Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

2 stycznia 1970

[KP] Deionarra

"A cutthroat in every alley, but I’ll not let them take us alive!"
Xzar, Baldur's Gate

Mroczna Dolina
"21 lat" | Niewidoma nekromantka | Owiana mgłą tajemnicy przeszłość


Nikt nie wie skąd i dlaczego Deionarra znalazła się w Akademii Bohaterów. Pewnego dnia po prostu pojawiła się w jej murach, bez zbędnych egzaminów i przepytywań, w towarzystwie jednego z nauczycieli - wielkiego elfiego herosa oraz maga o imieniu Aehorn. To właśnie on opiekował się nią przez większość czasu spędzonego w Akademii, nauczając zaklęć i władania nad śmiercią w czym przejawiała prawdziwy talent.
Zdawał się wiedzieć o tajemniczej dziewczynie więcej niż wszystkim przekazywał.
Deionarra różniła się od innych młodocianych herosów uczących się w Akademii przez co rzadko spędzała z nimi czas, pogrążona w starożytnych księgach i nauce magii. Jej charakter odznaczał wyraźny chłód i zdystansowanie, a naturalny brak chęci do zawierania głębszych znajomości odsuwał ją od innych osób. Aehorn tłumaczył to wszystko nerwami oraz bolesną przeszłością Deionarry próbując dać jej więcej czasu oraz przekonać do dobrej woli otaczających ją ludzi. Ona jednak bardzo wolno ustępowała i kontaktowała się z innymi tylko jeśli naprawdę musiała.

Jednak w głębi duszy Aehorn wiedział skąd to wszystko się wzięło i w jakich okolicznościach kobieta przybyła do Akademii. Jaką mroczną przeszłość skrywa i dlaczego spędzał z nią tak dużo czasu w laboratorium własnej wieży. Nie mógł jednak trzymać jej przy sobie cały czas, bo wzbudziłoby to jeszcze więcej podejrzeń - tego chciał uniknąć i wierzył głęboko, że wszystko co złe minęło, a ona gotowa jest rozpocząć nowe życie. Zrobił wszystko co mógł by zapieczętować prawdziwą Deionarrę głęboko w jej umyśle, nakładając bariery ochronne i glify trzymające jej moc w ryzach. Oślepił ją i próbował uformować na nowo, ale jej dusza wciąż mu się wymykała nadal nie czyniąc z niej osoby w stu procentach bohaterskiej i dobrej - owszem wiedział, że zmieniła się, ale czarny fragment wciąż tkwił cierniem głęboko.
Uśpiony i związany.
Ku jego nadziei już na zawsze.


Muzyka zalinkowana pod "Deionarra",
wątek z Grated Crow.
Wizerunek: Lady Death (Coffin Comics)

4 komentarze:

  1. [Czeeść! Nic nie szkodzi, jeżeli chodzi o czas z odpisami, jak widzisz, mnie też długo zajęło zabranie się do naszego wątku (bardzo, bardzo przepraszam!), ponieważ sesja w tym semestrze wyjątkowo mnie nie oszczędza :c Nie mam pojęcia, skąd takie piękne słowa na temat mojego stylu pisania, zrobiłaś mi tym dzień, naprawdę, ucieszyłam się jak dziecko! :D Nie wiem tylko, czy słusznie przyjęłam komplement, bo po prostu jestem w szoku po przeczytaniu twojego początku i sama się zestresowałam, bo chciałam dorównać jakościowo, bo tak płynnie piszesz i lekko się to czyta i w ogóle..! Mam przeczucie, że ten wątek będzie super! c:]

    Ranek zastał Mortena w kaplicy; niewielkim, prostym budynku usytuowanym za polami treningowymi, w oddaleniu od akademii, w ciszy i odosobnieniu. Gdzie w chłodzie, bijącym od kamiennych ścian, Morten mógł pozbierać myśli. W pomieszczeniu znajdowały się jedynie dwa krótkie rzędy drewnianych ław, oraz nieskomplikowany ołtarz. Ściany zdobiły dwie pochodnie, wystarczające do oświetlenia całej kaplicy, oraz rzeźbiony w drewnie znak, przypominający słońce; symbol przedwiecznego, umiłowanego Stwórcy.
    Morten klęczał w pierwszej ławie, z rękami złożonymi przy czole, w największym oddaniu i skupieniu modlitwie. Rozmowy z jego mistrzem przynosiły mu mądrość, doświadczenie i niekiedy rozrywkę, ale nic nie było w stanie zastąpić cichej konwersacji ze Stwórcą. Morten, jak co dzień, dziękował mu za kolejny poranek, za daną mu szansę, przepraszał za własne słabości i prosił o zdrowie dla ojca, oraz swojej siostry. Stwórca zawsze go wysłuchiwał.
    - Siedząc tutaj nie przyniesiesz sobie sławy – odezwał się nagle kpiący głos, zakłócający spowiedź Mortena, który w zapadłej ponownie ciszy dokończył modlitwę. – Może minąłeś się z powołaniem, Ingvar, może powinieneś iść na klechę – dodał prześmiewczo intruz i Morten nawet nie musiał się odwracać, żeby rozpoznać Ovrunda, chyba najbardziej irytującego krasnoluda w całej akademii.
    Ovrund przez jakiś czas był jego współlokatorem w dormitorium, z racji tego, że mieli tego samego mistrza. Miało to stworzyć między nimi nić porozumienia, ale ich odmienne charaktery i priorytety stanowiły przeszkodę nie do ominięcia na drodze do wieloletniej przyjaźni. Może dlatego, że Morten nie mógł zdzierżyć towarzystwa kogoś, kto nie był człowiekiem, a może zaś umiłowanie Ovrunda do bijatyk i bycia w centrum uwagi finalnie przeważyło szalę nienawiści.
    - W takim razie zrezygnujmy razem, ja przyjmę święcenia, a ciebie, jak będziesz mieć szczęście, kupi jakaś bogata rodzina, potrzebująca błazna – mruknął Morten, wstając z ławy. Pożegnał się ze swoim Stwórcą, dotykając ucałowanymi uprzednio palcami symbolu słońca, po czym skierował się do wyjścia, gdzie w przejściowym łuku stał oparty nonszalancko o ścianę krasnolud.
    Ovrund miał burzę kręconych i splątanych w warkocze rudych włosów, przysłaniających niemal całą jego niską, ale krępą posturę. Nawet Morten musiał przyznać, że z twarzy nie był aż tak paskudny, jak reszta krasnoludów, które można było spotkać na ulicach miasta, ale jego ciężki charakter skutecznie zniechęcał co niektórych do utrzymania z nim znajomości.
    - Naprawdę nie rozumiem, dlaczego akademia nie oddała cię do cyrku – parsknął Morten, zatrzymując się w przedsionku kaplicy, aby wziąć położony na stole pas z bronią i przypiąć go ponownie do zbroi.
    Stwórca nie pochwalał wnoszenia narzędzi mordu do świętych miejsc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ovrund wydał z siebie coś na kształt chrapliwego śmiechu, brzmiącego bardziej na okrzyk oburzenia, ale Morten i tak zauważył, że palce krasnoluda znalazły się niebezpiecznie blisko rękojeści długiego miecza o szerokim zbroczu. Ovrund często najpierw bezmyślnie atakował, a potem zadawał pytania. Morten znał to z własnego dzieciństwa, kiedy jeszcze pozwalał emocjom kontrolować swoje czyny.
      - Mistrz kazał przekazać, że masz się pośpieszyć – powiedział w końcu Ovrund, po dłuższej chwili nerwowego napięcia. – Twój partner zaraz będzie gotowy. Prawie mu współczuję, na jego miejscu pozbyłbym się ciebie zaraz po przekroczeniu bram akademii. – Ovrund wyszczerzył rząd pożółkłych od gorzały i tytoniu zębów. Morten kiwnął głową, nie czekając na krasnoluda, tylko od razu opuszczając świątynię. Tym razem nie miał zamiaru dać się sprowokować.
      Sam nie wiedział, czego ma się spodziewać po przydzielonym mu partnerze. Nie zdradzono mu, z kim będzie mieć do czynienia, więc naturalnie czuł lekkie obawy, że będzie musiał przystawać z jakimś podludziem. Kolejnym głupim krasnoludem, albo zapatrzonym w siebie elfem. Morten nie chciał zawieść swojego mistrza, a tym bardziej nie mógł przynieść zawodu swojej rodzinie i Stwórcy.
      W Sali Bohaterów stawił się punktualnie, co poznał po charakterystycznym wykrzywieniu kącika ust swojego mistrza. Przez te wszystkie lata, podczas których mężczyzna go wychowywał, tak mało istotne szczegóły stawały się czymś oczywistym. Dostrzegalnym machinalnie, bez większego dopatrywania się.
      - Pamiętasz, co mówiłem ci o przezwyciężaniu słabości, Morten? – zagadał go mistrz, ściszając ton. Morten zmarszczył brwi, niepewny do czego zmierza mężczyzna. – To będzie dla ciebie idealna okazja, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że test życia.
      - Dlaczego? Kto jest moim partnerem? – zapytał, usiłując wyczytać ze spojrzenia mistrza znaczenie poprzednich słów.
      - Zobacz sam.
      Morten odwrócił głowę w stronę drzwi, dopiero teraz słysząc kroki nadchodzącego mistrza Aehorna i dziewczyny, którą, mógłby przysiąc, widział pierwszy raz na oczy. Akademia nie była aż tak wielka, aby przez ten cały długi czas szkoleń Morten nie zapoznał się wzrokowo z większością jej uczniów, ale jego przyszła partnerka zdecydowanie wyróżniała się urodą od reszty kobiet, które spotkał. Kaptur szaty zasłaniał jej twarz, lecz nie na tyle, aby nie pozwolić Mortenowi dostrzec kawałka gładkiej, bladej skóry, kosmyka nienaturalnych, białych włosów.
      Morten lubił cieszyć się widokiem pięknych kobiet.
      To pierwsze, onieśmielające wrażenie szybko jednak minęło, zastąpione przez nagłą falę niechęci i zawodu.
      - Jesteś magiem – powiedział, zamiast powitania, dostrzegłszy magiczny kostur.
      - O tym właśnie mówiłem, Morten. – W głosie Wielkiego Mistrza zabrzmiało rozbawienie, ale też niepozorna nuta rozkazu, którą Ingvar od razu wyłapał.
      Nienawidził magów, to przez ich magię, ich klątwę, jego ojciec nie mógł wrócić do pełni sił. Jak można było ufać istotom w posiadaniu tak wielkiej mocy i kontroli nad innymi? Morten nie był w stanie tego pojąć. Magowie byli niebezpieczni, przez całe stulecia historii udowadniali swoją winę, władza nad zmarłymi odbierała im zmysły, potrafili wybić całe wioski przez jedno potężne zaklęcie.
      Z kimś takim Morten miał współpracować?

      Usuń
  2. Morten milczał, kiedy dziewczyna odważyła się nazwać go „włóczęgą”; parę lat wcześniej zapewne nie powstrzymałby złości, ale teraz wyzwisko spłynęło po nim niemalże bez efektu, jeżeli nie licząc chwilowego powrotu myślami do poprzednich lat.
    Kiedy przyprowadzono go do Akademii, zaproponowano posiłek, którego nie musiał ukraść, dano mu używane, ale za to czyste ubrania, był zaskoczony, wciąż nieufny i ostrożny, ale już wtedy po części wdzięczny za luksusy, którymi go uraczono. Inni adepci nie przyjęli go za to tak serdecznie, jak bohaterowie. Morten często wyzywany był od przybłęd, czy wyłudzaczy, zawsze wymagano od niego więcej, z początku nie miał też zbyt wielu przyjaciół, ponieważ wciąż nie potrafił odnaleźć się w nowym miejscu i warunkach. Wtedy okropnie irytowało go to, że inni traktowali go, jakby wywodził się ze slumsów. Dopóki jego ojciec był zdrowy, pracował i dbał o nich, żyli całkiem spokojnie, może nie w wielkim dostatku, ale przynajmniej nigdy nie głodowali, młodsza siostra Mortena miała dużo uroczych sukienek, a sam Morten mógł pozwolić sobie na komfort zabawy z innymi, zamożniejszymi dziećmi, zamiast już od małego kalać ręce ciężką, fizyczną pracą. Wszystko trafił szlag, gdy ojciec Mortena został raniony w walce, kiedy oszczędności rozpłynęły się w powietrzu, a dom stopniowo popadał w coraz większą ruinę. Nie było łatwo zajmować się dorastającą siostrą i ciężko chorym ojcem, ale koniec końców Morten znalazł się tutaj, w sali bohaterów, miał własny miecz i oczekiwał swojej pierwszej, poważnej misji.
    Dziewczyna miała twardy, ciężki charakter, to było widać. Mortena kusiło, aby odpowiedzieć jej paroma kąśliwymi słowami, ale udało mu się zacisnąć zęby i przełknąć gorzkie słowa. Gdyby nie Wielki Mistrz, zapewne ta krótka wymiana zdań pomiędzy nim a Deionarrą przebiegłaby zdecydowanie w o wiele mniej korzystniejszym kierunku.
    Mortenowi zależało na wykonaniu zadania, potrzebował sławy i dobrej reputacji, nie dla siebie jednak, ale właśnie dla najbliższych. Potrzebował złota na wynajęcie najlepszych uzdrowicieli dla ojca, na zapewnienie swojej siostrzyczce przyszłości, jedna dziewczyna, mniejsza z tym, że mag, nie mogła mu w tym przeszkodzić.
    Wsłuchał się uważnie w szczegóły, dotyczące ich zadania. Wilkołaki, spodziewał się czegoś bardziej przeciętnego; drobnych złodziejaszków, okradających spiżarnie, odnalezienia zaginionych pijaków, ale wyglądało na to, że Wielki Mistrz postanowił od razu rzucić ich na głęboką wodę. Walka z wilkołakami nie była łatwa; zabijało ich tylko srebro, albo żelazo, wycelowane prosto w serce. Te stwory były szybkie, silne i zażarte, miały długie szpony i kły, masywne szczęki, zdolne zmiażdżyć ludzką czaszkę. Z pewnością stanowiły wyzwanie, szczególnie, jeśli było ich więcej; Morten nie ufał wsparciu, a już na pewno nie uwierzyłby we słowo jakiegoś zapijaczonego krasnoluda.
    Spojrzał niechętnie na kamień, mający wybawić ich z opresji. Ingvar pozbyłby się go przy pierwszej lepszej okazji, chociażby po to, by nie kusił jego towarzyszki. Nie zakładał w ogóle opcji, że będą potrzebowali z niego skorzystać.
    Skinął pokornie głową na pożegnanie mistrzom, nawet, gdyby chciał coś jeszcze powiedzieć, Deionarra minęła go, idąc pewnym krokiem do bram Akademii. Morten parsknął cicho, uśmiechając się niemal niewidocznie kątem ust; dziewczyna naprawdę miała temperament. Raz jeszcze skłonił się mistrzowi Aehornowi, nim podążył za nią, nie musząc się specjalnie śpieszyć, by jej dorównać. Jego krok był dłuższy, naturalnie, Morten dogonił Deionarrę, jeszcze zanim dotarła do wrót.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Poczekaj – powiedział stanowczo, kładąc dłoń na skrzydle, przytrzymując je w zamknięciu. – Do Piaskowej Gęsi możemy dojść dwiema drogami; albo od strony Lasu Wiedźm, albo od rzeki. Wydaje mi się, że głupotą byłoby rzucać się od razu na całą watahę, skupioną w lesie. Przy wodzie będziemy bezpieczni, będziemy mogli dokonać zwiadu. – Wilkołaki nienawidziły głębokiej wody, to wydawało się logiczne, w końcu Wielki Mistrz nie określił, jak liczne jest stado i kogo właściwie będą mieli we wsparciu. Równie dobrze ich pomocą mogła być garstka wieśniaków, którzy o posługiwaniu się bronią, a co dopiero o zwalczaniu krwiożerczych bestii, nie mieli zielonego pojęcia. W takim wypadku musieli obmyślić plan, wypracować taktykę na dotarcie do alfy, nie było tu miejsca na bezmyślne machanie mieczem i wywijanie kosturem. – Droga przez rzekę jest jednak dłuższa i możemy natknąć się na utopce, zbliża się nowy księżyc, będą więc wychodzić na brzeg. Z drugiej strony, im bliżej pełni, tym silniejsze będą wilkołaki – zauważył, zabierając dłoń sprzed twarzy Deionarry. – Skoro jesteś taka chętna do przodowania, ufam, że wybierzesz mądrze – dodał z nutą sarkazmu, pchnąwszy skrzydło drzwi i przepuszczając dziewczynę przodem.
      Trudno było nie dostrzec jej pokrytych bielą oczu, Morten był ciekaw, jak jego towarzyszka będzie się poruszać po obcym terenie? Wielki Mistrz miał naprawdę dziwne poczucie humoru, skoro przydzielił ją do zadania tak wielkiej wagi.

      [Nie obrażę się, wręcz przeciwne, bardzo się ucieszyłam na twój odpis! c:]

      Usuń