Tristan i Galahad Zawsze mieli plan. Często szalony ale zawsze się udawało. A on? Lancelot siedział z notatnikiem i spisywał to czego się dowiedział albo szkicował to co widział. Nie był wojownikiem. Był naukowcem do cholery! A teraz zależało od niego zycie wielu osób... Może gdyby rodzice wysyłali go na obozy przetrwania tak jak Tristana i Galahada a nie na sympozja naukowe, wystawy historyczne i naukę języków, wiedziałby co powinien zrobić.
    Włąściwie to planował siedzieć w tym miejscu i czekać na cud. Jednak cud ten objawił się jako dziwnie wysoki azjata, który bezczelnie go rozwiązał i popchnął w kierunku wyjścia z namiotu.
    - Nie pozwolą nam wejść do twierdzy. - stęknął Lancelot, idąc za Harper. Była jego punktem odniesienia w obecnej sytuacji i rzeczywistości. Musiał pomyśleć, a by to zrobić tak dogłębnie, musiał wyłączyć wszystkie inne niepotrzebne myśli. Również te odpowiadające za wybranie właściwego kierunku marszu. Dlatego lazł ślepo za nią.
    - Podejdziemy od zachodniej ściany.
    Zatrzymał się. Wydobył z kieszeni mały kompas. Jak się spodziewął, igła kręciła się bez większego sensu. Tutaj zawsze tak się działo. Zatem byli blisko. Całe szczęście, że zostawił w twierdzy torbę z latarkami, nożem i zapałkami. Właściwie, zapomniał jej zabrać, ale postanowił sobie wmawiać że zrobił to specjalnie.
    Z oddali było widać już kurz i zawieruchę. Odgłos wystrzałów dotarł do nich z dużym opóźnieniem. Lancelot skręcił w lewo by ominąć walki. Podejrzewa, że grupka tubylców nie ma większych szans. Twierdza była idealnym miejscem do obrony. Krzyżowcy wiedzieli co robią. Grube mury i studnia na środku, pozwalały obrońcom przetrzymać wiele dni.
    Podeszli do zachodniej ściany niezuważeni. Trudno było dostrzec trzy osoby w ogólnej zawierusze. Lancelot zatrzymał się przy ścianie i spojrzał w górę. Jak zapamiętał, w tej części ściany niecałe dwa metry nad ziemią była wyrwa w murze. Oparł się plecami o ścianę i splótł dłonie, by stworzyć podporę do wspinaczki.
    - Na górę... a potem do krypty.
    Najpierw wlazł ten Azjata. Zrobił to bez wiekszego problemu. Potem Harper, która bezczelnie stąpneła mu na głowę. Spojrzał w górę z wyrzutem. Głowa mu pękała a ta jeszcze sobie po nim łazi...
    Potem Azjata pomógł mu wdrapać się na mur.

    [Jaki masz później plan? Mają zejść schodami i dotrzeć do świętego głazu? Lancelot może otworzyć przejśce w głąb ziemi i mogą tak dobrzeć do Edenu :D ]

    OdpowiedzUsuń
  10. [ Mi się to podoba :D I nie przejmuj się. Wiem, że nie piszę zbyt dokładnie więc pewnymi szczegółami się po prostu nie przejmuj]

    Lancelot zapiął koszulę. Poczuł jak obite żebra zaczynają boleć coraz bardziej. Kucnął, udając że musi zasznurować ponownie but i podniósł lezącą w piasku torbę. Nóż w pochwie wsunął sobie w skarpetkę, tak by nogawka dobrze go zasłaniała. Zapałki i małe latarki wylądowały w kieszeni. Potrzebował tylko sposobności by próbować uciec.
    Właściwie nie zdziwił się gdy przejście się za nimi zamknęło. Nie chcieli tu obcych. Podejrzewał, że gdy następnego dnia wzejdzie słońce, po twierdzy nie pozostanie nawet ślad, tak samo jak po obozie ekspedycji archeologicznej. Ludzie, ci których zabili i złapali, też znikną. Tak jak powiedział kapłan, wolą zburzyć twierdze, niż pozwolić by ktoś bezcześcił jej skarby. Tak więc, nie mieli wyjścia tylko iść w dół do ziemi. Jednak wolał na razie nie dzielić się tą wiedzą.
    Wziął latarkę od jednego z ludzi Elsy. Swojej nie miał zamiaru marnować. Przyjrzał się mapie. Powinien ją na wszelki wypadek dobrze zapamiętać.
    - To nie ma więksego sensu. - mruknął. - Wyrysowałem tę mapę czysto intuicyjnie. Lepiej wrócić na powierzchnię. Z tubylcami da się negocjować... Nie wiem co jest głębiej. Równie dobrze wszyscy możemy tu umrzeć z głodu jeśli się zgubimy.
    To co pwiedział ni spodobało się ludziom Elsy. Chociaż ona i jej przyjaciółka o twarzy podobnej do pyska charta, nie wydawały się przekonane.
    - Mamy zapasy na kilka dni. - mruknęła to o psiej twarzy. Jednak nie przekonała innych. Zatem, wykorzystala sposób który poprzednio również zadziałał czyli przemoc. Podeszła do Lancelota i bez większego zastanowienia kopnęła go splot słoneczny.
    - Rusz się. - warknęła, poprawiając karabin na ramieniu.
    Cios wycisnął powietrze z jego płuc. Oparł się ciężko plecami o chłodną kamienną ścianę i przez kilka chwil nie mógł zaczerpnąć oddechu. Pulsujący ból w klatce piersiowej stał się silniejszy i wręcz paraliżujący.
    Nastała chwila całkowitej ciszy, w której słychać było tylko chrapliwe oddechy archeologa, starającego się normalnie nabrać powietrza do płuc.
    W końcu odsunął się od ściany i ruszył przed siebie. Jego strach był niemal równy zdeterminowaniu i ciekawości. Ze wszystkich przyczyn śmierci na tym świecie wolał nie umrzeć przez pobicie w podziemnych korytarzach w zapomnienej części świata.
    Dotarli do piaskowca, broniącego dalszego przejścia, który poprzedniej nocy oglądał wraz z Harper. Elsa podeszła do kamienia i przesunęła dłonią po symbolach.
    - Otwórz. - powiedziała do Lancelota, uśmiechając się. - Kochanie... Rozpracowałeś te rysunki, prawda? Jesteś taki mądry... Przewyższasz we wszystkim swoich durnych braci, którzy tyko się prać po mordach potrafią.
    Lancelot zacisnął szczęki. Jak bardzo chciał w to wierzyć...
    Odchrzaknął.
    - Potrzebuję wodę.
    Elsa podała mu swoją manierkę z urczym uśmiechem. Istotnie, jeżeli nie poznało się jej prawdziwej natury, można było się w niej zakochać. Była urocza, piękna i poczciwa. Ale tylko z wyglądu.
    Knihgt wziął dwa duże łyki wody, pozbywając się chociaż na chwilę suszy w gardle. Jednak przy połykaniu żebra bolały ze zdwojoną mocą. Wziął do ust jeszcze trochę wody po czym przyłożył wargi do jednej ze spirali i wtłoczył wodę do niedużego otworu.
    Przez chwilę nic się nie działo, a potem ściana z piaskowca rozsunęła się niczym wrota, prezentując ciemny tunel za sobą. Z podziemi uderzy ich powiew chłodnego i rześkiego wiatru.


    OdpowiedzUsuń
  11. [Wiem że ich trochę skrzesiłem XD Ale będzie ciekawiej gdy w podziemiach będzie ich grupka. W końcu musimy mieć kogo zabijać przy kolejnych pułapkach, dla efektu :D Else i tę drugą, która jeszcze nia ma imienia, proponuje oszczędzić by mogli mieć jakiegoś wroga na dłużej :D ]

    Spodziewał się tego. Spodziewął się, że nie wejścia nie będą chroniły zwyczaje mechanizmy a coś, co trudno wyjaśnić prawami fizyki. W końcu mieli zejść do świata, w którym ponoć grawitacja rządziła się własnymi prawami i przetrwało kilka prehistorycznych gatunków zwierząt.
    Knight zatrzymał się przyglądając się mapie. Odwrócił się przodem do Elsy i Lary (niech ma Lara Croft XD), tak by jego twarz oświetliła latarka.
    - Wiesz, Elsa, jaki jest twój problem? Jesteś niecierpliwa... Nie mogłaś poczekać aż skończę szkicować tę mapę? Opierałem się na wskazówkach i jakoś nie miałem czasu ich potwierdzić. Poza tym... Boli mnie głowa. Nie mam siły myśleć. Muszę trochę odpocząć.
    Ktoś mruknął coś gniewnie ale Lancelot już zdążył usiąść na ziemi. Pomasował palcami skronie.
    - Nie tam - mruknął archeolog do dwóch mężczyzn, którzy chcieli sprawdzić co jest w najbliższym korytarzu. - Nie wchodźcie w żaden korytarz, prowadzący na wschód.
    Usiadł wygodniej i rozłożył przed sobą mapę. Gdyby nie ten wyjazd do Meksyku, dokończył by tę mapę i pewnie nie byliby w tak beznadziejnej sytuacji. Własciwie to nie znaleźliby się w tej sytuacji wogóle.
    - Macie coś do pisania? - spytał. Pomacał się po kieszeniach. Zawsze miał coś do pisania i notowania, ale wszystko mu zabrali. Elsa znalazła w kieszeni ołówek. Znalazła też tabletki przeciwbólowe. Klęknęła przy Lancelocie, przyglądając się temu co kreślił na kartce.
    - Wiesz, gdzie mamy iść? - spytała w końcu, po kilku chwilach ciszy.
    - Ja bym próbował wyjść tak jak weszliśmy. Tam czekałbym na pomoc. Ale wątpię byś sie na to zgodziła. A skoro tak... musimy iść w dół. W dół do ziemi. - odparł. Zaczął się zastanawiać, czy miałby na tyle odwagi by poświęcić życie swoje i tych ludzi za dochowanie tajemnicy Edenu i jego wspaniałości. Pewnie mógłby, ale był tchórzem i bardzo lubił swoje nudne życie. Chciał żyć.
    - Poświećcie po ścianach, sklepieniu i podłodze. Szukajcie znaku żółwia. Komnaty są w ciągłym ruchu. Trzeba odczytywać znaki by wejść we właściwy korytarz...

    OdpowiedzUsuń
  12. Lancelot milczał, notując co chwilę jakieś słowa albo rysując drobne symbole, których znaczenie znał zapewne tylko on sam. Nie czuł się najlepiej. Ból osłabł, ale wnętrzności zaczęły nawiedzać nieprzyjemne skurcze. Zaczął przypominać sobie wszystko to co wiedział o krwotokach wewnętrznych. W scenariuszu optymistycznym, będzie sikał krwią. A w pesymistycznym, niedługo wykrwawi się do swoich flaków. Wolał pierwszą opcję.
    Jednak na razie, wolał nikomu o tym nie wspominać. Lepiej pozostawić te owieczki w błogiej nieświadomości tego, że już niedługo mogą zostać tu sami, bez przewodnika który znał się na symbolach.

    Przyglądał się mężczyźnie, który tak po prostu jadł. zmarszczył brwi. Nie był głupi. To iluzja. Tak jak połowa rzeczy tutaj. Sztuką było odróżnienie iluzji od rzeczywistości.
    - Zjedzą go życem. - wyraził swój osąd Lancelot. - Skoro i tak ma je już w żołądku...
    Miał rację gdyż po chwili mężczyzna zaczął rzucać się i wierzgać nogami. Starał się strącić z siebie owady, ale większość z nich nie poruszało się po jego ciele tylko już w nim.
    - To iluzja. - mruknął. - Będą zwodzić nasze umysły, pokazując to czego najbardziej pragniemy. Rodzina, powrót zmarłych, bogactwo... droga, którą idziemy to droga kapłańska. Pełna wyzwań...
    Podniósł mapę by lepiej sie jej przyjrzeć w świetle latarki. Nie chciał patrzeć jak Lara strzela zjadanemu żywcem żołnierzowi w głowę, by ukrócić jego męki.
    Przeszli dalej. Lancelot poprowadził ich drogą oznaczoną symbolem woła. Nikt nie polemizował, chociaż tunel oznaczony symbolem psa wyglądał bardziej obiecująco.
    Znaleźli się w sporej jaskini, w której panował przyjemny półmrok. Źródłem światła były świecące swoim zielonkawym światłem grzyby. Kapelusze tych, wystających ze ścian nad ich głowami miały jakieś półtora metra średnicy. Znów dopisał coś na mapie. Szli dość długo przez jaskinie ze świecącymi grzybami, aż w końcu Lancelot przystanął przy rozwidleniu. Znów dopisał coś do mapy.
    Elsa poprawiła karabin, który miała przewieszony przez ramię.
    - Lance...Muszę ci coś powiedzieć. - zaczęła, wbijając w archeologa spojrzenie.
    - Nie moze to poczekać do czasu, aż nie będę miał ochoty urwać ci głowy?
    - Nie - odparła obruszona. - Jestem w ciąży. I to twoje dziecko.
    Knight przerwał rysowanie kolejnych znaczków na mapie i spojrzał na nią uważnie.
    - Nie jesteś w ciąży.
    - Jestem. Ja to chyba wiem lepiej niż ty, co?
    - Nie jesteś w ciąży. - powtórzył, patrząc na nią uważnie. - Przynajmniej nie ze mną. Ocknij się... To tylko iluzja.
    - Jak możesz tak mówić? Nie obchodzi cie to że będziesz ojcem? - spytała, marszcząc brwi.
    - Wczoraj, siedząc w obozie piłaś alkohol, pamiętasz? Robiłabyś to gdybyś była w ciąży? Jesteś naukowcem, wiesz czym to grozi...
    Elsa otworzyła usta ale zaraz je zamknęła. Pokręciła energicznie głową, odpychając od siebie natrętną myśl.
    - To znaczy... Że nie będziemy mieć dziecka?
    - Nie. - mruknął chłodno Lancelot. - To tylko iluminacja. Wykorzystuje pragnienia... te najgłębiej skrywane. W końcu wszystkich nas złapie. Trzeba myśleć logicznie. Zastanowić się nad każdym uczuciem i myślą. Jeśli dobrze liczę, powinniśmy dojść niedługo do rzeki.

    OdpowiedzUsuń
  13. - Nic mi nie będzie. - powiedział spokojnym tonem, uśmiechając się przy tym. Ale usiadł, skoro go już do tego zmuszała. Oparł się plecami o chłodną, wilgotną ścianę. Zerknął znów na mapę. Zostały im jeszcze trzy rzeki. Chyba że znajdą jakiś sposób by płynąć tą rzeką pod prąd. Dostaliby się wtedy do źródła. Jednak wątpił by w którymś z plecaków znalazł się dmuchany ponton. Takich rzeczy nie zabierało się na pustynię...
    - Bywam oburęczny, kiedy mi się chce. - parsknął śmiechem. Współpracował w obiema paniami, które sprawnie owinęły go bandażem. Wciąż miał problem z nabiraniem głębszych oddechów, ale to powinno w końcu minąć.
    - Najłatwiej byłoby popłynąć pod prąd. Ale nie damy rady wpław przy tak silnym prądzie. Trzeba iść dookoła.
    Azjata korzystając z przerwy, rozdał po kawałku suchego prowiantu. Musieli oszczędzać, gdyś większość prowiantu zostało przy trupach tego który spadł i tego którego porwały sokoły. Lancelot nie mógł określić, jak długo ta podróż potrwa i czy cokolwiek tutaj może być jadalne.
    Przełykając kawałek bardzo gliniastego chleba, zaczął się zastanawiać które z nich bardziej pragnęło dziecka. Wiedział, że nie może mieć dzieci ale nie chwalił się tym. Poza Arthurem, nie wiedział nikt. Zatem, możliwie że było to jego pragnienie. Obserwował uważnie swoich towarzyszy. Nikt nie zachowywał się jakoś nadzwyczajnie. Dłużej zatrzymał spojrzenie na Harper. Tak, z nią mógłby pracować... A może nawet...?
    Odwrócił spojrzenie i wbił je w mapę. Powinni zatoczyć pewnego rodzaju koło, a właściwie spiralę. Przekroczyć jeszcze trzy rzeki, a potem... skok wiary. W czarną otchłań. Tylko pytanie, co jeszcze ich po drodze spotka?

    OdpowiedzUsuń
  14. Harper poruszyła ciekawą kwestię. Gdyby się tak dokładniej zastanowić, mogłoby mieć to jakiś większy sens. Może któryś z kapłanów oznaczył rzekę dla swoich następców, by wiedzieli którędy iść?
    - Wiesz, że żona mojego brata Tristana miała na imię Izabell ale zmieniła na Izolda by było zabawniej? Czasem się zastanawiam czy tylko mnie to wszystko nie śmieszy. - westchnął. Nakierował promień latarki na mapę. Przymknął na chwilę powieki, wracając myślami do rysunków, zdjęć i starodruków, które widział.
    - W Edenie były cztery rzeki. - zaczął. Współcześnie uważa się, ze dwie z nich to Tygrys i Eufrat, ale to jest mniej istotne. Dwie rzeki ze słodką wodą, do życia dla zwierząt i roślin. Trzecią rzeką płynęło mleko a czwartą oliwa. – odchrząknął, zauważając że wszyscy przybliżyli się by posłuchać tego co miał do powiedzenia. – Co? Nie wiecie? Przyjechaliście tu i nie wiecie z czym macie do czynienia? Trzeba było chociaż przyjść na któryś z moich wykładów… - prychnął. – Czwarta rzeka była najciekawsza. Bo jak wspomniałem, płynęła nią oliwa, lek na każdą chorobę. Jej resztki znajdowane na świecie i nazywane są mumio. Tą substancję, wydobywa się na Kaukazie, w Pamirze, Ałtaju i w górach Tien–Szan. Tamtejsze ludy stosują je od tysięcy lat jako lek na zranienia, stłuczenia, a także choroby wewnętrzne. Ponoć to istne panaceum. Słuchałem w Petersburgu wykładów o sposobach leczenia ludów z południa Rosji, Gruzji, Azerbejdżanu, Armenii i czegoś tam, które są stosowane od setek lat i wciąż są skuteczne… W Europie mumio jest prawie nieznane, nie mówiąc już o Ameryce. Już w starożytnej Grecji w pierwszym wieku, jakiś medyk opisał zalety niezwykłej substancji wydobywanej w górach Persji. Chociaż wtedy nie nazwał tego mumio, bo to określenie pochodzi od mieszkańców Kaukazu. – znów odchrząknął i poprawił swoją pozycję - Nie bardzo wiadomo czym mumio tak naprawdę jest. Jedni mówią, że skamieniały wosk górskich pszczół, inni że miód czy olej, który przez tysiące lat wystawiony był na mróz i słońce. Tak czy inaczej… wygląda jak bursztyn. Gdyby któreś z was łaskawie przyszło na mój wykład na Harvardzie to by widziało. Miałem mapę, ryciny i nawet grudkę mumio… Nie musiałbym łazić po jakichś podziemiach, gdybyście sami to wiedzieli. – powtórzył raz jeszcze, wciąż oburzony tą ignorancją. - Wedle zapisanych w Biblii i apokryfach przekazów ziemia Edenu przesycona była wonnym oleum… Czymś co sprawiało, że rośliny nie więdły a zwierzęta nie padały. Chociaż… patrząc obiektywnie taki lew musiał zeżreć jakąś antylopę czy coś równie mięsnego, by przeżyć. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że te objedzone z mięsa kości sobie hasały dalej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Zamilkł na chwilę, by napić się podanej przez Azjatę wody. Właściwie skoro już siedział, bardzo nie miał ochoty się ruszać.
      - Cytując zapiski jezuity, który uczestniczył w wyprawach krzyżowych: „Albowiem pobłogosławił mnie Pan i do sekretów dopuścił. Oto znalazłem ślad oliwy w piaskach i skałach, a rzeka zastygła pod ziemią drogą jest do Ogrodu”. Twierdza, którą widzieliśmy została wzniesiona z czarnego kamienia, który naturanie nie występuje w tej części świata. Przynajmniej na powierzchni… Bo jak się rozejrzycie, zobaczycie, ze tunele te są wykute z tej samej skały. – zaczynał mówić jak do swoich studentów, czyli zaczął się jego słowotok. – Krzyżowcy szukali Edenu i uznali, tak jak ja, że najprościej to zrobić, idąc szlakiem mumio… znaczy rzeki oliwy. Wyznaczyli kierunek skąd rzeka mogła wypływać i trafili aż tutaj. Nikogo nie zdziwiły freski na ścianach? Motyw drzewa zycia jest w tych stronach umieszczany wszędzie gdzie się tyko da. To nie jest przypadek. Specjalnie używam słowa drzewo życia a nie jabłoń. Tym owocem, którym ponoć wąż skusił Ewę wcale nie było jabłko. To wymysł z… chyba XIV wieku, nie pamiętam dokładnie. Jednak, jako krzyżowcy powinni namalować jabłoń tak jak było powiedziane w oficjalnej doktrynie kościoła. Krzyżowcy w całej Europie i nie tylko malowali jabłoń jak symbol drzewa życia, a tutaj postąpili inaczej. Dlatego miałem niemal pewność, że znaleźli Eden i widzieli to pierdolone drzewo. Bo przecież umiemy już odróżniać dobro i zło, to było to czego nauczyła się Ewa po zjedzeniu owocu. Prawdopodobnie skutkiem grzechu pierworodnego z tą cechą się rodzimy. Ale… Księga Rodzaju podaje, że w raju rosły różne drzewa. To, z którego owoc zerwała Ewa, było niezwykle ważne, lecz nie jedyne… Albo ujmę to inaczej… Jeśli w Edenie rośnie wciąż drzewo, którego owoce dają nieśmiertelność… to co lub kto mieszka w tym ogrodzie? Bo przecież istnieje droga do Edenu. Ktoś musiał nią podążyć w dół i może wciąż tam jest. Równie dobrze… może być tam stado pierdolonych dinozaurów, prehistorycznych mutantów i ludzi, którzy siedzą tam od setek lat.
      Zamilkł, nabierając dużo powietrza do płuc i powoli je wypuszczając. Już dawno nie był tak zmęczony. Nagle dotarło do niego to co powiedział. Dinozaury... Prehistoryczne mutanty? I pomyśleć, że mógł sobie właśnie teraz bezpiecznie siedzieć w Meksyku i dłubać w ziemi.

      Usuń
  15. [ Robi się :D Jak masz jakąś myśl to pisz:D Ja się dostosuje a w razie czego dopytam ]

    Zamknął oczy, próbując się zrelaksować chociaz na chwilę. A wtedy rozleł się krzyk. Ocknął się i poderwał z ziemi. Adrenalina zadziałała na tyle skutecznie, że niemal nie poczuł bólu. Spojrzał uważnie na Harper i tego Azjatę. Jak na dłoni bylo widać, że ten mężczyzna robi sobie jakieś większe czy mniejsze nadzieję, wobec niej. Nie rozumiał co ona w nim widzi.
    Zmarszczył brwi...
    Czyżby zazdrość? Znał ją ledwo dwa dni...
    Pokręcił głową. Te podziemia źle wpływały na ludzki umysł.
    - Tak na prawdę, to nigdzie tu nie jest bezpiecznie. - mruknął Lancelot, podnosząc na duchu wszystkich obecnych. Podniósł mapę i ruszył za resztą grupy. Jeden z ludzi Elsy miał chyba ochotę go popchnąć by szedł szybciej, ale warknięcie Elsy ukróciły jego zapędy.
    Knihgt stanął obok Harper i Tadashiego przed drzwiami i przyjrzał im się w świetle latarki. Spojrzał na mapę. W tym miejscu zaczynało się to, co oznaczył spiralą. Czyli... źle. Chociaż ponoć gdyby skręcało się cały czas w prawo, dotarłoby się w końcu do wyjścia.
    Obejrzał przejścia. Jednak były niemal identyczne. Różniły się zapachem. Dla niego była to czarna magia, tak jak rozróżnianie setek odcieni tego samego koloru. Podrapał się po czubku głowy.
    - No dobra... te - wskazał na drzwi pierwsze po lewej - pachną jak las iglastym. Te - wskazał kolejne - jakby morzem... a te ostatnie jak lasy deszczowe, ozonem i mokrą ziemią. Podejrzewam, że dojdziemy na miejsce bez względu na to które drzwi wybierzemy. Zatem... Harper, wybieraj. W końcu ty pierwsza je zobaczyłaś.
    Z tunelu, z którego przyszli zaczęły dochodzić niepokojące dźwięki. Lancelotowi skojarzyły się z...
    - Harper, wybieraj szybciej. W najlepszym przypadku to szarańcza, a w najgorszym osy albo szerszenie.
    Brzęczenie zasilało się i wyraźnie zbliżało. Lancelot podejrzewał, że te kokony tylko czekały na odpowiednią chwilę by się wykluć.

    OdpowiedzUsuń
  16. [ Jakaś ty troskliwa :D jak miło :D
    Jak tam zaliczenia? Do przodu czy coś poszło nie tak jak powinno?]

    Weszli w las. Zapach żywicy był bardzo intensywny ale przyjemny. Pokręcił głową, nie mogąc uwierzyć w to co widzi. Dotknął pani najbliższego drzewa. Było całkowicie realne i żywe. Jednak prawa fizyki wykluczały teleportację. Zatem... to wciąż wnętrze ziemi. Utknął w swoich myślach, co niestety często mu się zdarzało. Wtedy cały świat przestawał dla niego istnieć. Szukał rozwiązania, czegoś na tyle logicznego co mogłoby się okazać prawdą.
    Został sam w miejscu, które wybrali na obóz. Poczuł się bardzo bezużyteczny. Z resztą nigdy nie należał do siłaczy, mimo zę regularnie korzystał z siłowni i basenu na swojej uczelni. W końcu były za darmo. Mimo to, w tym stanie do wielu rzeczy się nie nadawał. Jednak umysł pozostał sprawny i gotowy na kolejne wyzwania. Usiadl przy jakimś sporym głazie i rozłożył na nim mapę. Wątpił by jeszcze się do czegoś przydała. Przez długi czas była pustka. Dopiero później pojawiały się trzy kolejne rzeki i cel podróży. Wypisywał na mapie wszystko to co pamiętał i czego już się dowiedział.
    Stracił rachubę czasu jak zwykle przypracy. Gdyby tylko Elsa pozwoliła mu skończyć mapę... Gdyby nie tej wyjazd do Meksyku i te dziwne wykopaliska, które... No właśnie. Organizacja przecież pilnowała tego terenu. Bez ich wiedzy nie można było rozpocząć prac wykopaliskowych. Potem ten telefon do niego... w ostatniej chwili, nie dając mu możliwości wyboru ani odmowy. Zamrugał kilkukrotnie, zastanawiając się nad tym wszystkim... I jeszcze Arthur i te jego dziwne słowa, że musi się skonsultować. Od kiedy to Arthur kogokolwiek pyta o zdanie? Ale przecież, nie zostawiłby go...
    POkręcił głową, chcąc usunąć ze swojej głowy te wszystkie mysli. Nie mógł teraz wątpić w swoją rodzinę. Od nich wiele zależało.
    Wrócił do pracy. Nie zwracał uwagi na mijający czas. Dopiero gdy zaczęły piec go oczy, uznał że powinien zrobić chwilę przerwy.
    Usiadł pod drzewm, by się oprzeć plecami o twardy pień. Wciągnął do płuc przyjemny zapach żywicy. Wzdrygnął się gdy pojawiła się Harper. Nie słyszał jak się zbliża. Właściwie... to miał wrażenie, że po prostu się pojawiła tuż obok niego.
    - Jak to zniknął? Był przy tobie, czy zniknął ci z oczu na chwilę? - dopytał. - Właściwie to... reszta też coś długo nie wraca. Chociaż nie jestem pewien ile czasu minęło. - wyznał zgodnie z prawdą. Dźwignął się na nogi i rozejrzał. Poszli w trzy różne strony.
    - Nie jest. - przyznał. - To nie niebo. - wskazał palcem w górę. - To strop jaskini. Oświetla ją jakieś białe światło, dające ciepło, podobnie jak słońce. Jego położenie się nie zmienia, ale staje się bledsze. - wskazał na zbity w ziemię patyk. - Chciałem sprawdzić na jakiej szerokości geograficznej jesteśmy. Ale cień się nie zmienił... Przez ten cały czas się nie przesunął nawet o centymetr. Nie wiem czy powinniśmy iść ich szukać, czy raczej tu poczekać. Może zaraz wrócą... - odwrócił się, by spojrzeć jej w oczy i zamarł. Jakaż ona była piękna... Tak, to dobrze że nikogo tu nie ma.
    - Nie wiem dlaczego... ale wcześniej nie zauważyłem jaka ty jesteś piękna. Byłem chyba zbyt zajęty pracą, a przecież... ty jesteś dużo bardziej interesująca niż te kamienia i ten cały ogród.
    Podszedł do niej powoli. Nie wycofała się, przynajmniej na razie. Uniósł dłoń i delikatnie dotknął jej policzka. Byli sami w tym lesie...

    [ I teraz sama zdecyduj co dalej XD Mogą się tam zacząć całkować i ktoś może na tą scenę wpaść, albo może dać mu w mordę i kazać mu się opanować xD
    To wszystko przez pyłki tych drzew. Wzmagają pragnienia ;) ]

    OdpowiedzUsuń
  17. [ Ja w sumie już skończyłem semestr. Wszystko poszło do przodu, chociaż łatwo nie było Została mi tylko obrona pracy dyplomowej :)
    Bardzo... ciekawe zadanie xD Ja miałem coś w stylu... przedsiębiorstwo produkuje milion elementów składowych, z których zbudować można x urządzeń, jednak dystrybucja i magazyn mogą przyjąć określoną liczbę podzespołów i magazynów, określonych wzorem ekonomicznej wielkości zamówień. Oblicz masę księżyca i podaj przybliżony czas wypalenia się słońca XD ]

    - Nie piłem... Ale skoro jest co, to możemy napić się razem.
    Podszedł do niej powoli i objął ją ramieniem w talii.
    - Istotnie zagoiło się...
    Wolną ręką ujął jej nadgarstek i przyjrzał się dłoni. Potem bez żadnego skrępowania ucałował jej wierzch. Nawet nie planował jej puścić, choćby się wyrywała i wrzeszczała.
    Jednak po chwili doszło do niego to co robi i to co właśnie powiedziała Harper. Odsunął się od niej nagle. Dość mocno przyłożył sobie w twarz. Plaśnięcie rozeszło się echem między drzewami.
    - Przepraszam... To ten las...Ja na prawdę nie chciałem.
    Przetarł twarz dłońmi. Przecież znał ją zaledwie dwa dni. Nie mógłby się w niej zakochać. Już nie mówiąc o tym, że nie miewał takich napadów namiętności. dla niego liczyła sie praca. Najpierw praca potem cała reszta. A teraz, niejako pracowął.
    Pokręcił głową.
    - Zastanwiam się... Dlaczego oni zniknęli? Ja siedziałem tu i pracowałem. Nie zwróciłbym uwagi nawet gdyby ktoś stał tuż za mną i zaglądał mi przez ramię. A ty poszłaś z Tadashim... Też mogłaś zniknąć a jednak tu wróciłaś. Może...? - zaczął się zastanawiać na głos. - Może chodziło o broń? Ja nie jestem uzbrojony. Ty też nie.
    Zerknął w kierunku pozostawionych plecaków i toreb. Nie zostawili broni. Chyba uznali że nie warto ryzykować.
    - Nie wiem... Jeśli tu na nich poczekamy, możliwe że niedługo wrócą. Ale jeśli mają kłopoty...
    Właściwie to, mógłby ich zstawić z ichnimi kłopotami. Nie był im niczego winien. Mogliby zostać tu przez jakiś czas i odpocząć a potem pójść dalej.
    Spojrzał na sklepienie jaskini. Jedynym sensownym kierunkiem wydawało się źródło światła.
    - Jak zaczniesz mieć go mnie dziwne ciągoty to daj znać. - zaśmial się.

    OdpowiedzUsuń

  18. W odróżnieniu od swojego brata nie miał ciągot do mężczyzn. Jednak wolał to stwierdzenie zachować dla siebie. Pokręcił tylko głową.
    Rozglądał się, przyglądając się drzewom i starając się dostrzec jak najwięcej. Jednak byli tu sami a przynajmniej nikogo nie dostrzegał.
    Uniósł dłonie w uspokajającym geście.
    - Harper... - zaczął, podchodząc o krok. - Spokojnie. Nie jesteś żadną rusałką. To iluzja. Ten las wpływa na nasze myśli... na to co widzimy i czujemy. Powinniśmy stąd wyjść...
    Wyciągnął patyk, którym określał położenie cienia, z ziemi i narysował nim strzałkę, by w razie czego wiedzieli w którą stronę poszli. W jednym z plecaków znalazł notatnik. Wyrwał jedną z kartek i napisał, że udali się w kierunku źródła światła i że las tworzy iluzje. Chyba liczył na to, ze jednak inni nie będą potrzebować ich pomocy. Kartkę wsunął pod kamień, by szybko można było ją znaleźć.
    Ignorując ból w klatce piersiowej, przerzucił przez ramię plecak i jedną z toreb. Drugą torbę rzucił Harper.
    - Idziemy.
    Wsunął notatnik i mapę do kieszeni. Jeśli Elsa i reszta byli domyślni i chociaż trochę inteligentni to równiez powinni kierować się w stronę źródła światła.
    Niepokoił się o stan swojej towarzyszki. Wciąż wyglądała na roztrzęsioną, jakby nie wierzyła że to co widzi jest iluzją. Miał jednak nadzieję, że gdy opuszczą las, to wrażenie minie.
    Teren był bardzo pofałdowany. Przez to trudno było dostrzec coś więcej. Szli wydeptaną ścieżką. Widocznie ktoś przechodził tędy na tyle często, że roślinność nie zdążyła zdominować szlaku.
    Takeshi siedział pod drzewem, patrząc tempo przed siebie.
    ​Lancelot zmarszczył brwi. Najwidoczniej to coś w tym lesie wpływa na wszystkich. Zastanawiał się tylko co teraz widzi azjata.

    OdpowiedzUsuń
  19. - To wszystko iluzje. - mruknął Lancelot, uświadamiając sobie pewne rzeczy. -Odkąd Tadashi zabrał część skarbu, pokazał chciwość znany od wieków grzech, którym pogardzano od początku tego świata. Twoja rana nie była prawdziwa. Była częścią iluzji... Widocznie jakoś oznaczają sobie osoby... Muszę się dowiedzieć jak. - mruknął bardziej do siebie niż do nich. Co z tego, że byli gdzieś w podziemiu? Co z tego, że mogło grozić im śmiertelne niebezpieczeństwo? Liczyło się to, że mógł odkryć jeden z sekretów tego świata... Którego nie wolno mu było odkryć! Zacisnął powieki... Matka go zabije... Już niemal słyszał jej pełen złości i pogardy głos, gdy go zruga jak tylko matka może to uczynić. A potem pewnie ześlą go na jakieś zadupie świata, każąc badać kamienie i dokładnie 6 razy w roku, dostanie pozwolenie na opuszczenie tego zapomnianego przez Boga i resztę świata miejsca. Wzdrygnął się. Że też nie mógł urodzić się z bratem jako jedna osoba... Już nawet przebolałby tych facetów...
    Pokręcił głową.
    - Wstawaj człowieku. Nie mamy teraz czasu na użalanki. - zaprzeczał sam sobie, ale trudno. Nikt nie musiał o tym wiedzieć.
    - Bez ich zgody, nie wyjdziemy stąd. Mnisi muszą tędy jakoś przechodzić... Może mają jakiś sygnał, słowo albo... - zamilkł, zastanawiając się. Wszystkie stare podania, legendy i ryciny pojawiały się przed jego oczami, układając się w pewne niezrozumiałe na razie równanie.
    - Czyżby to było takie proste...? - odebrał od Harper bransoletę i wcisnął ją w dlonie Azjaty. - Idziemy do nich. Oddasz im to i przeprosisz, ze ukradłeś... Znaczy ty to powiesz, a ja przetłumaczę... powinni znać arabski. Wszystko krąży wokół grzechów. Tylko ktoś, kto wyzna swoje grzechy będzie mógł przejść dalej.

    OdpowiedzUsuń
  20. - Dlaczego niby mnie? - spytał Lancelot, unosząc brew. Nie rozumiał tych ich dziwnych spojrzeń, słów, które niby miały zawierać jakiś podtekst. Wzruszył ramionami.
    - Nie mamy zbyt dużego wyboru. Hebrajski znam tylko w podstawach, ale może wystarczy... Niewiele ryzykujemy. Moze tylko trochę czasu w agonii.
    Ruszyli w stronę obozu. Lancelot uniósł dłonie w geście pokojowym. Archeolog odchrząknął i powiedział kilka słów po hebrajsku. Gdy tubylcy nie zareagowali, powiedział coś po arabsku ale to również nie dało większego efektu. Zatem może łacina?
    Lancelot próbował ukryć zdziwienie. Skąd łacina w tej części świata? Mogli ją przywieźć zakonni rycerze i katoliccy księża ale kto mógł przypuszczać, że ten język przetrwa tyle lat pod ziemią.
    Oblizał wargi i uśmiechnął się uprzejmie. Przez chwilę zastanawiał się co powiedzieć... W końcu zaczął od tego, że człowiek który ze swej chciwości ukradł złoto, bardzo żałuje i prosi o wybaczenie. Kazał Azjacie klęknąć i położyć przed sobą zabrany przedmiot.
    Potem zaczął mówić o swoich grzechach, których żałuję i o grzechu pychy Harper.
    Mężczyźni, widać że wojownicy tego plemienia naradzali się półgłosem. Potem jeden z nich wystąpił i spytał:
    - Co tu robicie?
    Lancelot zmarszczył lekko brwi. Na jego twarzy, na której królował zwykle lekko ironiczny uśmieszek, błądziło teraz napięcie.
    - Jesteśmy pielgrzymami z ziemi przeklętej. Zbłądziliśmy, ale ten cudowny świat ukazał nam naszą słabość...
    Wojownik przyjrzał się uważnie Lancelotowi. W końcu zdecydował.
    - Możecie iść dalej... ale złodziej, zazdrośnica i gniewna tu pozostaną.
    Mniej więcej bez większego problemu mógł określić kto jest zazdrośnicą a kto gniewną. Wahał się chwilę. Gdyby ich tu zostawili, mogliby iść dalej. Ale co wtedy?
    - Nie możemy zostawić naszych pielgrzymów. - powiedział. - Nie ma w tym honoru ani dobroci. Razem weszliśmy i razem wyjść musimy. Zostaniemy wszyscy, jeśli trzeba.
    Usiadł na ziemi. Polecił też gestem by Harper uczyniła to samo.

    OdpowiedzUsuń
  21. Uniósł niecą kąciki ust. Ich sytuacja poprawiła się nieco.Był to dobrzy znak. Ich towarzysze zostali uwaolnieni, a Lancelot uznał że wyglądają na prawidziwie przestraszonych. Możliwe że dopiero teraz zorienotwali się w co się wpakowali.
    Mężczyzna starał się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Podjerzewał, ze już nigdy tu nie wróci. A jeśli rodzina uzna, ze pokpił sprawę już nigdy nie zobaczy czegoś innego niż nieskończone połacie śniegu na Alasce albo duszne wnętrze biblioteki, w której zostanie zaaresztowany.
    Ruszyli znów w drogę. Gdy tylko dotrą do bardziej przystępnej częsci podziemi, zrobią znów chwilę przerwy.
    Ktoś chyba coś do niego mówił, a nawet szarpnał za rękaw. Ale on był teraz w swoim świecie myśli, swoim wiekim pałacu myśli. Miał pewien pomysł, który mógłby pomóc im się stąd wydostać. Jednak na razie trzymał go dla siebie.
    Dotarli do korytarza, ozdobionego przez kamienny rzeźbiony łuk. Po jego przekroczeniu, poczuli chłód. Otoczyła ich ciemność. Lancelot zatrzymałs się. Wyglądało na to, że zdobiona brama, nie przepuszczała promieni tego dziwnego światła podziemnego. Ale przecież mieli iść w stronę jego źródła, tam miał być Eden.
    Spojrzał na mężczyznę który im towarzyszył i zapytał po łacinie:
    - Mieliśmy iść w stronę światła Edenu. Prowadzisz nas inną drogą?
    Mężczyzna przystanął i spojrzał na wrota, które przekroczyli.
    - Musimy dojść do rzeki. Dalej spłyniecie kanu.
    - Do Białej Rzeki? - upewnił się
    - Tak.
    Dziwny półmrok panujący w jaskini był zasługą świecących grzybów, z którymi spotkali się wcześniej.

    OdpowiedzUsuń
  22. Był szczerze zafascynowany tym co widział. Rzeka do której dotarli nie była przejrzysta. Woda wydawała się lekko mętna, możliwe że było to spowodowane zwiększoną ilością wapnia albo glonów... A moze istotnie było to mleko? Przecież nie bez przyczyny mówiło się o krainie mlekiem i miodem płynącej.
    Przez dłuższy czas był nieobecny myślami. Zarejestrował co się dzieje z dużym opóźnieniem. Spojrzał na ich przewodnika.
    - O to tu chodzi? O... gotowość na śmierć? - spytał po łacinie. Mężczyzna spojrzał uważnie na archeologa, ale nie odpowiedział. Nie musiał. Widać to było w jego oczach.
    Wsiadł do kanu wraz z Elsą. Chciał powiedzieć, ze lepiej by trzy panie popłynęły jednym kanu, ponieważ są lżejsze, ale wątpił by ktoś się przejął jego sugestią.
    Wpatrywał się w jakiś punkt daleko przed sobą, zastanawiając się nad śmiercią. Gotowość na śmierć... Czyli trzeba pozwolić by pochłonął ich nurt? Pozwolić by los decydował... By...
    Z zamyslenia wyrwał go krzyk. Podniósł spojrzenie, akurat w momencie gdy drugie kanu się przewróciło.
    - Spokojnie! - krzyknął, przesuwając się na sam brzeg kanu. - Dajcie się porwać nurtowi! Nie walczcie z rzeką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Elsa spojrzała na niego jak na wariata, ale Lancelot był już pewien, że o to właśnie chodzi.
      - Musimy być gotowi na śmierć. - wyjaśnił - Pogodzeni ze śmiercią. Poznanie dobra i zła zawsze ma swoją cenę. Jeśli będziemy gotowi ją zapłacić, dotrzemy tam gdzie trzeba.
      Widocznie nikogo nie przekonał. Albo może go nie usłyszeli?
      Uszkodzone kanu zablokowało rzekę. Lancelot i Elisa musieli zdecydować czy lepiej tracić czas na rozłupywanie znisczonej łódki i stracić resztą gromady z oczu czy wskoczyć do wody. Wybrali tę drugą opcję. Nurt zwolnił. Unosili się w wodzie, jakby ta była przesączona solą. Lancelot złapał Harper za rękę, by nie odpłynęła zbyt daleko. Była w końcu najlżejsza z nich. Rzeka płynęła niespodziewanie równo i prosto. Kilka łagodnych meandrów nie stanowiło dużej przeszkody. W końcudostrzegli światełko w tunelu. Usłyszeli szum.
      - No tak... - mruknął Lancelot. - Wodospad...
      Ledwie zdązył wypowiedzieć te słowa a runeli w dół wraz z wodą. W kipieli Lancelot zgubił plecak. Poczuł dno i siłę wody, przyciskającą go do niego. Jakś udało mu się wymsknąć i wypłynąć na powierzchnię. Dotarł do brzegu i otworzył szeroko usta. Byli w dżungli... Widział granice skalnych ścian, ale przed nim rozciągała się ogormna połać lasu, aż po horyzont.
      - A więc... Eden. - mruknął. Po sekundzie, otrząsnął się i zaczął się rozglądać za resztą swojej ekipy.

      Usuń
  23. Pomógł Elsie wyjść na brzeg. Lara wygrzebała się z wody kilka metrów dalej. Jednak ani Harper ani Tadashiego nie było widać.
    - Harper! - krzyknął, wbiegając do wody po kolana. Dostrzegł ją, walczącą z prądem. Na sekundę czy dwie dostrzegł Tadashiego, znikającego pod wodą. Przez chwilę miał wrażenie, ze to było przewidzenie,jakiś miraż albo ułuda. Zbliżył się do Harper, pomagając jej wyjść na brzeg. Znów wszedł do wody, ale nic nie mógł dostrzec. Chciał zanurkować, ale przed tym powstrzymała go Elsa, ciągnąc go na brzeg.
    - Oszalałeś?! Zabijesz się! Nie trzeba nam tu bohatera!
    Miała trochę racji, jednak adrenalina osłabiła ból i słabość. Nikt się nie wynurzył. Szum wodospadu nie był zakłócony przez żaden dźwięk. Stali w czwórkę na brzegu, jakby czekali na jakiś cud, na znak...
    ​Lacnelot dopiero po chwili zorientował sie, ze cały drży. Nie było mu zimno. Gdy nie mógł zaczeprnąć oddechu wiedział już co to. Atak paniki. Pochylił się do przodu, opierając dłonie na udach ale niewiele to pomogło. Usiadł na ziemi. Miał rażenie że zaraz się udusi. Ściśnięte płuca nie chciały nabrać powietrza. Poczuł czyjeś dłonie na ramionach. Ktoś próbował go uspokoić. To chyba była Harper. Łkała cicho w jego ramię. Odwrócił się do niej i przytulił mocno do siebie. Oboje tego potrzebowali. Nie chciał tu być. Ale teraz byli już u końca drogi.

    OdpowiedzUsuń
  24. Pokręcił głową. Gdyby bardziej przyominał brata bliźniaka albo chociaż którego kolwiek z braci. Oni wiedzieliby co robić. Tego nie da sie nauczyć w bibliotece, wśród kurzu i pożółkłych stronic ksiąg i rycin.
    Wyciągnął z kieszeni mapę na której tworzył notatki. Zamknięty papier posklejał się, ale był na tyle twardy że nie rozpadł się od razu. Rozłożył ją i powiesił na zwisającej nisko gałęzi. Niewiele ekwipunku im zostało.
    - Lara, wyciągnij plecaki. - wskazał na wyrzucone na płyciznę dwie torby.- Trzeba znaleźć odpowiednie miejsce na... odpoczynek, bo właściwie jestem pewien tego, ze tutaj nie ma nocy.
    Zaraz za drzewami znaleźli odpowiednie miejsce. Lancelot nie chciał oddalać się od rzeki, pewnego źródła wody słodkiej. Zebrali drewno i rozpalili ognisko. Przejrzeli zawartosć plecaków. Mieli ganek, w którym szybko przegotowali wodę.
    Lancelot zdjął koszulę, buty i spodnie. Nie przeszkadało mu specjalnie to, że paraduje w samych bokserkach. Był wysportowany i miał kilka ciekawych blizn, którymi mógł się pochwalić.
    Papier mapy zdązył wyschnąć, więc przysiadł na głazie i naszkicował kilka rzeczy.
    Elsa rozdzieliła prowiant, który został w torbach. Były to ledwie batoniki zbożowe, ale zawsze coś.
    nie skupiał się na kręcących się wokół ogniska trzech, atrakcyjnych kobietach ledwo w samej bieliźnie. Zawsze uważano go za dziwaka.

    OdpowiedzUsuń
  25. - Miał przepaskę ze skóry jaguara i dwa goryle jako obstawę? - sarknął Lancelot, wkładając suche już spodnie. Lara chyba nie miała większej ochoty się ubierać, podobnie jak Elsa. Obie twierdząc ze jest im bardzo zimno, przytulały się do Lancelota. Ten natomiast zamiast docenić sytuację, podniósł się by dorzucić więcej drewna do ognia by paniom zrobiło się cieplej. Nie wiedział też dlaczego obie prychają gniewnie. Możliwe, że nie rozumiał jakichś ich potrzeb, sygnałów i ukrytych przekazów.
    Musieli ustalić jakiś plan.
    - Zostaniemy tu aż nabierzemy sił. Przydałoby się trochę przespać. i o ile Tarzan Harper nie zechce nas wcielić do swojego stada, jutro powinniśmy dojść do źródła Tygrysu albo Eufratu. Wrócimy nimi na powierzchnię.

    OdpowiedzUsuń