Żyjemy, piszemy! Niedługo pojawi się lista obecności.

21 kwietnia 2017

[KP] A potem stało się teraz

"A potem stało się teraz."
Terry Pratchett – Kosiarz


Jean Laveaux

Często zdarza wam się być pomylonym z królem Arturem? Tym od okrągłego stołu i smoków. Właśnie, mi też. Do czasu aż dzień przed sesją na stancję wpadł do mnie Merlin i zaczął pieprzyć o przepowiedni. Od wtedy po prostu zacząłem się przyzwyczajać do tego imienia. 

(model Simon Van Meervennel)
wątek z Nicole [Merlin]

8 komentarzy:

  1. Merlin westchnął ciężko, gdy znów pojawił się w swojej wieży. Może to jednak nie był dobry pomysł. Może jednak lepiej by było, gdyby został tym egocentrycznym magiem, którego nie obchodzą losy Camelotu, a jedynie Arthura – a teraz, gdy go nie ma, nie obchodzi go nic. Może. Ale w końcu przystał na prośbę Guinevere. Odszukał osobę z przepowiedni i…
    I było to najgorsze zadanie, jakiego kiedykolwiek się podjął.
    Bo to był on. To był ten sam Arthur, którego znał przez tyle lat, którego widział przeszytego mieczem Mordreda. To był ten król, który rządził Camelotem jak nikt przed nim i po nim. Jedynie wydawał się bardziej przestraszony. Ale to Merlin potrafił zrozumieć. W końcu nie mógł się tego spodziewać. I teraz wiedział doskonale, że to właśnie on pozwoli osiągnąć Camelotowi wielkość. Ale najpierw musiał go ochronić.
    I Merlin miał pewien pomysł, jak to zrobić. Zamotany i absurdalny, pełen luk, ale miał takowy. Bez chwili zwłoki zabrał się do wertowania księgi, którą kiedyś otrzymał. Znalazł to, czego potrzebował. Mniej więcej. Nie było to co prawda zaklęcie, które było w stanie zrobić dokładnie to, czego wymagała sytuacja, ale dawała pewne podstawy. A czarodziej, co by nie mówić, też był artystą. I swoje potrafił stworzyć.
    Siedział w swojej komnacie do zmroku. Szczęśliwie, nikt się tam nie zbliżał. Zresztą, mało kto był na tyle odważny. A ci, którzy byli, wiedzieli, że Merlin jest zajęty. To zawsze dało się wyczuć już przed drzwiami komnaty.
    Czarodziej spojrzał jeszcze raz na to, co miał i westchnął. Gdyby wierzył w jakieś bóstwa, byłby się wtedy do nich pomodlił, tak tylko potarł kciuki i zaczął inkantować zaklęcie.
    Poczuł, jak jego słowa napełnia moc.
    Udało się.
    Musiało się udać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdy Merlin był w trakcie inkantacji, Guinevere weszła do jego komnaty. Gdyby czarownik mógł, to zakląłby wtedy siarczyście. Ale nie mógł, bo szeptał słowa w Starszej Mowie. Zgromił więc tylko kobietę wzrokiem, która w odpowiedzi spojrzała na niego dumnie. Merlin znów zechciał zakląć szpetnie. Każdy inny człowiek, który na ten moment żył w królestwie, na widok jego spojrzenia płoszył się. Szczególnie, gdyby czarodziej patrzył na owego człowieka w taki właśnie sposób, złotawymi oczami, w komnacie w której aż tętniło od magii. Ale gdzieżby, królowej nie przystoi.
    – Udało się? – spytała głosem obojętnym, raczej profesjonalnym. Ale mężczyzna dobrze wiedział, że kryje się w nim dużo, dużo więcej. W szczególności mnogość emocji.
    Merlin przygryzł wargę, odwracając od niej wzrok tak, żeby widać było, że skupia się na drobnych ruchach swoich dłoni. Usłyszał jednak, poza buzującą w jego głowie energią, bardzo wyraźnie, wręcz ostentacyjne westchnienie.
    – Merlinie, gdy pytam, oczekuję odpowiedzi – powiedziała twardo, jakby wiedząc, że zaklęcie nie wymaga od niego aż tyle skupienia.
    Czarodziej zaczął mówić głośniej, ale pokiwał głową. Nie widział promieniejącej ze szczęścia Guinevere, która już po chwili przybrała znów pozbawioną emocji, chłodną maskę opanowanej królowej. Nie widział jej uśmiechu i szklących się oczu. Musiał się skupić na zaklęciu. Zresztą wcale nie musiał na nią patrzeć, żeby to widzieć.
    – Wezwę tu rycerzy – powiedziała niby obojętnie, ale przez jej głos przezierała ekscytacja.
    Wybiegła z jego komnaty pospiesznie, a Merlin znów miał ochotę szpetnie zakląć. Bo o ile zaklęcie nie wymagało aż tyle skupienia, żeby nie mógł odpowiedzieć jednej tylko królowej, o tyle odpowiadania na pytania dziesięciu mężczyzn mogłoby być cokolwiek problematyczne. Czarodzieja dręczyło to tym bardziej, że był pewien, że Guinevere zrozumie, że potrzebuje teraz spokoju. A jednak mimo wszystko najwidoczniej mógł o tym pomarzyć.
    Chwilę jednak zajęło sprowadzenie wszystkich rycerzy. Zapewne nieco ponad godzinę Merlin spędził jeszcze w ciszy i spokoju, skupiając się na przepływie magii w powietrzu. Wtedy jednak drzwi otwarły się. Czarodziej tym razem nie miał ochoty przekląć. Tym razem wolał raczej, zamiast Arthura, sprowadzić siebie do jego świata. Gdzie nie byłoby Camelotu, który rzeczywiście, gdyby nie jego niegdysiejszy król, niewiele by Merlina obchodził. Jednak mężczyzna wiedział, ile znaczył on dla Arthura i nawet jeśli chłopak, którego wskazała przepowiednia, jeszcze tego nie rozumiał, czarodziej wiedział, że muszą wspólnie obronić tą twierdzę.
    Jednak tym razem coś się zmieniło. Otwarcie drzwi przebiegło inaczej, Nikt się nie odezwał, wszyscy tylko skłębili się w komnacie i patrzyli po sobie. Niektórzy z nich nie zwracali uwagi na energię wokół, inni kładli palce na skroniach. Jeden z rycerzy zatoczył się nawet nieco. Stali tam w ciszy przez dobrych parę godzin, ponieważ Merlin nie miał możliwości ostrzec ich, że potrwa to długo. Ale zostali wszyscy, bo i w Camelocie zostali tylko najbardziej lojalni z rycerzy.
    Wreszcie czarodziej dotarł do końca. Ostatnie słowo niemal wykrzyczał. Uderzenie mocy tym razem dosięgło wszystkich, nawet tych najbardziej obojętnych na magię. Ten, który wcześniej się zataczał, teraz opierał się o ścianę słabo, a gdy Merlin skończył inkantację, drgnął, jakby targany dreszczem. Na środku pomieszczenia pojawił się chłopak w ubraniach nie z tego świata, ale który poza tym wyglądał dokładnie jak Arthur, nieco tylko młodszy niż w chwili śmierci.
    Gdy tylko to się stało, wszyscy w komnacie uklękli. Merlin również, on jednak wstał zaraz, dokładnie na czas, żeby zostać schwyconym przez chłopaka. Rycerze nie wstali nawet z kolan, gdy Merlin i Arthur opuścili salę.
    – Słucham, Wasza Wysokość – odparł czarodziej ze szczerym uśmiechem, nie mogąc odwrócić wzroku od twarzy przybysza.

    OdpowiedzUsuń
  3. Na reakcję Arthura uśmiechnął się tylko nieco szerzej. Był taki sam jak kiedyś. Nawet złościł się tak samo – a w końcu kiedyś złościł się często, więc Merlin dobrze to pamiętał. Jednak teraz czarodziej nie był już taki pewien reakcji, ponieważ jednak coś się w chłopaku zmieniło. Cóż, głównie nie wydawał się zbyt zorientowany w polityce i dużo bardziej niepewny i, co najgorsze, nie traktował nawet Merlina jako swojego sługi nawet w Camelocie. I trochę to mężczyznę martwiło.
    – Jesteśmy w Camelocie, panie. Żeby być precyzyjnym, w jednej z komnat mojej wieży, którą zbudowano tu jeszcze za twojego panowania.
    Był nieco przemęczony rzuceniem zaklęcia, któremu w końcu nie można odmówić potęgi. Najchętniej napiłby się teraz odrobiny piwa z Arthurem, jak kiedyś w karczemce na rozstajach. Niby rzadko mieli czas na takie spędzanie czasu, ale jakże wtedy było miło. Ten moment co nieco przypominał mu o tym. W końcu chłopak traktował go jak równego sobie, ale jednak oczekiwał od niego wyjaśnień. I to wyjaśnień, które jemu trudno było samemu ustawić.
    – Panie, jak już mówiłem, z pewnością wyrocznia nie wybrałaby cię, gdybyś nie był do tego odpowiedni. Nie mam wątpliwości, że potrafisz coś, dzięki czemu Camelot nie zostanie całkowicie zniszczony i nie ma mowy o pomyłce. – Merlin uśmiechnął się z rozbawieniem. – Nie wybrałbyś, panie, mnie na swojego nadwornego maga, gdybym był aż tak niekompetentny. Zresztą, jesteś niewątpliwie symbolem dla ludzi i samo twe pojawienie się tchnie ich do zwycięstwa i znacznie poprawi morale.

    OdpowiedzUsuń
  4. To wszystko, co widział, przypominało mu Artura w niesamowitym stopniu. Była tylko jedna różnica. Król od dawna go tak nie traktował. Merlinowi przypominały się same początki ich znajomości. Dopiero teraz przypominał sobie, jak bardzo mężczyzna bywał wtedy irytujący, a mimo to nie potrafił teraz powstrzymać napływającej do niego silnie melancholii.
    – Jesteś, panie, taki sam jak w dniu w którym się poznaliśmy. Cieszy mnie fakt, że to uczucie wraca, a bawią właściwie tylko moje własne żarty – odparł z wesołym uśmiechem, nie mogąc się powstrzymać, mimo faktu, że widział, że Artur nie jest w nastroju do żartów.
    Patrzył uważnie na mężczyznę przed nim i zastanawiał się, czy dobrze zrobił, ściągając go tutaj. Tak, to był Artur, ale z pewnością tam, gdzie żył, również miał swoje zajęcia. Im dłużej o tym myślał, tym wyraźniej widział, jak egoistyczne było to, co zrobił. Rozważał odesłanie go z powrotem. Szczerze to rozważał. Ale wtedy skazałby Camelot na klęskę. Przecież to właśnie powiedziała wyrocznia.
    Ta wojenka, jak obawiał się czarodziej, była ponad nimi.
    [Króciutko, bom leń ^^]

    OdpowiedzUsuń
  5. Merlin nasłuchiwał uważnie dźwięków dookoła. Służby, która mogłaby się zbliżać lub nawet otwierających się drzwi od jego komnaty. Wolał, żeby nikt nie widział Artura, ale na to było już przecież za późno. A jednak plotki wśród służby nadal mogły się nie rozprzestrzenić. Czarodziej musiał się tylko nieco o to postarać. Zresztą, w najgorszym wypadku mógłby ich nieco postraszyć. Nie było przecież w tym zamku osoby poza Ginewrą, która na jego groźby nie reagowała absolutnym przerażeniem. W tej kwestii niewątpliwie mu wierzono. Tym bardziej, że Merlin, kiedy chciał, potrafił był groźny. A szczególnie dla tych, którzy znali jego możliwości, bo i przy nich najmniej musiał się wysilać.
    Myślał teraz, że powinien powoli zabrać Artura z powrotem do swojej komnaty, żeby zobaczyć, jak zareaguje na żonę i rycerzy. I jak oni zareagują na niego. Tym bardziej, że czas naprawdę uciekał – wojska Mordreda mogły być u bram Camelotu lada dzień, a w wojsku morale z każdą chwilą słabły. Nie było nikogo, kto poruszyłby ich serca jak niegdyś ukochany król, a czarodziej, jako druga osoba u władzy w kraju po królowej, czyli po kobiecie, także nie napawał optymizmem. Ile razy Merlin próbował przemówić do armii, tyle razy miał wrażenie, że tylko pogarszał sytuację i wzmagał chęć do buntów w wojsku. Nie ufano mu i posądzano o zdradę. Wiedział, jak popularne jest twierdzenie, że mimo rzeczonej lojalności Arturowi za życia, czarownik będzie trzymał się z czarownikiem. Nawet Rycerze Okrągłego Stołu nie wydawali się obstawać w pełni za Merlinem, nie wszyscy. A jednak nie potrafili schwycić dowództwa równie mocno, co niegdyś Artur, choć przecież próbowali. A bez tego wojska Camelotu nie miały szans.
    Teraz jednak Merlin miał asa w rękawie. Niestety, asa nieco chwiejnego.
    – Uwierz mi, panie, chciałbym, żeby to mogło zaczekać. Ale wojska wrogów mogą tu być lada dzień i musimy ustalić wszystko z twoimi rycerzami. Zadbam o to, żeby przygotowano twoje komnaty, ale w pierwszej kolejności musimy udać się na to spotkanie.
    Tyle, jeśli chodzi o brak plotek służby. Ale jeśli Artur zgodzi się zostać, to plotki zostaną przecież wkrótce potwierdzone.

    OdpowiedzUsuń
  6. Merlin uśmiechnął się szczerze, skrywając odrobinę ulgi. Tylko odrobinę, bo w końcu był niemal pewien, że tak to się skończy. W przeciwieństwie do rycerzy, którym przecież od maleńkości wpajano, że magia jest najgorszym złem i sprowadzi na Camelot jedynie rozliczne katastrofy, Merlin ufał wyroczni i wiedział, że zna się na swoim rzemiośle. Choć rzeczywiście, na momencik zwątpił w jej trafność tym razem. Ale już mu przeszło.
    – Co uznasz za stosowne, mój panie – odparł Merlin z rozbawieniem. – Szczególnie wziąwszy pod uwagę, że początkowo zapewne niewiele będzie ona miała wspólnego z naradą.
    Z tymi słowami otworzył drzwi prostym zaklęciem, a dłoń Artura zsunęła się z klamki. Nikt nie kłębił się, oczywiście, przy drzwiach, wszyscy stali w różnych grupkach, jakby wcześniej zajmowały ich różne tematy. Tylko Ginewra stała kilka metrów od wejścia i jako pierwsza zauważyła Artura. Choć była to, trzeba przyznać, kwestia ułamków sekund, wziąwszy pod uwagę, że gdy drzwi otwarły się już na oścież, na nowego króla zwrócono wszystkie spojrzenia w sali.
    Ginewra przygładziła nieco swoją ciemnozieloną suknię i ruszyła o krok w stronę chłopaka. Zawahała się, bliżej już nie podeszła. Patrzyła mu jednak w oczy; nikt nie odezwał się ani słowem. Atmosferę można było w tamtej chwili kroić nożem. Nawet największy idiota zauważyłby, że kobieta waha się przed okazaniem jakichkolwiek emocji. I że nie szło jej to najlepiej, co, również warto wspomnieć, jak na Ginewrę było naprawdę zaskakujące.

    OdpowiedzUsuń
  7. Merlin oparł się tylko o ścianę swojej komnaty, patrząc na zebranych uważnie i słuchając. Nie zamierzał ingerować nadmiernie, ponieważ wszyscy musieli najpierw poznać naturę problemu, jakim był nowoprzybyły Artur. Czarodziej zauważył, że Ginewra spostrzegła to bardzo szybko, gdy tylko chłopak odwrócił od niego wzrok, ona sama wycofała się, a jej oczy zaszkliły się na moment. Wtedy odwróciła się, a gdy Merlin znów złapał jej spojrzenie, jej spojrzenie było chłodne, kalkulujące. Jak królowej, którą była od jakiegoś czasu, a nie ciepłe i pełne uczuć – spojrzenie kobiety, którą zabroniono jej być wraz ze śmiercią Artura.
    Ona przyklękła jako pierwsza, a pozostali poszli pospiesznie za jej przykładem, jakby zapomnieli, że właściwie owszem, powinni byli to zrobić. Merlin oczywiście zrobił dokładnie to samo. Zapadła długa cisza – główną bowiem wadą tego, że wszyscy byli sobie równi był fakt, że nie było tego, który byłby pierwszy. Więc i żaden nie przemawiałby w imieniu wszystkich. A teraz żaden się do tego nie kwapił. W końcu jednak odezwał się Gawain cichym, niepewnym głosem, w jednym, pozornie sensownym zdaniu wyrażając obawę wszystkich tam zgromadzonych:
    – Jesteśmy gotowi służyć ci, Wasza Królewska Mość, do ostatniej kropli krwi i bez zawahania wykonamy każdy twój rozkaz. Musimy jednak pospiesznie opracować plan działania – dodał po chwili, już pewniejszym, bardziej rozochoconym tonem – do obrony Camelotu przed oblężeniem. Jak wiesz, panie, to potężna twierdza, ale wojska są bliskie buntu. Twoja obecność jednak niewątpliwie pozwoli nam ich zmobilizować i stawić czoła Mordredowi. Możliwe nawet, że Mordred zrezygnuje z ataku, widząc, że wróciłeś, panie na tron – dodał tonem, który sugerował, że jest to jakaś możliwość, ale nie należy specjalnie brać jej pod uwagę.

    OdpowiedzUsuń
  8. Gawain spojrzał najpierw na Artura, potem na pozostałych rycerzy, którzy nie byli całkowicie pewni, co teraz powinni zrobić, przełknął jednak ślinę i rzucił jeszcze jedno spojrzenie Merlinowi. To tamten powstał pierwszy, a pozostali poszli za jego przykładem z niemym zaskoczeniem, które czarodziej potrafił wyraźnie w nich wyczytać. Sam fakt, że unikał ludzi ostatnich parę lat nie oznaczał, że zapomniał już, jak rycerze reagowali. Teraz uśmiechnął się delikatnie. Artur najwidoczniej musiał jeszcze nauczyć się, że powinien wydawać rozkazy. Nie wątpił jednak, że kiedy już zacznie, wejdzie mu to w nawyk, jak niegdyś. Byli przecież tacy podobni. We wszystkim, od wyglądu począwszy, na zachowaniu kończąc. Dlatego gdy jeden z rycerzy już zabierał się do odpowiedzi, a Artur podszedł do Merlina, ignorując tego pierwszego, Ginewra powiodła za nim ukradkowym spojrzeniem, jakby widząc przez tych parę chwil ducha.
    Artur potrafił przecież zagrzać ludzi, poprawić ich morale i przekonać do siebie, ale nie sposób było mu też odmówić niestandardowych metod – często odchodził na bok z Merlinem i wśród ludzi mu najbliższych nie budziło to najmniejszego zaskoczenia. Dlatego teraz królowa może nadal stała z boku, obserwując całą sytuację po cichu, badając raczej teren, ale wśród rycerzy poniósł się szept rozmów. Nic nie wskazywało na to, żeby mieli zakończyć rozmowę szybko – przecież to było zresztą w ich stylu, zdawali się mówić, rzucając im ukradkowe spojrzenia, a nawet nieliczne, nieśmiałe uśmiechy.
    Merlin więc skinął głową i powiedział:
    – Oczywiście. Ginewro – powiedział jeszcze, nieco głośniej, tak żeby być słyszalnym ponad szumem. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że być może popełnił błąd i chociaż przy rycerzach powinien był zwrócić się do niej per „Wasza Wysokość”, ale na to było już za późno. Kobieta od razu popatrzyła w ich stronę z pytaniem w spojrzeniu. – Wrócimy wkrótce – dodał z uśmiechem, na co odpowiedziało mu tylko szybkie, profesjonalne skinienie.
    Złapał nadgarstek chłopaka i zaczął inkantować zaklęcie. Tym razem zajęło to raptem parę minut – może nikt poza nim tego nie czuł, ale powietrze wirowało tu już od magii, co znacząco przyspieszyło cały proces. Gdy czarował, w całej sali panowała idealna cisza i zastój. Nikt nie chciał przerwać, bo wszyscy obawiali się ewentualnych konsekwencji. Co by nie mówić, Merlina obdarzono może zaufaniem, ale nadal był czarownikiem, groźnym i nieprzewidywalnym. Niemal wykrzyknął ostatnie słowo, jego spojrzenie zaszło złotem i poczuł tylko niesamowitą siłę, tą samą, co zawsze, gdy podróżował między światami. Dopiero wtedy puścił nadgarstek Artura i spojrzał na niego.
    – Proszę – powiedział tylko. – Weź wszystko, czego potrzebujesz.

    OdpowiedzUsuń