2 stycznia 1970

[KP] Deionarra

"A cutthroat in every alley, but I’ll not let them take us alive!"
Xzar, Baldur's Gate


Mroczna Dolina
"21 lat" | Niewidoma nekromantka | Owiana mgłą tajemnicy przeszłość


Nikt nie wie skąd i dlaczego Deionarra znalazła się w Akademii Bohaterów. Pewnego dnia po prostu pojawiła się w jej murach, bez zbędnych egzaminów i przepytywań, w towarzystwie jednego z nauczycieli - wielkiego elfiego herosa oraz maga o imieniu Aehorn. To właśnie on opiekował się nią przez większość czasu spędzonego w Akademii, nauczając zaklęć i władania nad śmiercią w czym przejawiała prawdziwy talent.
Zdawał się wiedzieć o tajemniczej dziewczynie więcej niż wszystkim przekazywał.
Deionarra różniła się od innych młodocianych herosów uczących się w Akademii przez co rzadko spędzała z nimi czas, pogrążona w starożytnych księgach i nauce magii. Jej charakter odznaczał wyraźny chłód i zdystansowanie, a naturalny brak chęci do zawierania głębszych znajomości odsuwał ją od innych osób. Aehorn tłumaczył to wszystko nerwami oraz bolesną przeszłością Deionarry próbując dać jej więcej czasu oraz przekonać do dobrej woli otaczających ją ludzi. Ona jednak bardzo wolno ustępowała i kontaktowała się z innymi tylko jeśli naprawdę musiała.

Jednak w głębi duszy Aehorn wiedział skąd to wszystko się wzięło i w jakich okolicznościach kobieta przybyła do Akademii. Jaką mroczną przeszłość skrywa i dlaczego spędzał z nią tak dużo czasu w laboratorium własnej wieży. Nie mógł jednak trzymać jej przy sobie cały czas, bo wzbudziłoby to jeszcze więcej podejrzeń - tego chciał uniknąć i wierzył głęboko, że wszystko co złe minęło, a ona gotowa jest rozpocząć nowe życie. Zrobił wszystko co mógł by zapieczętować prawdziwą Deionarrę głęboko w jej umyśle, nakładając bariery ochronne i glify trzymające jej moc w ryzach. Oślepił ją i próbował uformować na nowo, ale jej dusza wciąż mu się wymykała nadal nie czyniąc z niej osoby w stu procentach bohaterskiej i dobrej - owszem wiedział, że zmieniła się, ale czarny fragment wciąż tkwił cierniem głęboko.
Uśpiony i związany.
Ku jego nadziei już na zawsze.



Muzyka zalinkowana pod "Deionarra",
wątek z Grated Crow.
Wizerunek: Lady Death (Coffin Comics)

12 komentarzy:

  1. [Czeeść! Nic nie szkodzi, jeżeli chodzi o czas z odpisami, jak widzisz, mnie też długo zajęło zabranie się do naszego wątku (bardzo, bardzo przepraszam!), ponieważ sesja w tym semestrze wyjątkowo mnie nie oszczędza :c Nie mam pojęcia, skąd takie piękne słowa na temat mojego stylu pisania, zrobiłaś mi tym dzień, naprawdę, ucieszyłam się jak dziecko! :D Nie wiem tylko, czy słusznie przyjęłam komplement, bo po prostu jestem w szoku po przeczytaniu twojego początku i sama się zestresowałam, bo chciałam dorównać jakościowo, bo tak płynnie piszesz i lekko się to czyta i w ogóle..! Mam przeczucie, że ten wątek będzie super! c:]

    Ranek zastał Mortena w kaplicy; niewielkim, prostym budynku usytuowanym za polami treningowymi, w oddaleniu od akademii, w ciszy i odosobnieniu. Gdzie w chłodzie, bijącym od kamiennych ścian, Morten mógł pozbierać myśli. W pomieszczeniu znajdowały się jedynie dwa krótkie rzędy drewnianych ław, oraz nieskomplikowany ołtarz. Ściany zdobiły dwie pochodnie, wystarczające do oświetlenia całej kaplicy, oraz rzeźbiony w drewnie znak, przypominający słońce; symbol przedwiecznego, umiłowanego Stwórcy.
    Morten klęczał w pierwszej ławie, z rękami złożonymi przy czole, w największym oddaniu i skupieniu modlitwie. Rozmowy z jego mistrzem przynosiły mu mądrość, doświadczenie i niekiedy rozrywkę, ale nic nie było w stanie zastąpić cichej konwersacji ze Stwórcą. Morten, jak co dzień, dziękował mu za kolejny poranek, za daną mu szansę, przepraszał za własne słabości i prosił o zdrowie dla ojca, oraz swojej siostry. Stwórca zawsze go wysłuchiwał.
    - Siedząc tutaj nie przyniesiesz sobie sławy – odezwał się nagle kpiący głos, zakłócający spowiedź Mortena, który w zapadłej ponownie ciszy dokończył modlitwę. – Może minąłeś się z powołaniem, Ingvar, może powinieneś iść na klechę – dodał prześmiewczo intruz i Morten nawet nie musiał się odwracać, żeby rozpoznać Ovrunda, chyba najbardziej irytującego krasnoluda w całej akademii.
    Ovrund przez jakiś czas był jego współlokatorem w dormitorium, z racji tego, że mieli tego samego mistrza. Miało to stworzyć między nimi nić porozumienia, ale ich odmienne charaktery i priorytety stanowiły przeszkodę nie do ominięcia na drodze do wieloletniej przyjaźni. Może dlatego, że Morten nie mógł zdzierżyć towarzystwa kogoś, kto nie był człowiekiem, a może zaś umiłowanie Ovrunda do bijatyk i bycia w centrum uwagi finalnie przeważyło szalę nienawiści.
    - W takim razie zrezygnujmy razem, ja przyjmę święcenia, a ciebie, jak będziesz mieć szczęście, kupi jakaś bogata rodzina, potrzebująca błazna – mruknął Morten, wstając z ławy. Pożegnał się ze swoim Stwórcą, dotykając ucałowanymi uprzednio palcami symbolu słońca, po czym skierował się do wyjścia, gdzie w przejściowym łuku stał oparty nonszalancko o ścianę krasnolud.
    Ovrund miał burzę kręconych i splątanych w warkocze rudych włosów, przysłaniających niemal całą jego niską, ale krępą posturę. Nawet Morten musiał przyznać, że z twarzy nie był aż tak paskudny, jak reszta krasnoludów, które można było spotkać na ulicach miasta, ale jego ciężki charakter skutecznie zniechęcał co niektórych do utrzymania z nim znajomości.
    - Naprawdę nie rozumiem, dlaczego akademia nie oddała cię do cyrku – parsknął Morten, zatrzymując się w przedsionku kaplicy, aby wziąć położony na stole pas z bronią i przypiąć go ponownie do zbroi.
    Stwórca nie pochwalał wnoszenia narzędzi mordu do świętych miejsc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ovrund wydał z siebie coś na kształt chrapliwego śmiechu, brzmiącego bardziej na okrzyk oburzenia, ale Morten i tak zauważył, że palce krasnoluda znalazły się niebezpiecznie blisko rękojeści długiego miecza o szerokim zbroczu. Ovrund często najpierw bezmyślnie atakował, a potem zadawał pytania. Morten znał to z własnego dzieciństwa, kiedy jeszcze pozwalał emocjom kontrolować swoje czyny.
      - Mistrz kazał przekazać, że masz się pośpieszyć – powiedział w końcu Ovrund, po dłuższej chwili nerwowego napięcia. – Twój partner zaraz będzie gotowy. Prawie mu współczuję, na jego miejscu pozbyłbym się ciebie zaraz po przekroczeniu bram akademii. – Ovrund wyszczerzył rząd pożółkłych od gorzały i tytoniu zębów. Morten kiwnął głową, nie czekając na krasnoluda, tylko od razu opuszczając świątynię. Tym razem nie miał zamiaru dać się sprowokować.
      Sam nie wiedział, czego ma się spodziewać po przydzielonym mu partnerze. Nie zdradzono mu, z kim będzie mieć do czynienia, więc naturalnie czuł lekkie obawy, że będzie musiał przystawać z jakimś podludziem. Kolejnym głupim krasnoludem, albo zapatrzonym w siebie elfem. Morten nie chciał zawieść swojego mistrza, a tym bardziej nie mógł przynieść zawodu swojej rodzinie i Stwórcy.
      W Sali Bohaterów stawił się punktualnie, co poznał po charakterystycznym wykrzywieniu kącika ust swojego mistrza. Przez te wszystkie lata, podczas których mężczyzna go wychowywał, tak mało istotne szczegóły stawały się czymś oczywistym. Dostrzegalnym machinalnie, bez większego dopatrywania się.
      - Pamiętasz, co mówiłem ci o przezwyciężaniu słabości, Morten? – zagadał go mistrz, ściszając ton. Morten zmarszczył brwi, niepewny do czego zmierza mężczyzna. – To będzie dla ciebie idealna okazja, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że test życia.
      - Dlaczego? Kto jest moim partnerem? – zapytał, usiłując wyczytać ze spojrzenia mistrza znaczenie poprzednich słów.
      - Zobacz sam.
      Morten odwrócił głowę w stronę drzwi, dopiero teraz słysząc kroki nadchodzącego mistrza Aehorna i dziewczyny, którą, mógłby przysiąc, widział pierwszy raz na oczy. Akademia nie była aż tak wielka, aby przez ten cały długi czas szkoleń Morten nie zapoznał się wzrokowo z większością jej uczniów, ale jego przyszła partnerka zdecydowanie wyróżniała się urodą od reszty kobiet, które spotkał. Kaptur szaty zasłaniał jej twarz, lecz nie na tyle, aby nie pozwolić Mortenowi dostrzec kawałka gładkiej, bladej skóry, kosmyka nienaturalnych, białych włosów.
      Morten lubił cieszyć się widokiem pięknych kobiet.
      To pierwsze, onieśmielające wrażenie szybko jednak minęło, zastąpione przez nagłą falę niechęci i zawodu.
      - Jesteś magiem – powiedział, zamiast powitania, dostrzegłszy magiczny kostur.
      - O tym właśnie mówiłem, Morten. – W głosie Wielkiego Mistrza zabrzmiało rozbawienie, ale też niepozorna nuta rozkazu, którą Ingvar od razu wyłapał.
      Nienawidził magów, to przez ich magię, ich klątwę, jego ojciec nie mógł wrócić do pełni sił. Jak można było ufać istotom w posiadaniu tak wielkiej mocy i kontroli nad innymi? Morten nie był w stanie tego pojąć. Magowie byli niebezpieczni, przez całe stulecia historii udowadniali swoją winę, władza nad zmarłymi odbierała im zmysły, potrafili wybić całe wioski przez jedno potężne zaklęcie.
      Z kimś takim Morten miał współpracować?

      Usuń
  2. Morten milczał, kiedy dziewczyna odważyła się nazwać go „włóczęgą”; parę lat wcześniej zapewne nie powstrzymałby złości, ale teraz wyzwisko spłynęło po nim niemalże bez efektu, jeżeli nie licząc chwilowego powrotu myślami do poprzednich lat.
    Kiedy przyprowadzono go do Akademii, zaproponowano posiłek, którego nie musiał ukraść, dano mu używane, ale za to czyste ubrania, był zaskoczony, wciąż nieufny i ostrożny, ale już wtedy po części wdzięczny za luksusy, którymi go uraczono. Inni adepci nie przyjęli go za to tak serdecznie, jak bohaterowie. Morten często wyzywany był od przybłęd, czy wyłudzaczy, zawsze wymagano od niego więcej, z początku nie miał też zbyt wielu przyjaciół, ponieważ wciąż nie potrafił odnaleźć się w nowym miejscu i warunkach. Wtedy okropnie irytowało go to, że inni traktowali go, jakby wywodził się ze slumsów. Dopóki jego ojciec był zdrowy, pracował i dbał o nich, żyli całkiem spokojnie, może nie w wielkim dostatku, ale przynajmniej nigdy nie głodowali, młodsza siostra Mortena miała dużo uroczych sukienek, a sam Morten mógł pozwolić sobie na komfort zabawy z innymi, zamożniejszymi dziećmi, zamiast już od małego kalać ręce ciężką, fizyczną pracą. Wszystko trafił szlag, gdy ojciec Mortena został raniony w walce, kiedy oszczędności rozpłynęły się w powietrzu, a dom stopniowo popadał w coraz większą ruinę. Nie było łatwo zajmować się dorastającą siostrą i ciężko chorym ojcem, ale koniec końców Morten znalazł się tutaj, w sali bohaterów, miał własny miecz i oczekiwał swojej pierwszej, poważnej misji.
    Dziewczyna miała twardy, ciężki charakter, to było widać. Mortena kusiło, aby odpowiedzieć jej paroma kąśliwymi słowami, ale udało mu się zacisnąć zęby i przełknąć gorzkie słowa. Gdyby nie Wielki Mistrz, zapewne ta krótka wymiana zdań pomiędzy nim a Deionarrą przebiegłaby zdecydowanie w o wiele mniej korzystniejszym kierunku.
    Mortenowi zależało na wykonaniu zadania, potrzebował sławy i dobrej reputacji, nie dla siebie jednak, ale właśnie dla najbliższych. Potrzebował złota na wynajęcie najlepszych uzdrowicieli dla ojca, na zapewnienie swojej siostrzyczce przyszłości, jedna dziewczyna, mniejsza z tym, że mag, nie mogła mu w tym przeszkodzić.
    Wsłuchał się uważnie w szczegóły, dotyczące ich zadania. Wilkołaki, spodziewał się czegoś bardziej przeciętnego; drobnych złodziejaszków, okradających spiżarnie, odnalezienia zaginionych pijaków, ale wyglądało na to, że Wielki Mistrz postanowił od razu rzucić ich na głęboką wodę. Walka z wilkołakami nie była łatwa; zabijało ich tylko srebro, albo żelazo, wycelowane prosto w serce. Te stwory były szybkie, silne i zażarte, miały długie szpony i kły, masywne szczęki, zdolne zmiażdżyć ludzką czaszkę. Z pewnością stanowiły wyzwanie, szczególnie, jeśli było ich więcej; Morten nie ufał wsparciu, a już na pewno nie uwierzyłby we słowo jakiegoś zapijaczonego krasnoluda.
    Spojrzał niechętnie na kamień, mający wybawić ich z opresji. Ingvar pozbyłby się go przy pierwszej lepszej okazji, chociażby po to, by nie kusił jego towarzyszki. Nie zakładał w ogóle opcji, że będą potrzebowali z niego skorzystać.
    Skinął pokornie głową na pożegnanie mistrzom, nawet, gdyby chciał coś jeszcze powiedzieć, Deionarra minęła go, idąc pewnym krokiem do bram Akademii. Morten parsknął cicho, uśmiechając się niemal niewidocznie kątem ust; dziewczyna naprawdę miała temperament. Raz jeszcze skłonił się mistrzowi Aehornowi, nim podążył za nią, nie musząc się specjalnie śpieszyć, by jej dorównać. Jego krok był dłuższy, naturalnie, Morten dogonił Deionarrę, jeszcze zanim dotarła do wrót.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Poczekaj – powiedział stanowczo, kładąc dłoń na skrzydle, przytrzymując je w zamknięciu. – Do Piaskowej Gęsi możemy dojść dwiema drogami; albo od strony Lasu Wiedźm, albo od rzeki. Wydaje mi się, że głupotą byłoby rzucać się od razu na całą watahę, skupioną w lesie. Przy wodzie będziemy bezpieczni, będziemy mogli dokonać zwiadu. – Wilkołaki nienawidziły głębokiej wody, to wydawało się logiczne, w końcu Wielki Mistrz nie określił, jak liczne jest stado i kogo właściwie będą mieli we wsparciu. Równie dobrze ich pomocą mogła być garstka wieśniaków, którzy o posługiwaniu się bronią, a co dopiero o zwalczaniu krwiożerczych bestii, nie mieli zielonego pojęcia. W takim wypadku musieli obmyślić plan, wypracować taktykę na dotarcie do alfy, nie było tu miejsca na bezmyślne machanie mieczem i wywijanie kosturem. – Droga przez rzekę jest jednak dłuższa i możemy natknąć się na utopce, zbliża się nowy księżyc, będą więc wychodzić na brzeg. Z drugiej strony, im bliżej pełni, tym silniejsze będą wilkołaki – zauważył, zabierając dłoń sprzed twarzy Deionarry. – Skoro jesteś taka chętna do przodowania, ufam, że wybierzesz mądrze – dodał z nutą sarkazmu, pchnąwszy skrzydło drzwi i przepuszczając dziewczynę przodem.
      Trudno było nie dostrzec jej pokrytych bielą oczu, Morten był ciekaw, jak jego towarzyszka będzie się poruszać po obcym terenie? Wielki Mistrz miał naprawdę dziwne poczucie humoru, skoro przydzielił ją do zadania tak wielkiej wagi.

      [Nie obrażę się, wręcz przeciwne, bardzo się ucieszyłam na twój odpis! c:]

      Usuń
  3. Pomysł Deionarry nie był zły i Morten nawet gdyby bardzo chciał, nie mógł się do niego przyczepić. Nie taki był, co prawda, jego zamiar, ale delikatne dokuczanie jego nowej towarzyszce wychodziło w pewnym sensie odruchowo; mimo, iż byli teraz duetem, Morten jej nie ufał, z powodu jej zdolności.
    Przemilczał pytanie, również zauważając ciekawskie dzieciaki. Morten pamiętał, jak sam taki był, łasy na ekscytujące historie herosów, chował się w gromadzie rówieśników, oglądając z zafascynowaniem zdobycze tych bohaterów, którym dopisało szczęście i zwycięsko wrócili z misji. Teraz sam wyruszał ku zadaniu, któremu daleko było do miana prostego, czy przyjemnego. No dobrze, może Morten jednak mógł doszukać się w tym wszystkim, jakiejś przyjemności, kiedy już uda mu się odciąć głowę pierwszej napotkanej po drodze kreaturze.
    Spojrzał na zniecierpliwioną Deionarrę, na grymas, wymalowany na jej twarzy. Przyciągała zbyt wiele uwagi, oczywiście, jej wygląd różnił się od przeciętnej kobiety w okolicznych wioskach i miastach. Ponad to sama jej postawa wiele zdradzała; dumna, wyprostowana, mimo ułomności w widzeniu, emanowała energią. Ta postawa mogła ich wpędzić w nie lada kłopoty. Kierowali się w końcu do miejsca, w którym roiło się od najemników, przemytników, handlarzy niewolników, skorumpowanych strażników oraz całej gamy bandytów i ogólnie najgorszego sortu przedstawicieli każdej rasy. Wszystko to okryte złudną marą kolorowych tkanin na targach, importowanych z daleka biżuterii, ryb i kandyzowanych owoców, zagłuszane przez ulicznych grajków, błaznów, czy wróżbitów, kradnących sakiewki co głupszych przechodniów. W powietrzu unosił się smród ścieków, palonych ziół, odchodów zwierząt i rozkładających się zwłok, które pod odsłoną nocy ktoś wyrzucił do miejskiej studni. Tak wyglądało życie w Kamiennej Altanie, o której politycznych spiskach słyszano chyba nawet na drugim końcu ziemi. Morten tęsknił za takim klimatem.
    Ruszył za dziewczyną, idąc szybciej i pewniej, widząc nierówny grunt pod stopami. W blasku słońca zaczynało się mu robić trochę gorąco, w pełnej zbroi, dlatego jak najszybciej chciał schronić się w cieniu budynków i kotar, rozwieszonych przy targowisku.
    - Mam nadzieję, że masz świadomość tego, że z punktu widzenia szarego półświatka, wyglądamy na idealny łup? – zapytał przez ramię, omijając zapadnięcie w ziemi, wykopane zapewne przez jakiegoś wygłodniałego psa. – Dwoje niedoświadczonych dzieciaków, które dopiero co opuściły akademię, będziemy przyciągać za dużo uwagi w mieście, w którym za złe spojrzenie możesz skończyć z nożem w plecach.
    Kiedy ojciec zachorował, Morten często wybierał się do Kamiennej Altany, gdzie łatwiej było wyciągnąć ludziom z kieszeni trochę monet, albo skraść z kosza pełnego pieczywa świeżą bułkę. Od rodzinnej wioski do miasta dzieliła go długa godzina drogi, ale warto było iść w pełnym słońcu przez wolne od drzew polany, aby przynieść do domu naręcze jedzenia, czasem jakiś drobiazg dla siostry. Morten nie był jedynym biednym dzieckiem, mijał wiele sierot, sprzedających własne ciała w zamian za miskę zupy, albo ułamaną monetę, wszystko, żeby tylko dożyć następnego poranka. Nie pamiętał już ich imion, ale przed oczami miał ich brudne, wychudłe twarze.
    - Powinniśmy iść do Złamanego Ostrza – stwierdził, szukając w pamięci drogi do tawerny. – Odpoczniemy, zjemy coś, ty przygotujesz swoje mikstury, a ja znajdę naszych przewoźników.
    Zbliżali się do głównej drogi, prowadzącej do miasta. Morten zmrużył oczy w oślepiającym słońcu, zastanawiając się, czy banda drobnych, elfich złodziejaszków dalej pilnuje przejścia na trakt, zgarniając nielegalne opłaty za wejście do miasta.

    OdpowiedzUsuń
  4. Podejście Mortena do magii było już od dłuższego czasu, delikatnie mówiąc, niechętne. Nawet jako dziecko wiedział, że nie powinien ufać istotom z kosturami, z tajemniczymi tatuażami na twarzach, od których po prostu czuło się niebezpieczną, tajemniczą moc, jeżącą włosy na karku. Mimo, iż Morten miałby obiekcje, żeby przyznać się do tego przed samym Stwórcą, bał się, panicznie wręcz obawiał się magii, bo jej nie znał i nie był w stanie pojąć. Miecze, łuki, w ogóle broń biała, czy miotająca, przed nimi dało się obronić, były fizyczne, widoczne, nie mieszały w głowie, nie ożywiały zwłok, nie odbierały władzy nad ciałem. Można było je powstrzymać, przy odrobinie sprytu, siły i zręczności.
    Mortena nie było w ten feralny wieczór, kiedy jego młodsza siostra wracała z wiadrem świeżej wody, zaczerpniętej z pobliskiej rzeki, kiedy zabrakło jej kilku kroków, aby bezpiecznie wrócić do domu, zanim paru oprychów zagrodziło jej drogę. Morten nigdy nie dowiedział się, kim byli; jego ojciec nigdy potem nie sklecił sensownego zdania, jego siostra zaś szczęśliwie nie pamiętała zbyt wiele, będąc w zbyt głębokim szoku. Nie zgwałcono jej, co prawda, bo ojciec Mortena zareagował w porę, zawsze miał dobre wyczucie czasu, szczególnie, jeżeli chodziło o Vivi. Przegonił ich, sam, ale nie bez szwanku; któryś z bandytów zranił go w bok, ciężko. Jeden z nich musiał być magiem, dzikim i pewnie lekko szalonym, bo udało mu się rzucić taką klątwę, której nie był w stanie zdjąć żaden z uzdrowicieli, jakich Morten sprowadzał potem do domu. Rana, biegnąca krzywizną od łopatki aż do biodra, po dziś dzień krwawiła, ropiała czarną, cuchnącą mazią, trawiła ciało ojca gorączką, zabijając go jednak powoli, boleśnie i niegodnie.
    Co mogło być gorszego od takiego losu?
    Chyba tylko styczność z tymi wszystkimi mieszańcami, zalewającymi miasta, czy nawet wioski, gdziekolwiek Morten tylko podążył. Kiedyś elfy wystawiano w klatkach na ulicach, goniło się je do pracy, odseparowywało od społeczeństwa, a teraz? Teraz miały czelność okradać podróżnych, rościć sobie prawa do ziemi, którą kolonizowali od lat ludzie, podczas, gdy ci barbarzyńcy o szpiczastych uszach chowali się w swoich lasach, czy górach, niczym szczury po rynsztokach. A krasnoludy? Morten dostawał białej gorączki, gdy których z nich podchodził do niego za blisko. Wiecznie pijane, grubiańskie karły, w dodatku leniwe i głupie. W końcu większość z nich dalej się obawiała, że niebo zapadnie im się na głowy. Czysta bzdura!
    Dlatego Morten milczał hardo, od kiedy Deionarra wspomniała o alchemiku. Półelf. Jakby ludziom mało było pięknych, ludzkich kobiet, czy silnych i przystojnych mężczyzn. Musieli kalać rasę jakimiś karykaturami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pogrążony w nieprzyjaznych myślach, zapomniał na chwilę o swoich podejrzeniach, odnośnie wejścia na trakt. Gdy Deionarra chwyciła go za rękę, niemal na nią warknął, spinając automatycznie całe ciało. Wstrzymał oddech, zauważając przed sobą znajome, smukłe sylwetki. Było ich trzech na drodze, siedzieli na rozłożonej plandece, koło niewielkiego wozu z zaprzęgniętym koniem. Zwierzę było wychudzone i słabe, cierpiało, stojąc bez wody w upalnym słońcu.
      Na ich widok dwóch elfów wstało z plandeki, ze znudzonymi uśmiechami na twarzach. Trzeci nawet nie podniósł głowy, zbyt zajęty przeliczaniem monet ze skórzanej sakwy.
      Morten podejrzewał, że na bocznych drogach znajduje się ich jeszcze kilku, schowanych w krzakach. Podejrzenia te potwierdziły się; ostry świst strzały przeciął powietrze, Morten odruchowo stanął przed Deionarrą, ale poza tą jedną, odbitą od kamienia, nikt więcej nie strzelił. Ostrzegli ich, że się nie zawahają. To było nawet uprzejme.
      Morten nie chciał rozwiązywać tego siłowo, w końcu mieli do wykonania misję, na której powinni się skupić, poza tym, otwarte ścięcie z elfami mogłoby im przynieść niepotrzebny rozgłos. Jednak Deionarra nie podzielała jego obaw. Ingvar mógł, ale nie potrafił przekonać się do tego, by ją powstrzymać, nie, kiedy poczuł znajome drgania powietrza, pochodzące od kumulującej się w dziewczynie magii. Elf, który dobył właśnie miecza, albo tego nie zauważył, albo bardzo dobrze maskował zaskoczenie.
      - Musicie wierzyć nam na słowo, ale też nie jesteśmy mili – powiedział Morten głośno, zaciskając palce na obciągniętym skórą trzonie miecza, aby następnie wyjąć go z drewnianej pochwy nad wyraz sprawnie i szybko, jak na ponad metrowy kawał dziwery.
      - Ingvar! – zawołał nagle znajomy mu, męski głos. Z zarośli po lewej stronie drogi wyłonił się młody mężczyzna, człowiek, trzymający w dłoniach długi łuk. Strzała tkwiła już na swoim miejscu, ale cięciwa nie była napięta. Morten szybko przyjrzał się twarzy szczeniaka i dopiero dostrzegłszy znajome znamię na jego podbródku, zrozumiał z kim ma do czynienia.
      - Yorath – odpowiedział, zbity z tropu, opuszczając nieco miecz. Elf przed nimi postanowił to wykorzystać, zaszarżował w ich kierunku z uniesionym ostrzem. Morten bezzwłocznie sięgnął do przyczepionej do pleców, okrągłej, drewnianej tarczy i chociaż nie lubił jej używać, tym razem była mu bardzo potrzebna. Z obu stron drogi posypał się grad strzał; większość wbiła się w ziemię, ale część odbiła się od tarczy, którą Morten uniósł nad siebie i Deionarrę. Kątem oka zerknął tylko na Yoratha, ale mężczyzna był zajęty sobą, tym razem dzierżył w dłoni sztylet, którym w następnej sekundzie poderżnął gardło elfiemu łucznikowi.
      Drugi elf zaszedł ich od boku, czubek cienkiego jak igła miecza prześlizgnął się niebezpiecznie po zbroi Mortena, szukając słabych punktów. Ingvar zamachnął się z całych sił tarczą, nadziewając elfa na wbite w nią strzały.
      - Zrób coś z łucznikami – zawołał do Deionarry, obierając za cel pierwszego z elfów, który miał czelność ich wyzwać.

      [Zawsze cieszę się na twoje odpisy! :D Zdrowie, niestety, jak to jesienią, kapryśne, ale takie niespodzianki zawsze poprawiają humor!]

      Usuń
  5. Elfi mieczownik okazał się być godnym wyzwania przeciwnikiem; niewysoki i szczupły, uskakiwał zwinnie spod ciosów Mortena, niczym kot, bawiący się upolowaną myszą. Jednak jego oręż nie miał szans z dobrze wyważonym, pielęgnowanym ostrzem Mortena. Wyszczerbiony miecz elfa ukruszył się już przy kolejnej próbie przebicia się przez zbroję, Ingvar nie zawahał się, wyprowadzając cios prosto w serce, jednak elfowi udało się umknąć w bok, przez co ucierpiało tylko jego ramię.
    Taki pojedynek różnił się od tych pozorowanych w akademii.
    Morten był zbyt skupiony na przeciwniku, na swoje szczęście, nie widział Deionarry, ale za to bardzo wyraźnie ją słyszał i mógłby przysiąc na własną duszę, dźwięki, jakie wypełniły jego uszy nie miały nic wspólnego z człowieczeństwem, a tym bardziej z kobietą, z którą tutaj dotarł. Całkowicie rozumiał przerażenie elfów, sam dostał gęsiej skórki na ramionach i chociaż ciężko było nie czuć gorąca, tkwiąc w słońcu, w dodatku w pełnej zbroi, nagrzanej niemal do czerwoności, to Mortenowi nagle zrobiło się przeraźliwie zimno.
    Jakaś jego część ciągnęła go ku temu, by jednak spojrzeć, ale Morten resztką zdrowego rozsądku ją powstrzymał. Rzucił się na elfa całym swoim ciężarem, powalając go na ziemię, a swoje przerażenie przemienił w siłę, którą niemal odrąbał mieczownikowi głowę od korpusu.
    Zabijanie tego ścierwa było swego rodzaju przysługą dla świata.
    Morten wyprostował się gwałtownie, gotowy do odparcia kolejnego ataku, ale w polu jego widzenia znajdowały się jedynie zwłoki ostrouchych, zmasakrowane nie do poznania, zwisające z krzaków, osunięte na siebie po stromym zboczu. Zamrugał, zaskoczony. Widok ten był więcej, niż niepokojący, biorąc po uwagę, że rzezi tej dokonała jedna kobieta, w dodatku ślepa.
    - Stwórco – szepnął, chociaż bestia, demon, karykatura wszystkiego, co ludzkie, którą stworzyła Deionarra, niewiele miała wspólnego z dobrotliwym i światłym Wszechwładnym. Morten uniósł miecz, nie łamiąc postawy, chociaż palce aż pobielały mu na uchwycie rękojeści. – Już dość, nie żyją – dodał głośniej, nie spuszczając ożywieńca z oczu. – Odeślij go – rozkazał przez zaciśnięte zęby, obrzydzony martwym, zgniłym uśmiechem chowańca.
    Czym właściwie to było? Pozbawionym woli, piekielnym psem? Splugawioną pozostałością człowieka, którego kości miały nieszczęście znajdować się w pobliżu?
    Yorath musiał podzielać jego rozmyślania, bo, już od najmłodszego pozbawiony instynktu przetrwana chłopak, skoczył na bestię tak, jak stał, ze sztyletem w zębach i skradzioną od któregoś z elfów, ułamaną tarczą w chudych rękach.
    Morten zaklął głośno, chociaż zachowanie dawnego przyjaciela wcale go nie zdziwiło. Jeszcze jako dzieciaki często wpadali w tarapaty, bo Yorath nie potrafił zachować się adekwatnie do sytuacji, albo zwyczajnie był zbyt tępy, aby właściwie ocenić sytuację i swoje możliwości.

    [Matko jedyna, nie masz pojęcia, jak wciągnął mnie opis zaklęcia i w ogóle Deionarra na polu walki jest taka... przerażająca :o Nigdy nie potrafiłam opisywać rzucania czarów, także zazdraszczam, ale tak nieagresywnie, tylko wiesz, z podziwem, bo naprawdę jestem pod wrażeniem! I dziękuję za komplement, zrobiło mi się bardzo miło na duchu c:
    Ode mnie troszkę krócej, ale chyba tak będzie lepiej dla zachowania dynamiki sytuacji. Co do szalików i herbaty, zastosuję się na pewno!]

    OdpowiedzUsuń
  6. W oczach Yoratha na moment, ulotną sekundę, pojawiło się coś na kształt strachu, kiedy Deionarra podniosła głos. Może dotarło do niego, z czym zachciało mu się mierzyć, a może zwyczajnie zląkł się powstałego nagle zamieszania.
    Zachowanie przywołanej przez nekromantkę istoty zmieniło się, nawet Morten to zauważył, o ile bestia już wcześniej wydawała się być rządna jedynie krwi i żyć elfów, tak teraz, wyrwana spod kontroli, przedstawiała istny obraz chaosu i piekła.
    Morten zareagował bardziej z odruchu, jak wojownik, którym był, na rozkaz dowódcy, za plecami Deionarry podbiegł do Yoratha i pchnął go w biegu wzdłuż dołów z błotem, teraz jeszcze wypełnionymi krwawą breją i wnętrznościami.
    - Ty cepowaty, chędożony w rzyć kurwi synu! – warknął, ściskając mocno chłopaka za szyję, chociaż podobne obelgi nie przechodziły przez jego usta odkąd opuścił ulicę i przyjął wiarę we Stwórcę. Teraz jednak wydawały mu się całkowicie na miejscu i pozostawało mu jedynie mieć nadzieje, że Miłościwy wybaczy mu kiedyś tą drobną utratę kontroli nad własnym językiem.
    Morten, w dalszym ciągu przygważdżając Yoratha do ziemi, co by zmniejszyć ryzyko kolejnego napadu głupoty starego znajomego, podniósł nieco głowę, żeby obserwować poczynania Deionarry z bestią.
    Wiedział, że nekromantka mogła po prostu kazać tej istocie ich pożreć i przywołaniec zapewne zrobiłby to z wielką ochotą, na szczęście kobieta odprawiła swoje czary i odesłała ożywieńca tam, skąd Morten miał nadzieję, ten już nigdy nie powróci.
    Teraz jednak mieli do czynienia z czymś równie niebezpiecznym; bardzo rozjuszoną Deionarrą, która, jak sama przyznała, ze śmierci Yoratha uczyniłaby bardzo przyjemne wręcz wydarzenie. Morten wstał z ziemi, bez trudu podnosząc ze sobą za kark Yoratha, który miał jeszcze czelność uśmiechać się szeroko, jakby ta cała sytuacja była w gruncie rzeczy wspaniałą przygodą.
    - To nie ja rzuciłem się na… - zaczął Morten z urazą, zupełnie nie pojmując złości Deionarry skierowanej ku jego osobie. Yorath wyszarpnął się zwinnie z jego uścisku, niczym szczur.
    - Pierwszy raz widziałem coś takiego na oczy – wyznał z czymś na kształt spełnienia w głosie. Spojrzał na Deionarrę z podziwem, chociaż ta, na szczęście, nie mogła tego widzieć.
    - To mógł być też twój ostatni raz, kiedy byś w ogóle cokolwiek zobaczył – burknął Morten przez zaciśnięte zęby, odchodząc na chwilę od towarzyszy, aby podnieść upuszczony w biegu miecz. Dotknął z uczuciem zakrwawionej klingi, zanim schował ostrze do pochwy. Yorath zaśmiał się pełną piersią, śmiech miał delikatny i płytki, jak eunuch, albo dobrze wyszkolony bard.
    - Ale umarłbym w towarzystwie najsilniejszej dziewki, jaką kiedykolwiek spotkałem! – zauważył, ponownie obrzucając Deionarrę spojrzeniem, od którego Mortenowi zrobiło się źle na żołądku.
    - Co tutaj robiłeś? Sam wśród ostrouchych? – zapytał szybko, zanim Deionarra zdążyła wtrącić coś na temat prostackiego określenia, którym ją nazwano.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Yorath wzruszył ramionami, po czym kucnął przy pledzie elfów i bezprecedensowo przywłaszczył sobie pozostawioną na wierzchu sakiewkę z monetami. Zważył ją w dłoni, widocznie rozradowany, a następnie schował za pazuchę za dużego, jak na jego szczupłą sylwetkę, płaszcza.
      - Czekałem na okazję? Te szpiczaste marchy już od dawna zasługiwały na śmierć, specjalnie kupiłem beczkę prochu, żeby ich wysadzić w piździec! – Yorath wyrzucił ręce w powietrze, podekscytowany samą wizją. Spojrzał na Mortena z zawodem. – No ale potem pojawiłeś się ty. Masz szczęście, że poznałem ten twój paskudny ryj, musiałem gasić lont własnymi rękami. – Uniósł zaczerwienione od oparzeń dłonie. Morten zdziwił się, że chłopak był w stanie trzymać w nich tak źle wyważone ostrze, jakim był wyrabiany przez niesprawnego kowala sztylet.
      - Z wiosny na wiosnę stajesz się coraz bardziej szalony – pokręcił głową Morten, przyglądając się pobladłej bardziej, niż zwykle twarzy Deionarry. – Potrzebujesz postoju? – zapytał, starając się, aby w jego głosie nie znalazło się miejsce na empatię, czy troskę. Po prostu nie chciał, żeby dziewczyna zemdlała na środku rynku miasta, w którym za złe spojrzenie można było się obudzić z nożem w plecach.
      Yorath automatycznie doskoczył do boku Deionarry, absolutnie nie przejmując się roztaczaną przez nią, raczej grobową aurą.
      - Wody, wina? – zapytał, potrząsając przypiętymi do pasa bukłakami. – Może zdradzi panienka swoje imię?

      [No nie mów, że grywasz sesje :o Jakoś rok temu dołączyłam do takiej naszej akademickiej nerdowskiej ekipy i gramy sobie spokojnie w D&D piątą edycję, jestem w tym świeża, ale sesje są tak udane, a nasz MG jest po prostu niesamowity i kombinujemy już nad graniem w uniwersum Mass Effect, jak skończymy aktualną sesję. Gram kapłanką, ale rzucanie zaklęć to nie mój konik,ciągle siedzę w spellbooku, chociaż moja postać wszystko załatwia uwodzeniem i oszustwem :D Jak to jest u ciebie, podziel się wrażeniami! A ten grimoire? Super pomysł!]

      Usuń
  7. Morten przysłuchiwał się krótkiej wymianie zdań między Deionarrą a Yorathem jednym uchem. Ufał, jeżeli w jego przypadku można było się pokusić o takie stwierdzenie, że nekromantka nad sobą zapanuje i nie przebije jego dawnemu przyjacielowi gardła kosturem. Sam zbliżył się do przywiązanego przy wozie konia, teraz śmiertelnie przerażonego i gotowego do obrony. Kopyta śmignęły w powietrze, kiedy Morten ostrożnie zaszedł zwierzę od boku, aby szybko i sprawnie uwolnić je z uwięzi. Koń parsknął, raz jeszcze unosząc się na tylnych nogach, nim puścił się galopem w stronę drzew, gdzie Morten miał nadzieję, znajdzie źródło czystej wody.
    Yorath zaczekał na niego, najwidoczniej stwierdziwszy, że podążanie zaraz za Deionarrą może okazać się niekoniecznie mądrym pomysłem. Chłopak poklepał lśniący, teraz ubrudzony krwią napierśnik Ingvara, po czym zagwizdał z uznaniem. Morten mógłby przysiąc, że zobaczył w jego oczach stos przeliczanych monet.
    - Dobry metal, ostry miecz, lśniące włosy. Powodzi ci się – zauważył Yorath, uśmiechając się szeroko; brakowało mu kilku zębów, ale poza ubytkami, zęby miał białe, a nie pożółkłe, jak większość łotrzyków jego pokroju. Szedł lekko, uskakując przy większych ubytkach w drodze, w której zapewne znał na pamięć położenie każdego kamienia.
    - Nie narzekam – przyznał Morten, zerkając na idącą przed nimi dumnie Deionarrę. Musiał przyznać, że ignorowanie jej uszczypliwych uwag przychodziło mu coraz prościej, wręcz stawało się to naturalne. Yorath również spojrzał w jej kierunku.
    - Myślałem, że nie przepadasz za magami?
    - W tym względzie nic się nie zmieniło – uciął Morten sucho, odwracając wzrok. Yorath zacmokał, przyśpieszając, tak, że szedł pomiędzy Mortenem a Deionarrą.
    - Dokąd idziecie? – zapytał, przeskakując ze środka na bok drogi. Gdyby był psem, zapewne merdałby teraz ogonem. Morten musiał kilkakrotnie zamrugać, aby pozbyć się tego obrazu z głowy.
    - Złamane Ostrze – mruknął, powstrzymując się przed rozbawieniem. – Antje miała tam kontakty.
    - Antje nie żyje od zimy – wtrącił Yorath. Wzruszył ramionami. – Ciche Siostry, tak myślę, zabiły ją szybko, nie chciały, żeby cierpiała. Nie wiem, o co między nimi poszło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy Morten opuszczał Kamienną Altanę, Ciche Siostry dopiero się tworzyły; były grupą młodych kobiet, właściwie jeszcze dzieci, pragnących wydarcia się ze slumsów. Szkoliły siebie nawzajem, budziły niewielki postrach tylko wśród samotnych kupców, których okradały. Antja, ciemnoskóra dziewczyna, świeżo wyrwana z niewoli, której dopiero co urosły piersi, chłonęła ich doktryny jak spragniony zimną wodę. Morten znał ją jeszcze z czasów, jak nosiła na szyi obrożę.
      - Rządzą teraz miastem, przynajmniej w nocy. Zajmują się wszystkim po trochu, przemytnictwem, ochroną, chyba nawet mają powiązania z gildiami skrytobójców, są ważne, mordują dzieciaki tych wyżej postawionych w zamian za ugody. – Yorath odpowiedział na nieme pytania Mortena, zbaczając z traktu na drobną, wydeptaną już przez czyjeś stopy dróżkę. – Tędy teraz chodzi się do miasta, jak chcesz uniknąć kontroli – wyjaśnił, schylając się, aby przejść pod grubymi gałęziami drzew, które sięgały prawie po samą ziemię. Morten przecisnął się przez nie niezdarnie, robiąc więcej hałasu, niż Yorath i Deionarra razem wzięci.
      W pełnej zbroi płytowej, ważącej ponad połowę tego, ile mogła ważyć nekromantka, ograniczającej Mortenowi większość rozleglejszych ruchów, skradanie się było praktycznie niemożliwe.
      - Powiedziałeś, że Ciche Siostry zajmują się teraz ochroną. Organizują też przewozy? – spytał, kiedy jakoś przemknęli wśród krzaków i szli teraz wzdłuż muru, oddzielającego miasto od reszty świata. Yorath zatrzymał się przed drewnianymi, wąskimi drzwiami, które naraz mogły pomieścić najwyżej jednego człowieka i to raczej przeciętnych rozmiarów. Zastukał w nie kilkukrotnie, w sobie tylko znany rytm.
      Po chwili rozległ się szczęk przekręcanych w zamku kluczy.
      - A czego one teraz nie organizują? – Wywrócił oczami Yorath, machnięciem ręki pośpieszając Deionarrę i Mortena, aby przeszli przez drzwi. Morten schylił się, aby nie zawadzić głową o framugę.
      Znajdowali się w starej spiżarni; podłogę wyściełała słoma, pod ścianami stał rząd opasłych worków, z niektórych wysypało się nieco mąki i ostrych w zapachu przypraw. Drzwi otworzyła im znudzona dziewczyna, gmerająca sztyletem w czarnych paznokciach. Yorath posłał jej całusa, a ona odpowiedziała mu wyzywająco, dotykając językiem wnętrza policzka.
      Yorath pociągnął Deionarrę za połę płaszcza, aby zwrócić na siebie jej uwagę.
      - Zaprowadzę was, co? – wyszczerzył się ponownie, co Ingvar ledwie mógł dostrzec w półmroku i w skurczonej pozycji, jaką zmuszony był przybrać, aby niczego nie postrącać. Przez drewniane ściany słychać już jednak było gwar miasta i tętent koni, ciągnących trzeszczące powozy.

      [Łaa, masz już dość spore doświadczenie :o W D&D gra mi się bardzo przyjemnie, może właśnie dlatego, że nasz MG jest mega wyrozumiały i cierpliwy, póki co, chociaż też niejeden opis walki na kilka stron zniszczyliśmy mu jedną rundą. Przyznam, że do kości nie mam szczęścia, ani razu nie trafił mi się jeszcze krytyk xD Pogooglałam tę maskaradę i kurczę, ciekawie to wygląda. Muszę pogadać z grupą przy następnej sesji, bo na pewno wiedzą więcej ode mnie.]

      Usuń