Żyjemy, piszemy! Niedługo pojawi się lista obecności.

1 stycznia 2010

[KP] Co to jest? "Noc żywych trupów", czy jak?

Jeremy From Vampire Diaries | Jeremy Gilbert - Founders' Archives, The Vampire Diaries Wiki: TV ...:
Daniel Lorenc
29 lat || były wojskowy || zarażony || człowiek, który z kawałka metalowej rurki zrobi śmiertelną broń || przy sobie glock i nóż Bundeswehry

Przestał liczyć dni. Przestał liczyć noce...czas to pojęcie względne. Czasami jest, czasami go nie ma. Czasami coś trwa ułamek sekundy, czasami sekunda trwa nieskończenie długo. Wie że jego dni są policzone, że nie pochodzi za długo na tym świecie jako człowiek...o tym że być może wstanie i będzie żywił się innymi woli nie wspominać. Na szczęście ma przy sobie kogoś bliskiego. Kogoś, kogo zna od dawna, przyjaciela. Stara się nie myśleć o tym co będzie jutro, za tydzień, za miesiąc. Najważniejsze jest tu i teraz.

wątek z: pterodaktyl

22 komentarze:

  1. Skrzętnie coś zapisywał w swoim zeszycie. Tak naprawdę tylko pisanie mu zostało z rzeczy, które rzeczywiście dawniej sprawiały mu przyjemność. Nie miał duszy romantyka, więc na próżno szukać w nim było poetyckich tworów. Opisywał tam swoje przemyślenia. Zeszyt stał się pamiętnikiem, szkicownikiem i ucieczką dla zbłąkanych myśli, które nie mogły się wydostać na światło dzienne. Jeremy mimo tego że był lekarzem, to stronił od ludzi i od większej ich ilości. Nie przepadał za ściskiem i hałasem, które tylko wprowadzały chaos w jego i tak już nieuporządkowane życie. Najczęściej więc można go było znaleźć na jego łóżku, w pokoju, który był mu przydzielony. To właśnie tam udawali się wszyscy, którzy potrzebowali jego pomocy, a on nie przeszkadzał innym, gdy nie był potrzebny. Wydawać by się mogło, że taki stan rzeczy wszystkim odpowiada.
    Zanim zaczęła się zaraza nie był zupełnie inny. Był cichy, spokojny i do rany przyłóż. Stronił od ludzi ale nie można było powiedzieć, że nie był duszą towarzystwa. Lubił rozmawiać, śmiać się i wariować z przyjaciółmi. Chodził na koncerty, imprezy i nie raz wypijał o jeden kieliszek za dużo. Obecnie wiele by oddał, gdyby chociaż raz jeszcze mógł przytulić się z zimną powierzchnią muszli klozetowej zwracając zawartość żołądka po nocy, podczas której przeholował z trunkami wszelkiej maści. Wtedy nienawidził takich chwil, ale teraz chciałby by powróciły.
    Nawet nie zauważył, jak Daniel wszedł do pokoju. Nie usłyszał jego słów, bo był zbyt pogrążony w myślach, które usilnie próbował przelać na niezapisane jeszcze stronice zeszytu. Dopiero kolejne pytanie wyrwało mężczyznę z zamyśleń. Dwudziestoprawieośmiolatek spojrzał na swojego przyjaciela, najpierw z politowaniem, potem z odrobiną troski by na końcu jego wzrok stał się nieco przygnębiony. Cholerny Lorenc.
    Blondyn podszedł do przyjaciela i usiadł na łóżku plecami do niego. Westchnął. Zupełnie nie mógł zrozumieć, jak Daniel może zachowywać się w taki sposób w jaki się zachowuje. Przecież wiedział o zastrzykach znacznie spowalniających przebieg zarazy [dodałem je, żebyśmy mieli nieco więcej czasu do tej przemiany, bo w końcu nawet silny organizm wojskowego kiedyś musiałby jej ulec, a tak, to będzie więcej czasu i odrobina mniej strachu, że Daniel żuci się Jeremy'emu do gardła]. Dlaczego więc on nie chciał z nich korzystać? Że niby myślał, że odbierając sobie możliwość wyleczenia w przyszłości, ktoś inny będzie mógł żyć? Jeremy nazywał to głupim bohaterstwem, ale tylko w swoich myślach, wiedział, ze i tak nie zmieniłby sytuacji i przekonań wojskowego. Zacisnął dłonie w pięści, po czym odwrócił się do towarzysza.
    – Powinieneś iść z tym do lekarza już na samym początku – powiedział, ściągając stary opatrunek. Rana nie wyglądała dobrze, ale goiła się. Wolno bo wolno, ale najważniejsze, że się goiła. Z jej wnętrza jątrzyła się ropa wymieszana z krwią, a jej obrzeża były czerwone i nieco przybrudzone, co świadczyło o stanie zapalnym i niedopilnowaniu odpowiedniej higieny. Blondyn spojrzał z wyrzutem, ale przecież w obecnych warunkach nie mógł mieć o coś takiego pretensji. – Muszę ci przypominać, że jeśli nie zadbasz o to, albo przynajmniej nie poprosisz kogoś o pomoc, to istnieje szansa, że stracisz tę rękę, bo wda się zakażenie? – zapytał. Nie chciał straszyć, ale może w ten sposób da przyjacielowi do myślenia i ten zdecyduje się na nieco bardziej specjalistyczną pomoc niż sam opatrunek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zużyty opatrunek rzucił na ziemię. I tak już do niczego się nie przyda, a skrzepnięta krew miała w zwyczaju śmierdzieć. Wstał i ruszył do szafy, w której trzymał swoje medyczne rzeczy. Właśnie tam znajdowały się świeże opatrunki i bandaże, a także inne rzeczy, które ratowały życie.
      – Wystarczy słowo, a rozprawimy się z tym paskudztwem raz a porządnie – powiedział, starając się nakłonić Daniela do zmiany zdania. Może jemu było już wszystko bez różnicy, ale Jeremy nie miał zamiaru stracić kolejnej bliskiej sobie osoby i spróbowałby wszystkiego, by uratować mu życie, nawet jeśli miałby podduszać go podczas snu, by stracił przytomność i wtedy podawać mu te jebane zastrzyki. Zawahał się. Cóż, to też było rozwiązanie, co nie?

      [Zmodyfikowałem nieco, żebyśmy mieli nieco więcej swobody i nie musieli się bać, że ta zaraza taka zła i szybko nas zabije. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze pisało mi się jakiś wątek <3]

      Usuń
  2. Westchnął załamując ręce. Oczywiście, że wiedział, że to coś da. Głupotą było myślenie, że coś jest bezcelowe. Uważał, że w takich sytuacjach należy mieć nadzieję na wszystko, choćby wydawało się to niemożliwe. Kilkanaście miesięcy temu niemożliwym było wykaraskanie się z zarażenia i każdy ugryziony kończył z kulką w głowie. Obecnie dzięki zastrzykom istniała nadzieja na wyleczenie. Podobno naukowcy byli coraz bliżej tego, by całkowicie pozbyć się wirusa.
    – Owszem będą, jeśli przyjmowałbyś je regularnie – odpowiedział, nieznacznie podnosząc ton głosu. Nie potrafił zrozumieć takiego postępowania. Przecież istniało powiedzenie, że tonący brzytwy się chwyta a przecież Daniel tonął szybko i nie chciał pomocy. – Regularne zastrzyki pozwolą ci żyć znacznie dłużej niż kilka dni. Podobno osoba na której to testowali czuje się świetnie do tej pory, a minęło kilkanaście miesięcy od rozpowszechnienia tego leku. Nasi naukowcy mówią, że odkrycie formuły na całkowite wyeliminowanie wirusa jest coraz bliżej. Głupio by było, gdybyś przez swój własny idiotyzm miał pozbawić się szansy na wyleczenie – uznał, starając się wejść przyjacielowi na jego męską dumę. W końcu krytykowanie męskich decyzji i nazywanie ich idiotami powinno sprawić, że ci uparcie powinni dążyć do tego, żeby pokazać że jednak jest inaczej, prawda? Jeremy miał taką nadzieję. Z resztą i tak nie pozwoliłby umrzeć Danielowi. O tym nie było mowy. Gdyby lekarz zobaczył tylko, że jego bliski zaczyna przejawiać symptomy przemiany, to od razu przykułby go do łóżka i podawał zastrzyki. Chociażby wyzywał go od najgorszych i miał później znienawidzić, to Lacoste miał się nie poddać. On nigdy się nie poddawał, jeśli naprawdę mu zależało.
    Szybko oczyścił ranę i pozbył się starego opatrunku. Po chwili nałożył nowy. Jego zadanie w tej materii było skończone. Spojrzał na żołnierza. W jego spojrzeniu dało się wykryć troskę, której jednak nie czuje się do zwykłego człowieka. Nie dało się ukryć, że Daniel był mu bliski. Był jedyną osobą, którą miał i z którą mógł spędzić czas, bez obawy o to jak ma się zachowywać, bo mógł robić wszystko. Znali się od zawsze. Mieli swoje wzloty i upadki, lepsze i gorsze chwile, ale w końcu i tak lądowali razem. Tak jak teraz. Po wybuchu zarazy Jeremy'emu został tylko on. Lekarz nie wiedział, gdzie są jego rodzice i rodzeństwo. Przyjął, że najprawdopodobniej nie żyją albo zmienili się w zombie, z czego już wolał pierwszą opcję. Daniel był kimś bliższym niż tylko przyjaciel. Nie mógł stracić i jego.
    – Chcesz pić? A jak będą cię potrzebować? – zapytał, ale było mu wszystko jedno. On sam z wielką ochotą mógłby wypić cały alkohol i na chwilę zapomnieć o całym tym koszmarze. Wziął jedną butelkę i szybko ją otworzył. Zanim jednak upił pierwszy łyk, to zamknął drzwi do ich pokoju. Teraz stało się bardziej intymnie. To była tylko ich przestrzeń, do której wchodzili inni tylko wtedy, gdy dwójka była potrzebna. Dopiero wtedy mógł się napić.
    – Więc jak minął ci dzień? – zapytał, w końcu przyda im się jakiś normalny temat do rozmowy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Alkohol. Zupełnie zapomniał, jak to smakuje. Nigdy nie przepadał za trunkami, co zresztą dobrze o nim świadczyło, bo mówiło, że nie ma problemów z piciem. W końcu tylko alkoholicy lubili pić alkohol. Zacisnął dłoń na butelce mocniej. Może powinien dzisiaj odpuścić i ponieść się tak, jak dawniej za czasów studiów? Czy jakby zaczął pić do utraty przytomności, to źle by o nim świadczyło? Osobiście uważał, że nie bo w końcu coś mu się jeszcze należało, a skoro miał okazję do zatracenia się i zapomnienia o koszmarze, to powinien ją wykorzystać.
    Spojrzał na Daniela i uśmiechnął się lekko, prawie niewidocznie. Oczywiście, że należał mu się odpoczynek i jeden dzień wolnego. Jeśli oznaczałoby to, że Lacoste będzie mógł mu truć dupę, mówiąc, że powinien się leczyć, że nie powinien bagatelizować swojego stanu i wierzyć, że jest dla niego nadzieja, to ten jeden dzień wolnego mógłby być dobry. Dla nich obu, bo Jeremy zakładał, że spędzą go we dwójkę, sami wśród czterech ścian i dwóch pustych butelek leżących na podłodze. Przyjemna wizja.
    Upił łyk alkoholu, pozwalając, by gorzki smak wypełnił jego usta, a piekący żar rozlał się po gardle i przełyku. Wiedział, że gdy wstanie, to będzie tego żałować i przeklinać się w duchu, że nie musiał tego robić, że był głupi i że zasłużył na to by kac morderca się nad nim pastwił. Ale chciał tego.
    – W zasadzie to nic – odpowiedział po krótkiej chwili. Cały dzień spędził bowiem w pokoju. Wyszedł z niego tylko raz, gdy musiał skorzystać z toalety. Nie było się więc czym chwalić. No może jedynie tym, że zszywał jakiegoś faceta, który rozciął sobie przedramię i potrzebował kilku szwów. Tym też nie musiał się chwalić, bo nie było to aż tak ciekawe. Zdecydowanie nie przebiłoby zabijania zombie i ratowania dwójki zaginionych. Daniel robił wspaniałe rzeczy i chociaż sam tego nie chciał przyznać, to w oczach swojego bliskiego przyjaciela był bohaterem. Jeremy nie wiedział, czy byłby w stanie wyjść na zewnątrz, gdzie panoszą się te parszywe monstra i przyprowadzić kogokolwiek. Nie wiedział, czy byłby w stanie spojrzeć w oczy, które niegdyś tętniły życiem, a teraz są puste i przepełnione jedynie głodem i chęcią dobrania się do świeżego i ciepłego, ludzkiego mięsa. Nie mówiąc już o tym, że musiałby strzelić zombiakowi w głowę, żeby pozbyć się go na dobre. Wstyd mu się było przyznać, ale nigdy nie miał w dłoni broni. Gdyby nie Lorenc, to blondyn zapewne sam włóczyłby beznamiętnie nogami czekając, aż ktoś wpadnie mu w martwe ręce.
    – Również się cieszę, że cię mam – mruknął, spoglądając Danielowi głęboko w oczy. – Zrobię wszystko, dla lampki czerwonego wina – rozmarzył się. W połowie był Francuzem, więc zamiłowanie do wina miał wpisane w kod genetyczny.
    – Odpoczywać, chciałem odpoczywać – odpowiedział na ostatnie pytanie i położył się na łóżku. Alkohol powoli zaczął na niego działać. Zrobiło mu się błogo i przyjemnie. Jego ciało nieznacznie się rozgrzało, czuł że robią mu się lekkie wypieki na twarzy. Nie wyglądał korzystnie z czerwonymi policzkami, ale nie przeszkadzało mu to w tym momencie. Kręciło mu się lekko w głowie. Zamknął oczy i czuł się, jakby zapadał się w pościel.
    – Słyszałeś o tym, że chcą wysłać kogoś poza Dystrykt 9? [Okej, tak się nazywa strefa, w której żyją nasi panowie. Uznałem, że dobrze będzie to jakoś nazwać. Możemy uznać, że jest to mały obszar wielkości jakiejś niewielkiej dzielnicy, która jest pilnowana przez ludzi. W okolicy jest kilka Dystryktów i do jednego zostaną wysłani nasi panowie. Jeśli Ci to nie przeszkadza.] Mówili coś o Trzynastce. – zastanowił się i upił kilka łyków alkoholu. – Ktoś się tam buntuje, a zombie wtargnęły poza bramy i opanowały teren. Ludzie mają swoje małe schrony, ale wiesz jak to jest. W sumie można się było domyślić, że tak się stanie. Trzynastka była chyba największa, a duże obszary trudniej ochraniać.

    OdpowiedzUsuń
  4. [Wybacz opóźnienie, miałem dość wymagający pierwszy tydzień na uczelni.]

    Trudno się było nie zgodzić ze stwierdzeniem Daniela. Gdy w ich niewielkiej społeczności okazywało się, że ktoś potrafi coś więcej niż inni, to wykorzystywało się tę jednostkę wszędzie, gdzie było można. Nieraz osoby takie musiały robić dwieście procent więcej niż inni i jeszcze dziwnie się na nie patrzyło, gdy mówiły, że są wykończone. Cóż, nigdzie nie mogło być idealnie, a już na pewno nie w takich czasach, jak te obecne.
    Zamknął oczy i wsłuchiwał się w głos Lorenca. Mógłby tak zasnąć i obudzić się dopiero rano. Przez chwilę było mu naprawdę przyjemnie i mógłby pokusić się o stwierdzenie, że tego wieczora nie potrzebował już nic więcej. Jego powieki stawały się coraz cięższe i wiedział, że jeśli zaraz ich nie otworzy, to zaśnie. Ostatnie słowa wypowiedziane przez Daniela spowodowały jednak, że stało się inaczej.
    – Co? – zapytał, mając nadzieję, że chłopak sobie żartował. Trzeba było mieć nieźle namieszane w głowie, by myśleć o tym, żeby posłać się na prawdopodobnie pewną śmierć. Trzynastka była niebezpieczna, nikt nie chciał tam iść, gdy sytuacja tam panująca nie była jeszcze taka zła i niektórzy myśleli, że da się ją opanować. Teraz, gdy pełno tam zombiaków tylko szaleńcy i samobójcy tam zaglądali. Nie mógł pozwolić na to, by Daniel polazł tam sam. Nie mógł pozwolić by w ogóle tam poszedł. Przecież wszystko mogłoby pójść nie tak. Mogłoby coś go rozszarpać albo mogłoby stać się mu coś jeszcze gorszego.
    – Nie tęskniłbym, bo pewnie poszedłbym z tobą – odpowiedział, lekko się uśmiechając. Chciał, żeby zostało to odebrane jako żart, gdyż nie miał najmniejszego zamiaru iść do Trzynastki by pomagać komukolwiek. Wiedział jednak, że gdyby Daniel się zgłosił, to poszedłby z nim, czy by tego chciał, czy też nie. Napił się łyk alkoholu. Jego butelka była już prawie pusta. Czuł też jak jego głowa zaczyna odczuwać wpływ procentów. Postawił pustą butelkę na podłodze i spojrzał na Lorenca spod nieco przymkniętych powiek, krzyżując ręce na piersi.
    – Po co chciałbyś tam iść? Nie uważasz, że lepiej jest się kisić w bezpiecznym miejscu, niż szaleć tam, gdzie można zginąć na każdym kroku? Mało ci wrażeń? – zasypał go strumieniem pytań, nie dało się jednak wyczuć w nich złości czy wyrzutów, a jedynie troskę. Jak Daniel chce się wykazywać, to niech się wykaże tu i teraz w miejscu w którym żyje i może pomóc. – Powinieneś odpocząć. Jutro, gdy się wyśpisz może przemyślisz to swoje bohaterstwo i stwierdzisz, że jednak nie musisz się narażać dla ludzi, którzy dla ciebie nie kiwnęliby nawet palcem – dodał, przewracając się na bok i zatapiając połowę twarzy w poduszkę.

    OdpowiedzUsuń
  5. W tym co mówił Daniel było sporo racji. W końcu tam też byli ludzie, a wśród nich małe dzieci, których Jeremy'emu zawsze było szkoda. Uważał, że skazywanie najmłodszych na taki los było niezwykle okrutnym posunięciem ze strony tego, kto zesłał na ludzi to przekleństwo. Nie mógł powiedzieć, że odmawianie pomocy Trzynastce było dobrym rozwiązaniem. Pytaniem było, czy istniały jeszcze dobre i złe decyzje?
    Rzeczywiście. W tym duecie to Daniel był mięśniami, które zajmowały się oczyszczaniem drogi z zombie. Lacoste nadal nie mógł się przemóc do zadania krzywdy nawet wtedy, gdy chodziło o jego własne życie. Przecież doskonale wiedział, że istoty te to już nie ludzie, a jedynie krwiożercze maszynki, które kierują się jedynie instynktem, rozkazującym im zaspokojenie głodu. Jeszcze jednak nie pękła w nim ta bańka, która umożliwiłaby mu wycelowanie pistoletu w głowę sztywnego. Westchnął i odstawił pustą butelkę po alkoholu na podłogę. Leżał przez dłuższą chwilę w milczeniu na łóżku, czekając aż Lorenc zatopi się w błogim śnie. Spojrzał na niego i przeczesał mu włosy dłonią, po czym zsunął się z łóżka chłopaka, by go nie obudzić. Podszedł do drzwi i zamknął je na klucz. Jutro mieli mieć wolne, więc nikt nie powinien im przeszkadzać. Zaraz po tym przebrał się w jakieś wygodne rzeczy, bo nie chciał spać w rzeczach, w których spędził cały dzień. Przed pójściem do łózka napił się jeszcze kilka łyków przegotowanej wody i wsunął się pod ciepłą kołdrę. Zasnął bardzo szybko.
    Rano obudził się sam. W pokoju panowała cisza, mącona jedynie cichym i miarowym oddechem Lorenca. Bolała go głowa. Chyba długie odstępstwo od picia alkoholu sprawiło, że wczorajsza butelka trunku zafundowała mu kaca. O dziwo jakoś się z tego ucieszył. Zanim jednak wstał z łóżka, to pozwolił swojemu rozgrzanemu ciału odprężyć się jeszcze jakiś czas. Nie chciał wstawać, ale wiedział, że musiał.
    Powoli zsunął z siebie kołdrę, która odgradzała go od chłodnego powietrza, które panowało w pokoju. Takie uroki grubych, betonowych ścian, z rana nigdy nie było ciepło i trzeba było się do tego od nowa przyzwyczajać, by w nocy znów wylądować pod przyjemnym ciepłem kołdry. Zdjął z siebie to w czym spał i na powrót ubrał jakieś ubranie. Otworzył drzwi, by podsłuchać co działo się w siedzibie. Wtedy zauważył kartkę przypiętą do drzwi. Jej treść z początku go zaskoczyła, a potem zdenerwowała i wystraszyła.
    – Daniel, wstawaj – podszedł do przyjaciela i kucnął przy łóżku tak, by ich twarze były na równym poziomie. – Wysyłają nas do Trzynastki – powiedział, nie czekając, aż Lorenc otworzy oczy czy chociażby dobrze się obudził.

    OdpowiedzUsuń
  6. Lista podniosła mu ciśnienie, ale nie tak bardzo, jak założenie, że w takiej sytuacji Jeremy zgodzi się puścić Daniela samego na tę niebezpieczną misję. Nie było takiej opcji. Idą obaj, albo żaden z nich.
    – Pójdę – powiedział dumnie, tonem nieznoszącym sprzeciwu. Miał nadzieję, że Lorenc nie zacznie dyskusji na ten temat. Lacoste znał swoje nikłe umiejętności bojowe, ale dysponował wiedzą medyczną i znajomością innych potrzebnych rzeczy. Jakby nie patrzeć stanowił dobre dopełnienie dla Daniela, więc może dlatego wzięli ich razem. Był pewien, że razem świetnie sobie poradzą. Poza tym Jeremy nie był słabeuszem, potrafił szybko biegać, wspinać się i chować. Nie zapomniał, czego nauczył się podczas podróży z Danielem na samym początku tej apokalipsy. Teraz wystarczyło tylko, ze odświeży sobie te wiadomości i jakoś da radę. Poza tym, mógłby mieć oko na Lorenca, któremu trzeba przypominać, że podczas dbania o innych, nie można przestać dbać o siebie. Chciał mieć chłopaka przy sobie i sam chciał być przy nim. Bez niego nic nie miało sensu i miał nadzieję, że gdy kiedyś nadejdzie koniec tego koszmaru, to będą razem, choćby mieli stracić wszystkie ręce i nogi.
    – Na nikogo nie będziesz wpływać. Decyzja już zapadła i albo idziemy razem, albo nie idzie nikt – wygłosił bardziej dobitnie. Miał nadzieję, że nie musiał tłumaczyć Danielowi, dlaczego chce z nim iść. Miał nadzieję, że ten wie, co Jeremy do niego czuje, bo on sam nie był zbyt wylewny i nie lubił mówić o swoich uczuciach. Wczorajszej nocy powiedział i tak bardzo dużo. Więcej niż mówi zazwyczaj. – Idziemy razem, rozumiesz? – zapytał, ale nie było to pytanie skłaniające do dyskusji, ale bardziej utwierdzenie w tym, że decyzja już została podjęta i chociaż Lacoste nie chciał iść, to zgodził się już podjąć to ryzyko. – Mamy się stawić u dowódcy, gdy będziemy gotowi do wyprawy – ogłosił, kończąc ten temat.
    – Jak się spało? – zapytał, jak gdyby nigdy nic zmieniając temat. Podszedł do szafy, by zobaczyć co ma i co ewentualnie może wziąć ze sobą.

    OdpowiedzUsuń
  7. Uważnie słuchał tego, co Daniel ma do powiedzenia, udając jednak lekkiego focha, akcentując tym samym, że nie spodobało mu się to, że mężczyzna chciał zostawić go tutaj samego. Nie boczył się jednak długo, bo od razu, gdy tylko Lorenc skończył mówić, Jeremy spojrzał na niego. Przewlókł spojrzeniem po jego sylwetce i uśmiechnął się nieznacznie, bardziej do siebie niż do osoby stojącej przed nim. Uśmiech poszerzył się bardziej, gdy usłyszał, że Daniel nie miał zamiaru oponować. On nie miał w sumie zbyt wiele argumentów, by przekonać go do zmiany decyzji, więc był zadowolony, że układało się po jego myśli.
    – Po alkoholu nigdy nie śpię za dobrze, ale wyspałem się, to najważniejsze – odpowiedział, wyciągając kilka ubrań. Oczywiście nie miał zamiaru brać wszystkiego, co miał, ale uznał, że kilka najpotrzebniejszych ubranek jednak zabierze. Nigdy nie wiadomo, jakie warunki zapanują na drodze. Lepiej być przygotowanym na każdą ewentualność. Poza tym za sporą ilość tych rzeczy kupił za dużą ilość pieniędzy, więc miał zamiar je poubierać i nosić nawet wtedy, gdy ulegną zniszczeniu. Z szafy wyciągnął skórzaną kurtkę, którą znalazł kiedyś. Skóra była wytrzymałym materiałem, więc trudno byłoby ją przegryźć zombiakom. Do tego dobrał swoje ulubione spodnie, kilka podkoszulków i bieliznę, bo bez tego ani rusz. On sam miał zamiar zaoszczędzić miejsca na zabranie leków, apteczek i innych rzeczy, którymi można było wyleczyć człowieka. Udało mu się zgromadzić całkiem sporą kolekcję medycznych różności na wypadek, gdyby mieli opuścić schronienie, bo wiedział, że kiedyś mogłoby do tego dojść.
    – Dobrze, ucieknę – powiedział, kłamiąc. Lorenc w głębi swojego umysłu na pewno wiedział, że Jeremy nie miałby zamiaru uciekać, gdyby wiedział, że komukolwiek z jego bliskich dzieje się jakaś krzywda, a jest jeszcze szansa na ratunek dla niego. Kłóciło się to z jego przekonaniami. Westchnął, zastanawiając się, co też Daniel chciał, żeby mu powiedział, ale nie zapytał. Nie dostałby odpowiedzi przynajmniej nie w tej chwili.
    Po kilkunastu minutach był już gotowy. Wszystkie rzeczy, które chciał wziąć leżały na łóżku, a on wydawał ostateczną decyzję, czy ma coś zabrać czy też nie. Chciał mieć dobre rozeznanie, czy nie wziął zbyt wielu bluz, których miejsce mogłoby zająć coś innego. Spojrzał jeszcze na to, co zabiera ze sobą Lorenc. Jego rzeczy nie różniły się zbytnio, więc raczej mógł tak iść. Nie miał jednak broni, ale miał nadzieję, że przed wyjściem zostanie w nią wyposażony.
    – Wiesz może, co będziemy tam robić? Na pewno ogarniasz ten temat znacznie lepiej niż ja.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dobrze. Jeremy przytaknął głową, godząc się na warunki. Oczywiście, że miał zamiar słuchać Daniela, bo wiedział więcej niż on i był lepiej przygotowany do podróżowania po niebezpiecznym świecie. Nie znaczyło to jednak, że sam nie umiał się zachowywać. Raczej nie trzeba było mówić mu, kiedy ma skakać, bo jeśli zauważy sytuację, w której będzie to konieczne, to to zrobi. Chciał mieć Lorenca jednak przy sobie. Lacoste był nieufny w stosunku do innych ludzi, więc ktoś bliski, kogo się znało całkiem dobrze był niemal na wagę złota. Nie mógłby nawet powiedzieć, co by się stało, gdyby stracił go z pola widzenia. Pewnym było też, że nie zostawi go w potrzebie. Wolał zginąć z nim od razu niż żyć bez. W końcu znali się już tyle długich lat, a ostatnie kilkadziesiąt miesięcy, które spędzili razem zbliżyło ich jeszcze bardziej.
    Spojrzał na Daniela, od którego dostał pistolet. Nie miał do czynienia z bronią, więc niezbyt wiedział, co miał z nią teraz zrobić. Obejrzał rewolwer z każdej strony. Widział takie modele już kilka razy. Miał nadzieję, że nie będzie musiał używać tego przedmiotu, ale dobrze było czuć, że jednak ma się coś przy sobie. Był pewien, że w razie ataku to okaże się bardziej pomocne niż zwykła metalowa rurka, chociaż nie powinien narzekać na jej użyteczność, gdyż to właśnie ona towarzyszyła mu podczas wędrówki na samym początku apokalipsy..
    Uważnie słuchał tego, co mówi jego przyjaciel. Chociaż na niego nie parzył, bo zaaferowany był pakowaniem swojego plecaka. Ucieszył się na myśl, że może wykorzystać nieco miejsca w plecaku Daniela, ale nie chciał go przesadnie obciążać. Sądził jednak, że pomocy medycznych nigdy za dużo. Skorzystał z propozycji włożył do plecaka przyjaciela kilka apteczek, uprzednio sprawdzając, czy czegoś w nich nie brakuje, a jeśli tak było, to uzupełniał braki. Po kilku minutach był gotowy do drogi.
    – Idź, ja już prawie kończę – powiedział, gdy pakował ostatnie sztuki ubrań. Podniósł plecak w górę, by ocenić, czy nie jest za ciężki. Na jego szczęście okazało się, że wcale tak nie było, chociaż do najlżejszych nie należał. Zasunął plecak i przykrył klapą. Był gotowy i spakowany. Po wyjściu Daniela z pokoju, Jeremy omiótł wnętrze raz jeszcze, po czym szybko przypomniał sobie o rzeczy, której nie mógł zapomnieć zabrać. Jego zeszyt. Pospiesznie wcisnął przedmiot między ubrania, po czym wyszedł z pokoju, starając się odnaleźć Daniela.
    Przemierzał spokojnie długi, słabo oświetlony korytarz w nadziei, że natknie się na swojego towarzysza. Miał nadzieję, że ten nie postanowi wyruszyć wcześniej i zostawić go samego. Inaczej mógłby już nie wracać. Na szczęście szybko go znalazł.
    – Jestem gotowy – powiedział, uśmiechając się lekko – Załatwiłeś ten samochód? – zapytał z nadzieją. Wiedział jednak, że raczej z tego nici i faktycznie będą musieli pójść na piechotę.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie pocieszyła go ta wiadomość. Wolałby podjechać samochodem kilka kilometrów i zaoszczędzić na czasie. Gdyby im pozwolono na ten krok, to w Trzynastce znaleźliby się jeszcze dzisiaj i mieliby spokój. Droga też byłaby przyjemniejsza, bo samochody szybko rozprawiały się ze sztywnymi, chyba że trafiliby na jakąś ogromną hordę, ale te rzadko zdarzały się na drogach, a gdyby jakaś była, to zwiad by o tym informował.
    – Damy radę – powiedział i poprawił plecak. Sprawdził, czy wszystko jest dobrze zapięte i nie krępuje ruchu. Nie byłoby nic gorszego niż śmierć spowodowana zaczepieniem plecaka o gałąź, a on nie mógłby się z tego wydostać. Od razu strzeliłby sobie w łeb jednym z tych sześciu naboi. – Lepiej iść bezpieczniej, nie ma co kusić losu – powiedział w odpowiedzi na propozycję. Nieznane tereny go nie pocieszały, nie chciałby żeby coś im się stało, bo życie mu jeszcze nie zbrzydło. Nie dopóki miał nadzieję na poprawę i zakończenie tego koszmaru.
    Poszedł za Danielem uważnie go słuchając. Przyznał mu rację. On również nie chciałby spacerować w nocy. Była to niebezpieczna pora, więc lepiej byłoby się wtedy gdzieś skryć i siedzieć cicho. Nie wyobrażał sobie wędrówki po ciemku. Można byłoby łatwo zwrócić na siebie uwagę zombie, których nie byłoby widać z odpowiedniej odległości. Truposze mieli tę przewagę, że mogli polegać na czułym słuchu, który w jakiś sposób się u nich wyostrzył, nie wiadomo jednak w jaki sposób się to stało, zważywszy na to, że sekcja jednego z tych potworów wykazała, że wirus atakuje mózg, wyłączając większość z funkcji oszczędzając jedynie móżdżek, odpowiadający za funkcje motoryczne. Czemu jednak chodziły po śmierci? Tego nie dao się wyjaśnić. Chłopak często zastanawiał się, że może to jest tylko i wyłącznie boski żart. Jasnym było, że w obecnych czasach, wiara w Boga upadała i tylko nieliczni odnajdywali pociechę i ukojenie w modlitwie. On już dawno tego zaniechał.
    – Lepiej żeby się nie śpieszyć. Zachowajmy siły na jakiś wypadek, który miejmy nadzieję, że się nie przydarzy. Postaramy się przejść tyle, ile zdołamy, bez napinki, jak za starych czasów – powiedział, przywołując czasy, gdy włóczyli się sami, po wybuchu epidemii. Na jego twarzy zagościł słaby uśmiech. Przypomniał sobie, że chociaż chwile te były straszne i w ciągłym strachu, to miło spędzili czas wolny.
    – Nie wiem, jak uważasz. W tym wypadku ty jesteś od myślenia – powiedział, gdy już wyszli ze swojej bazy. Długo nie przebywał na świeżym powietrzu. Promienie słoneczne przyjemnie grzały g w twarz. Dopóki byli w bezpiecznej strefie, to przystanął i zaczął napawać się tym uczuciem.

    OdpowiedzUsuń
  10. Promienie słoneczne przyjemnie ogrzewały jego twarz jak i całe ciało. Rozsunął nieco swoją kurtkę, bo było mu już gorąco. Uśmiechnął się mimowolnie i zaciągnął powietrzem. Od dawna nie wychodził poza zimne mury, więc był pewien, że to dobrze mu zrobi. Posłusznie podążył za Danielem, by wkrótce się z nim zrównać. Gdy byli jeszcze w bezpiecznej strefie, to czuł się bezpieczny, lecz z każdym krokiem jego ciśnienie i niepokój wzrastał. Starał się to zbić oddychając spokojnie i głęboko. Myślał też o tym, że już przecież miał doświadczenie w samotnym marszu przez niebezpieczeństwa. Wiedział, że to pozwoli im przetrwać.
    – Mogę się powymądrzać, jeśli cię to zadowoli – zaśmiał się. Oczywiście, że miał zamiar się wymądrzać i zwracać uwagę, jeśli Lorenc będzie miał zamiar zrobić coś głupiego albo niestosownego do sytuacji. Niemniej jednak, to właśnie Daniel miał więcej doświadczenia w terenie, więc niewątpliwym było, że to on powinien przewodzić, gdy dzielnie brnęli na teren Trzynastki. – Dlatego też myślę, że powinieneś iść za mną, bo jeśli coś wyskoczy przede mną, to dam radę się obronić, z tyłami jest gorzej, więc nie wiem, czy dobrym pomysłem jest posyłanie mnie właśnie tam – mruknął cicho, uśmiechając się dalej. Nie czuł się pewnie idąc na tyłach, gdyż rzeczywiście w każdej chwili coś mogło na niego wyskoczyć i zaatakować, a on mógłby się nie obronić. Niemniej jednak nie chciał doradzać przyjacielowi w jego planie, bo u niego to były zaledwie domysły, nie znał się na tym.
    Po wyjściu z bezpiecznej strefy poczuł się jak dawniej. Zagubiony, wystraszony i w poczuciu wielkiego zagrożenia. Zbliżył się do Daniela, by poczuć się chociaż odrobinę lepiej i bezpieczniej. Zaczął rozmyślać. Myślenie w takich warunkach przychodziło mu wyjątkowo łatwo, zupełnie jakby jego mózg chciał zająć się czymś innym niż myślami o zombie błąkającymi się po ziemi. Spojrzał na drzewa rosnące niezmiennie od wielu już lat. Tylko rośliny pozostały nietknięte tą zarazą.
    – Gdzie spędzimy noc? – zapytał w końcu, gdy przez jakiś czasz spacerowali w milczeniu. Daniel badał teren, a Jeremy nasłuchiwał czy nic się nie zbliża. Na szczęście jedynym co zdołał usłyszeć był ptasi śpiew. Na jego ustach ponownie zagościł niewielki uśmiech, który zbladł szybko, gdy tylko chłopak uświadomił sobie, że czeka ich niebezpieczna noc, a oni nie mieli zielonego pojęcia, co zrobić.
    Zatrzymał się, gdy Daniel nakazał mu być cicho. Zaczął nasłuchiwać. Starał się zignorować wszystkie dźwięki wiadomego pochodzenia i zidentyfikować te, których nie miał do czego przypasować. Nic podejrzanego jednak nie wyłapał, więc ruszyli dalej. Po kilku minutach usłyszał jednak dźwięk łamanej gałązki, tak charakterystyczny dla sytuacji, gdy ktoś nieostrożnie na nią nadeptuje.
    – Coś tu jest – powiedział, zatrzymując się i chwytając Daniela za ramię. Rozejrzał się dookoła i wtedy zauważył niewyraźną figurę, sunącą w oddali w ich kierunku.

    OdpowiedzUsuń
  11. Chatka brzmiała dobrze, nawet bardzo. Nie liczyło się dla niego to, jak miejsce się nazywa, ani jak wygląda. Obchodziło go jedynie to, czy będą tam bezpieczni, bo chciał być w miarę wypoczęty nim uda im się dotrzeć do Trzynastki. Odpoczynek bez stresu im się przyda. Najlepiej czułby się, gdyby mógł zamknąć się na klucz w jakimś dużym pokoju, do którego nikt nie mógłby wejść.
    Obserwował jak sztywny powoli się do nich zbliżał. Musiał przyznać, że dla niego jako dla osoby, która postanowiła związać swoje życie z nauką, widok taki był niezmiernie interesujący. Widząc chodzące zwłoki był przerażony. Wiedział, że coś jest nie tak, jednakże jednocześnie interesowało go, co też wpływa na takie zachowanie. W końcu nie było to normalne. Ciało gniło więc jasnym było, ze było martwe, jednakże wciąż chodziło i poruszało się, co świadczyło o tym, że nie do końca było martwe. Stało się jakby zawieszone między życiem a śmiercią. Chłopak chciałby się dowiedzieć, co też wprowadza ludzi w tak potworny stan. Wirus, jakiś pasożyt, a może gnicie ciała nie było spowodowane śmiercią a swego rodzaju infekcją podobną do gangreny. Zastanawiał się, czy ktoś w ogóle to sprawdza. Zapewne zostały poczynione odpowiednie oględziny, bo inaczej nikt nie brałby się za szukanie leku.
    Przyglądał się, jak Daniel rozprawi się z zombie i bez problemu powalił o na ziemię. Wzdrygnął się lekko, gdy zobaczył jak potwór wydaje ostatnie charknięcia i od razu unieruchamia się, wracając do stanu w którym powinien znaleźć się już dawno temu.
    – To bardzo interesujące, że te istoty zachowują zdolności motoryczne nawet wtedy, gdy siłą logiki i praw natury, powinny rozkładać się w ziemi – zaczął, obserwując truchło. Szybko jednak odwrócił swój wzrok i poszedł za Lorencem. On sam nie wiedział, gdzie jest ta chatka, no i nie chciał zbytnio oddalać się od przyjaciela. – Wydaje mi się, że unieruchamiają się dopiero wtedy, gdy uszkadzany zostaje móżdżek, co też jest logiczne, gdyż właśnie on jest odpowiedzialny za podstawowe zdolności motoryczne – powiedział cicho. Nie wiedział, czy informacja ta zaciekawi Daniela, który raczej nie interesował się medycznymi oznakami choroby zombie. Niestety naukowa natura Jeremy'ego nie pozwalała mu przejść obok tego obojętnie i zanegować fakt, że poczynił jakieś ciekawe obserwacje.
    Szli przez krótką chwilę, dopóki na horyzoncie nie pojawił się zarys drewnianej chatki, która niemal idealnie wpasowywała się w krajobraz. Dla niewprawionego oka, które nie wiedziałoby o jej istnieniu to na pewno zostałaby przeoczona.
    – Mam nadzieję, że to ta chatka – powiedział, wskazując ją palcem. Powoli zaczynało się ściemniać, więc nie było by to mądre, gdyby dwójka nie miała zamiaru spędzić w chatce nocy. Jeremy miał ogromną ochotę wejść do środka i odpocząć, gdyż nieco się już zmęczył. Długi marsz i ciężki plecak robiły swoje. – Wygląda jak prawdziwa sceneria z horroru – zażartował, gdy znaleźli się pod drzwiami budynku. Zajrzał przez przykurzone okno, by zobaczyć, czy nie ma nikogo w środku, jednak nie odnalazł żadnych śladów. Zapukał w drzwi. Jeśli tam ktoś był, nie ważne czy żywy czy niekoniecznie, to powinien jakoś zareagować. W odpowiedzi usłyszał ciszę, więc zdecydował się zapukać raz jeszcze i nieco mocniej i głośniej.

    OdpowiedzUsuń
  12. Chata wyglądała jak z najstraszniejszego horroru, jaki można było sobie wyobrazić. Sceneria i okoliczności również dopisywały, w końcu zombie szalejące po świecie były idealnym dodatkiem przyprawiającym rzeczywistość odrobiną strachu i klimatu gore. Po jego plecach przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Miał złe przeczucia, ale one towarzyszyły mu już od samego początku, gdy tylko opuścili bezpieczną strefę. Wiedział, że było to wynikiem stresu. Dawno nie był zdany tylko na siebie i Daniela. Życie w strefie bardzo mu odpowiadało. Był bezpieczny i nie musiał wychodzić, miał nadzieję, że taki stan potrwa długo, ale niestety mylił się. Dla Lorenca był gotów na poświęcenie i ryzykowanie własnym życiem.
    Obejrzał chatę bardzo dokładnie. Była zaniedbana, ale wyglądała dość stabilnie, żeby móc przeczekać w niej noc. Była na pewno bezpieczniejsza niż spędzenie nocy pod gołym niebem lub na jakimś wysokim drzewie. Omszałe drewno, z którego zrobiona była chatka, wyglądało całkiem ładnie. Jeremy musiał przyznać, że miejsce było klimatyczne.
    Drzwi głośno skrzypnęły. Jeremy rozejrzał się i nasłuchiwał. Uważnie obserwował otoczenie, by wyłapać jakiś dziwny ruch czy hałas. Wiadomym było, że sztywni mają dobry słuch, więc trzeba było uważać, czy walka z drzwiami nie przywabi kilku przeciwników. Na szczęście nic takiego się nie stało. Lekarz wyciągnął latarkę i podał ją przyjacielowi. Pozwolił mu wejść pierwszemu, a on sam został na zewnątrz, czekając na znak, że może bezpiecznie wejść do środka.
    Gdy usłyszał, że może wchodzić, to czmychnął między lekko rozwartymi drzwiami. Wewnątrz chata nie prezentowała się lepiej. Było źle. Jednak nie miał prawa na nic narzekać, bo w końcu mieli w niej spędzić jedynie jeden dzień. Problemem był jedynie kurz. Siedlisko zarazków, za którym Jeremy nie przepadał i brzydził się. Nawet pajęczyny nie przeszkadzały mu tak bardzo jak to. Gdyby mógł to od razu wziąłby się za sprzątanie, jednakże nie chciał marnować czasu i energii na coś, co mu się nie przyda. Starał się zamknąć drzwi. Pchnął je kilka razy, za każdym razem przymykając o kilka centymetrów, aż w końcu udało mu się je zatrzasnąć.
    – Dobrze – zgodził się i poszedł za chłopakiem, by przenieść lodówkę. Daniel miał rację, drzwi trzeba było czymś zastawić, w końcu bezpieczeństwa nigdy dość. Lacoste chciał spać spokojnie, nie przejmując się, że coś zeżre go w nocy. Z resztą i tak miał zamiar przekonać swojego towarzysza do tego, żeby zabarykadować się dodatkowo w pokoju, w którym będą spać. Tak dla pewności, że nic ich nie nawiedzi.
    Oboje podeszli do lodówki. Nie była ona zbyt potężna, więc raczej nie powinni mieć razem problemów w jej przeniesieniu. Jeremy chwycił lodówkę jedną dłonią od spodu, a drugą dłonią oparł o bok. Zaparł się i podniósł ją. Nie była ciężka, ale nie była też tak lekka, by nie stanowić dobrej zapory. Po kilku minutach stał już przed drzwiami skutecznie je blokując. Lekarz otrzepał dłonie, wycierając je o swoją bluzę.
    – To teraz odpoczynek? – zapytał, ale po chwili przypomniał sobie, co miał zrobić – Muszę ci dać zastrzyk – powiedział, spoglądając na Daniela. Nie miał pojęcia, czy chłopak będzie w ogóle chcieć przyjąć ten lek, ale w końcu mu to obiecał – Mam kilkanaście sztuk w plecaku, a obiecałeś mi, że będziesz ten lek zażywać. – powiedział, kierując się w stronę plecaka, który stał bezpiecznie oparty o ścianę. Otworzył go i zaczął w nim grzebać, by wyciągnąć jedną apteczkę, w której były strzykawki i fiolki wypełnione lekiem. Nie chciał mówić Lorencowi, że zwinął kilka sztuk specjalnie dla niego.

    OdpowiedzUsuń
  13. Zgodził się. Również uważał, że zastawienie drzwi czym tylko się da było warte rozważenia. Mógł spać na podłodze. Nie przeszkadzało by mu to. Nie miał nawet nic przeciwko, by położyć się w kurzu, chociaż wiedział, że wiązałoby się to z brudem, pająkami i innymi paskudztwami. Przynajmniej by żył i to w stu procentach mu wystarczyło. Nie musiał spać wygodnie. Liczyło się tylko to by zregenerować siły i dotrwać do rana.
    – Nie żartuję – odpowiedział szybko, burząc się lekko. Jeśli Daniel myślał, że on odpuści, to zdrowo się pomylił. Nie było nawet takiej opcji, żeby Jeremy miał nie dopuścić do zrobienia zastrzyku, w końcu od tego zależało życie Lorenca. – Nie pozwolę, żebyś narażał swoje życie i moje tylko dlatego, że chcesz się bawić w bohatera. Poza tym i tak już ukradłem te leki i nikt oprócz ciebie ich nie dostanie, więc albo będziesz je grzecznie i posłusznie przyjmować, albo stracą swoją przydatność i zmarnują się – powiedział nieco głośniej niż powinien. Miał jednak nadzieję, że przemówi tym do rozumu swojemu towarzyszowi. Nie miał zamiaru wygłaszać ile Daniel dla niego znaczył i ile by cierpiał, gdyby go stracił. Był dla niego kimś więcej niż zwykłym przyjacielem. Kiedyś w przeszłości układał sobie w głowie scenariusze tego, jak razem żyją sobie długo i szczęśliwie. Nie miał zamiaru tego stracić tylko dlatego, że czasy się zmieniły i stały się bardziej niebezpieczne.
    – Masz piętnaście minut, czekam tam na ciebie – powiedział i zabrał swój plecak, by ruszyć w stronę sypialni. Od razu usiadł na łóżku. Sprężyny w materacu skrzypnęły, gdy tylko przyjęły ciężar chłopaka. Miło było poczuć pod tyłkiem coś miększego niż dwa koce złożone na pół na zimnej i twardej pryczy w bazie. Oparł plecak o brzeg ramy i położył się na materacu korzystając z czasu, w którym Daniel robił dogłębniejsze oględziny domu. Zamknął oczy. Nie chciał zasnąć, ale uczucie senności i zmęczenie było silniejsze od niego.
    Ocknął się, gdy usłyszał kroki do pokoju. Sen miał lekki. Nie pamiętał już, kiedy ostatnio spał tak mocno, że nic nie było w stanie go obudzić. Teraz należało być jednak czujnym nawet we śnie, bo nie tylko zombie były tymi, które mogły skrzywdzić. Przede wszystkim należało uważać na ludzi. Po tych nigdy nie można było się niczego spodziewać i chociaż zombie zabijały z głodu, tak ludzie mogli dla zwykłego kaprysu.
    – Wybacz, zdrzemnąłem się – powiedział wstając. Przetarł swoją twarz i posłał chłopakowi lekki uśmiech. Powieki wciąż jednak trochę mu ciążyły. Była to wina tego cholernego i nieziemsko wygodnego materaca – Siada, dostaniesz zastrzyk teraz – powiedział i wyciągnął z torby apteczkę. Od razu wydostał z niej strzykawkę z niebieskawym płynem. Szybko włożył tam igłę i był gotowy do zaaplikowania leku. – Chyba się nie boisz małej igiełki? – zapytał, unosząc brew w górę. Miał nadzieję, że wejdzie tym na męską dumę Daniela.

    OdpowiedzUsuń
  14. Uśmiechnął się. W końcu Daniel dał sobie zrobić ten cholerny zastrzyk. Mężczyzna zapewne nawet nie wiedział, ile to znaczyło dla Lacoste. Nadzieje była matką głupich, ale Jeremy naprawdę wierzył, że któregoś pięknego dnia naukowcy, którzy jeszcze żyli, wymyślą jakieś antidotum na tę zarazę. Przecież rząd ochraniał naukowców. Najlepsi specjaliści z każdej dziedziny byli chronieni lepiej niż banki, muzea a nawet prezydenci państwa. W końcu to od nich zależał los ludzkości i to, czy nie zginie ostatni człowiek na ziemi.
    W ciągu kilku sekund przygotował lek. Spojrzał miło na Daniela i podwinął mu rękaw bluzy. Ustawił jego rękę odpowiednio, żeby mięsień nie uciskał żyły i naczynia krwionośne były widoczne. Musiał znaleźć odpowiednie miejsce do wkłucia. Nie chciał powtarzać sytuacji, w której wkłuwał się kilka razy, bo nie mógł wyczaić odpowiedniej żyły. Gdyby tak zrobił teraz, to Lorenc prawdopodobnie już w życiu nie pozwoliłby mu sobie zrobić zastrzyku.
    Znalazł odpowiednie miejsce.
    – Zaciśnij pięść – polecił. Gdy Daniel to zrobił, żyła stała się jeszcze bardziej wyraźna, więc teraz Jeremy nie miał obaw przed wkłuciem. Zrobił to szybko i miał nadzieję, że w miarę bezboleśnie. – Ręka będzie ci mrowić przez kilkanaście minut, ale nie powinno sprawiać to większych kłopotów – powiedział, odkładając zawiniętą w śmieszny materiał strzykawkę do apteczki. Nie wiedział, jak lek działa, nie był na tyle wykształcony, by mógł to ogarnąć. Liczyło się dla niego tylko to, że lek wstrzymuje rozwój choroby, a Lacoste był gotowy aplikować go Danielowi nawet do śmierci.
    – Jakby kręciło ci się w głowie, albo miałbyś inne niemiłe odczucia, to daj znać – uśmiechnął się i spojrzał na chłopaka, który opuszczał sobie rękaw. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że Daniel nie był przecież dzieckiem i umiał zadbać o siebie. Nikt nie musiał wokół niego skakać na jednej nodze.
    – Nie wiem jak ty, ale pokochałem ten materac, więc możemy zastawić drzwi łóżkiem, ale ściągamy materac na podłogę, bo chcę spać na nim – wygłosił.

    OdpowiedzUsuń
  15. Uśmiechnął się pod nosem. Teraz był dużo bardziej spokojny zarówno o Daniela jak i o siebie samego. Wiedząc, że zakażenie i postęp zombiefikacji mężczyzny został wstrzymany mógł siedzieć w spokoju i zająć myśli czymś innym, a nie tylko tym, że musi zrobić ten zastrzyk.
    Posłusznie ściągnął z łóżka materac i ustawił w dogodnym miejscu. Już nie mógł się doczekać, aż wygodnie ułoży na nim swoje zmęczone ciało i odpocznie. Po raz pierwszy od dłuższego czasu spędzi wygodnie noc i nie będzie musiał wstawać z obolałymi plecami, nieżywymi kończynami czy sińcami. Dla takiej chwili można było się męczyć przez cały dzień. Wyciągnął z plecaka ubranie i złożył je, układając pod głową, żeby było mu jeszcze wygodniej. Lepiej by było, gdyby mieli jakąś kołdrę, pod którą można byłoby się przykryć.
    – Jasne, we dwójkę będzie cieplej – powiedział, przesuwając się bliżej ściany. Wielokrotnie już myślał o tym, czy kiedykolwiek udałoby mu się zaciągnąć trzeźwego Daniela do łóżka. Niemniej jednak o takich rzeczach myślał jeszcze gdy przyjaźnili się w czasach gdzie zombie były tylko motywem horrorów i seriali. Nigdy nie sądził, że dojdzie do takiego momentu teraz, bo i on nie odczuwał już takich potrzeb. Westchnął na myśl ile zdążyło się już zmienić w ciągu tych kilkunastu miesięcy. Obaj musieli w krótkim czasie dojrzeć i porzucić swoje beztroskie życie. Jeremy jako student mógł się pochwalić całkiem przyjemną egzystencją. Nie miał większych zmartwień. Swoje studia, chociaż były ciężkie, to bardzo lubił. Się uczyć tego wszystkiego. Niewiele mu już zostało do ukończenia nauki i zdobycia tytułu. Miał plany, chciał je zrealizować niestety los mu je pokrzyżował.
    Odwrócił się do Daniela i spojrzał na niego, gdy zadał mu to pytanie. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Oczywiście znał odpowiedź doskonale, niemniej jednak nie wiedział jak ma ją przekazać. Nie chciał wyjść na głupiego faceta, który oczekuje nie wiadomo czego. Wiedział, że życie to nie bajka i nic nie będzie się układać po jego myśli i zgodnie z jego marzeniami.
    – Od zawsze jesteśmy we dwójkę – odpowiedział – Co miałbym robić bez ciebie? Z kim bym rozmawiał? Miałbym w pokoju tylko puste łóżko, które zajęłaby zupełnie obca mi osoba – dodał. Może Danielowi wydać się to dziwne, ale Lacoste wolałby umrzeć przy nim, niż żyć bez Lorenca. Mogłoby to zostać odebrane jako zbyt ckliwe. – Czemu pytasz?

    OdpowiedzUsuń
  16. Prychnął. Nie myślał, że Daniel nagle stanie się wylewny, ale miał nadzieję, że miał jakiś inny powód niż zwykłą ciekawość. Nie miał zamiaru jednak dociekać i męczyć swojego towarzysza. Był zmęczony, a materac niczym jakaś wiedźma, rzucił na niego urok, przez który Lacoste nie chciał wstać. Nie miał nawet ochoty by się poruszyć. Jedynie zamknąć powieki i pogrążyć się we śnie. Być może tej nocy właśnie uda mu się wyspać i zapomnieć o koszmarach, które pałętały się bezmyślnie po ziemi.
    Ułożył się wygodnie. Nie wiedział, że kiedykolwiek będzie mógł powiedzieć, że cieszył się ze spania na starym i brudnym materacu, który był niesamowicie wygodny. Nie miał ochoty wstawać, więc poruszył się lekko, by zrobić miejsce Danielowi. Po chwili zrobiło się przyjemnie ciepło. Lacoste w pewnym momencie chciał się odwrócić do Daniela, ale stwierdził że byłoby to nieco nie na miejscu. Ułożył się wygodnie do snu i szybko zasnął.
    Nie śniło mu się nic szczególnego, co było dla niego zbawienne. Odpoczął przynajmniej. Gdy się obudził, to panował mrok. Nie wiedział, która była godzina, ale wiedział, że musiał być środek nocy. Padał deszcz i jedynie krople uderzające o okno wydawały ciche dźwięki. Westchnął. Przejmująca cisza i spokój sprawiały, że czuł się dziwnie. W bazie zawsze ktoś się kręcił. Było słychać wiatr szalejący w rurach i trzeszczenie całego budynku. Tutaj był inaczej. Wyczekiwał jakiegokolwiek dźwięku. Nic nie było mu jednak dane usłyszeć.
    Deszcz powoli ustępował. Odgłosy kropli stawały się bardziej miarowe, a jego oczy zaczęły powoli przyzwyczajać się do panujących ciemności. Zauważył ramę łóżka opartą o drzwi, komodę i kilka innych mebli sypialnych. Potem spojrzał na śpiącego Daniela i szybko przeniósł swój wzrok na plecak, leżący niedaleko. Miał w nim kilka rzeczy, które dawniej służyły mu do obrony. Wrócił myślami do dnia, w którym zaczęły się pojawiać pierwsze zombie. Jeszcze wtedy ludzie myśleli, że zarazę da się szybko wyplenić, gdyż stwory były powolne i armia jakoś sobie z nimi radziła. Niestety ich ciągle napływało i było coraz trudniej. Gdy Lacoste wiedział, że nie ma już dla niech ratunku i będą musieli sami stawić czoło niebezpieczeństwu, to zrobił swoją pierwszą broń, którą był kij bejsbolowy z powbijanymi gwoźdźmi. Wiadomo, nie była to dobra broń jak na sam początek, gdyż zombie miały wtedy twarde, nieprzegniłe czaszki, które stosunkowo trudno było rozbić. Niemniej jednak z kijem tym czuł się bezpieczniej i w razie ataku mógł się obronić. Po mieście kręcił się sam przez cały dzień. Dopiero wieczorem trafił na Daniela i od tamtej pory byli niemal nierozłączni i już nie musiał się przejmować tym, że sobie nie poradzi z zombiakami. Niemniej jednak musiał mieć na uwadze to, że najbardziej niebezpieczni byli ludzie.
    – Śpisz? – zapytał cicho. Nie chciał obudzić Lorenca.

    OdpowiedzUsuń
  17. Kiwnął głową na znak, że nie chce wstawać. Było mu miło i przyjemnie i nie chciał tego niszczyć. Nie ruszył się nawet. Nigdy nie myślał, że odbędzie z Danielem nocną pogawędkę. Nigdy nie było to w ich stylu by siedzieć i rozmawiać szczerze i od serca. Zazwyczaj ich rozmowy kręciły się wokół tematów tego jak jest źle i beznadziejnie na tym świecie teraz albo jak im minął dzień. Nie zdobywali się na odwagę, by porozmawiać na temat tego, co ich uwiera w duszę. Takie rozmowy wydawały się przeznaczone jedynie dla kobiet, a Jeremy nie chciał również zbłaźnić się przed kimś na kim mu zależało ani nie chciał, żeby ktoś uważał to za jego słabość. W końcu w tych czasach jeśli miało się kogoś, to przeciwnicy mogli ten fakt wykorzystać. Nie można było do tego dopuścić. Bliscy byli kartami przetargowymi, dla których można było zrobić wszystko. On sam nie miał zamiaru o niczym mówić. Nie wiedział, jak traktuje go Lorenc, a to w jakiej relacji są obecnie, to nie przeszkadzało mu w ogóle. Najważniejsze, że wciąż ze sobą rozmawiali i przebywali w swoim towarzystwie. To wystarczyło mu w stu procentach.
    Odwrócił się do Daniela. Ten nigdy nie mówił, że czegoś się boi. Nie słynął u niego jako osoba o szczególnie słabych nerwach i jeśli on się bał, to należało się bać. Trochę mu ulżyło, gdy dowiedział się że strach ten związany jest bardziej z martwieniem się o to, co może kiedyś nadejść. Każdy podzielał te obawy. Nie mogło być inaczej. W obecnych czasach każdy nie był pewny tego, czy przeżyje do kolejnego dnia. Jeremy często zastanawiał się, czy nie lepiej byłoby gdyby po prostu zginął i nie musiałby być światkiem tego wszystkiego. Wtedy miałby stuprocentowy spokój. Potem jednak do głowy zawsze przychodziła kolejna, silniejsza myśl, że nie może się poddać tak po prostu. Musi walczyć i starać się pożyć jak najdłużej. Nie chciał zostawiać swoich bliskich i znajomych, którzy w tym momencie oscylowali wokół Daniela. Miał tylko jego i jego chciał się trzymać. Nie powinno więc nikogo dziwić, że chciał być przy nim i jeśli miało się coś dziać, to tylko gdy byli razem.
    – Jakoś poradziliśmy sobie, gdy ta cała zaraza miała swój początek, a wtedy nie wiedzieliśmy tak dużo, jak wiemy teraz – odpowiedział, mając nadzieję, że dzięki temu Daniel pozbędzie się chociaż części swoich obaw względem niego. Wiedział, że nie jest szczególnie sprawny i obeznany z bronią, ale nie był też nieporadny. Był niemal pewny, że poradziłby sobie, jeśli spotkałby jakieś zagrożenie na swojej drodze. Oczywiście zapewne starały się uniknąć bezpośredniej konfrontacji, więc ucieczka byłaby najbardziej pewną opcją dla niego. – Na nikim innym nie mogę polegać tak, jak na tobie – dodał na szybko, spoglądając na towarzysza. Posłał mu słaby uśmiech. Nie widział go wyraźnie.
    Po chwili ulewa nasiliła się. Odgłosy deszczu były uspokajające, więc Jeremy nieco się odprężył. O dziwo nie czuł się źle, a wręcz przeciwnie. Było mu miło i przyjemnie. Śmieszne, że nawet w takich warunkach potrafił odnaleźć odrobinę wytchnienia.
    – Myślisz że to się kiedyś skończy i będziemy mieć spokój? – zapytał. – Chodzi mi o to, czy naukowcy znajdą jakiś lek na tę zarazę – dodał szybko. On sam miał ogromną nadzieję, że kiedyś w końcu ten koszmar się skończy.

    OdpowiedzUsuń
  18. Rozumiał go doskonale. Domyślał się, że ugryzienie może wywrócić świat do góry nogami. Nie wiedział sam, jakby zareagował na to. Zapewne załamałby się i różne myśli biegałyby mu po głowie. Samobójstwo zapewne byłoby jedną z tych myśli. Nie mógłby pozwolić sobie na myśl, że skrzywdziłby kogoś przez fakt, że stał się zarażonym. Niemniej jednak wiedział, że z biegiem czasu zacząłby stosować lekarstwo mając nadzieję, że wymyślą antidotum na zombiefikację.
    – Cały czas jest nadzieja – powiedział na słowa Daniela. Nie chciał już robić żadnych wywodów i najzwyczajniej w świecie kiwnąć głową na znak, że rozumie. Uśmiechnął się słabo i pociągnął nosem. Poprawił się nieco, gdyż jego ciało zdrętwiało, odzwyczajone od spania na miękkim łóżku.
    – Myślisz, że one same nie padną? – zapytał. Oczywiście nie wątpił w to, że Daniel nie byłby w stanie spełnić swojej obietnicy, ale był pewny, że prędzej przypiąłby go do jakiejś rury i zawiązał, niż pozwolił na ponowne ryzyko ugryzienia. Nie, chciałby, żeby to inni ryzykowali życie dla nich, a nie oni. Do tej pory to na nich ciążyła odpowiedzialność za innych. Lorenc pilnował ludzi w terenie i oczyszczał okolicę ze sztywnych, a Jeremy narażał życie walcząc o innych z ich chorobami, infekcjami i zarażeniami. Nawet nie chciał myśleć i przypominać sobie, gdy w ich siedzibie wybuchła epidemia gorączki krwotocznej. Zginęło wtedy kilka osób i tylko dzięki sprawnemu działaniu lekarzy, zwiadowców i zaopatrzeniowców udało im się nie dopuścić do śmierci całej ich oazy. Ludzie ginęli w okropnych męczarniach, dławiąc się ich własną krwią, a on musiał na to patrzeć i starać się, by to samo nie przydarzyło się jemu.
    – W sensie one się rozkładają, więc kiedyś muszą przecież paść, gdy wszystkie mięśnie i ścięgna wraz z więzadłami pogniją i zostaną same kości – zastanowił się. Nie powinien myśleć o takich rzeczach o tej porze, jednakże jakoś nie mógł przestać. W jego głowie kłębiło się wiele myśli i rozważań, ale do tej pory nie miał się tym z kim podzielić.
    – Wiele już przeżyliśmy. Czasem zastanawiam się, jak wyglądałoby nasze życie, jeśli to wszystko by się nie wydarzyło – powiedział. Nie chciał już myśleć nad tymi istotami, które włóczyły się po świecie i stwarzały zagrożenie dla innych.

    OdpowiedzUsuń
  19. Jeremy miał nadzieję, że plaga zombie skończy się z chwilą gdy ich martwe ciała pogniją i mięśnie poodpadają od kości. W końcu szkielety nie mogłyby same chodzić. To było niemożliwe. Zastanowił się jednak nad tym. Zaraza trwała już długo i jakoś nie śpieszyło się, by jakieś zombie padały same z siebie. Najwidoczniej wirus powodował, że proces gnicia był spowalniany. Nie mogło to jednak trwać w nieskończoność.
    – Mam nadzieję, że w końcu zgniją, a wtedy wszystko to dobiegnie końca – powiedział, bez nadziei w głosie. Zamknął na chwilę oczy, które zaczęły go piec przez kurz, unoszący się w powietrzu. – Będą w bazie słyszałem co mówiła ta staruszka, która ma pokój na końcu naszego korytarza – zaczął, przywołując postać starej kobiety, za którą zapewne nie przepadał nikt, kto chciał mieć chociaż chwilę spokoju. Kobieta ta ciągle mówiła o karze i o tym, że ludzi trzeba wytępić i wtedy cała zaraza minie. – Kiedyś powiedziała, że cała ta zaraza została zesłana przez Boga, który chciał ukarać ludzi za ich grzechy. Przyznam się, że gdy to usłyszałem, to miałem niezły ubaw, ale teraz już nie wiem, czy nie jest w tym ziarno prawdy – Lacoste nie należał do osób szczególnie wierzących, więc jakoś ciężko mu było uwierzyć w Boską ingerencję i karę. Miał jednak nadzieję, że nie był to Boży sąd wymierzony na ludzkości. – Inni z kolei mówią, że metoda rządu by zmniejszyć ilość populacji ziemskiej, ale wymknęło im się to spod kontroli. Już nie wiem, w co wierzyć – odpowiedział, przecierając swoją twarz dłońmi. Cały się kleił od kurzu. Chciałby się wykąpać i odświeżyć. Ogólnie chciałby zanurzyć się w ciepłej wodzie, której tak mu brakowało, napić dobrej kawy i obejrzeć serial. Zastanawiał się, jak szybko po tym wszystkim jego życie wróci na dawne tory. Zapewne minie sporo czasu, zanim ludzkości uda się podnieść.
    – Zrobiłbym specjalizację z chirurgii plastycznej i pod koniec życia byłbym cholernie bogaty – uśmiechnął się. Nie tak wyobrażał sobie swoje życie dawniej, ale teraz była to całkiem kusząca wizja. – Chciałbyś iść do bazy wojskowej? – zapytał. Jeremy nie był fanem wojska, źle mu się ono kojarzyło, ale rozumiał, dlaczego niektórzy wybierali właśnie taką drogę. Niemniej jednak starałby się przekonać kogoś do zmiany zdania.
    – To jakie plany na dzień? Uda nam się dotrzeć do Trzynastki przed południem?

    OdpowiedzUsuń
  20. Czasem miał tak, że nie potrafił się zamknąć i posiedzieć w spokoju. Nie wiedział czemu nie mógł położyć się i spać. Niestety w trakcie trwania tej całej zombie apokalipsy nie miał on nawet okazji do porządnego wygadania się. Tej nocy chciał się jednak wyspać, więc gdy Daniel oznajmił, że idzie spać, to Jeremy nie miał najmniejszego zamiaru go budzić i rozpraszać. Mieli trudne zadanie. Przeniesienie się do Trzynastki nie było łatwe, więc najlepiej będzie, gdy obaj odpoczną i zregenerują swoje siły.
    On również nie bał się śmierci. Nie bał się bólu z nią związanego. Wiedział, że szybko przeminie, tak samo jak jego świadomość. Stanie się niczym i pozostawi po sobie martwe ciało, które rozłoży się na czynniki pierwsze i nic więcej z niego nie będzie. Bał się tego, że przeminie. Bał się myśli, że gdy umrze, to życie będzie toczyć się dalej, a on nie doświadczy tych wszystkich świetnych wynalazków, które ludzkość będzie mogła w przyszłości osiągnąć. Nie mówiąc już o tych wszystkich serialach i filmach, które powstaną, a on ich nie zobaczy. Zycie będzie płynąć, jakby on sam nic nie znaczył. Jego śmierć nic nie wniesie ani niczego nie zmieni. To było najbardziej przerażające. Westchnął cicho i odwrócił się plecami do Lorenca. Zasnął.
    Obudziło go ciche skrzypienie podłogi. Przez chwilę poczuł się jak w swoim własnym domu, w którym drewniane podłogi często skrzypiały. Obecnie jednak nie był w swoim domu, więc takie odgłosy zwiastowały, że ktoś kręci się wokół niego. Zerwał się szybko i na szczęście ogarnął, że był to jego towarzysz. Odetchnął z ulgą.
    Poleżał jeszcze kilka minut w łóżku. Było mu tak miło i wygodnie, że nie chciał szybko wstawać i przenosić się do świata, gdzie prędko nie zazna takiego uczucia. Niestety musiał zgodzić się z Danielem. Im szybciej się ogarną i wyruszą tym szybciej znajdą się na miejscu i będą względnie bezpieczniejsi wśród innych ludzi. Wygramolił się więc spod kołdry i z torby wyciągnął zawinięte w plastikowy worek kanapki. Nie były one pierwszej świeżości, ale nadawały się do jedzenia. Zjadł pierwsze dwie, po czym ogarnął się i wyszedł przez otwarte drzwi.
    – Czego szukasz? Chcesz zjeść jakieś kanapki? – zapytał, gdy znalazł się na dole. Rozejrzał się dookoła, Lorenca nie było w pobliżu, więc zaczął go szukać, niemniej jednak jego uwagę skupiły drzwi, które zapewne prowadziły do piwnicy. – Sprawdzałeś, co jest na dole? – zapytał.

    OdpowiedzUsuń
  21. Wzruszył ramionami. Od zawsze w filmach ludzie sprawdzali piwnice i znajdywali w nich różne ciekawe rzeczy. Cóż, jakby się jednak nie zastanowić, to w horrorach w piwnicach nic przyjemnego nie bywało. Oni żyli obecnie w prawdziwym horrorze, więc może rzeczywiście nie było tam nic ciekawego do znalezienia. Jeremy nie chciał natknąć się na jakieś zombie. Przeczuwał, że może tam być też coś znacznie gorszego niż jeden zombie. Co jeśli będą tam dzieci zombie? Widział już takie widoki. Widział już przemienione niemowlę, które czołgało się w jego stronę, by dobrać się do jego nogi. Nigdy nie zapomni tego widoku. To wspomnienie będzie prześladować go do końca życia. Wzdrygnął się.
    – Pomyślałem, że jeśli mogłyby być tutaj jakieś zapasy z jedzeniem bądź coś innego, to piwnica byłaby dobrym miejscem na składowanie tego wszystkiego – wyjaśnił, podając kanapkę Danielowi. Kanapki te nie były zbyt świeże, ale najważniejszym był fakt, że można było je w spokoju zjeść, bez obawy że ktoś się struje. Nie potrzebowali odwadniać się jeszcze bardziej. On sam również ugryzł kanapkę, siadając na nałokietniku zakurzonego fotela. Po skończonym posiłku musieli ruszać. Lorenc miał sporo racji, nie należało marnować czasu, bo faktycznie mogło stać się coś złego. Stado zombie to najgorsze, co mogłoby ich spotkać, ale w ogóle nie było to mało prawdopodobne. Kiwnął głową, że się zgadza.
    Poszedł do łazienki. Nie była ona zbyt piękna, lecz nie powinien narzekać. Po nocy był cały zakurzony. Musiał się odświeżyć i chociaż przemyć ręce i twarz. Odkręcił kurek, ale woda nie płynęła. Odkręcił mocniej i coś zaskrzypiało, a kran zatrząsł się lekko. Po kilku sekundach z kranu wypłynęła pomarańczowa woda. Rdza zmieszana z wodą śmierdziała metalem. Lacoste skrzywił się lekko. Na szczęście dość szybko popłynęła czysta woda. Westchnął z ulgą i nieskrywaną radością. Szybko się ogarnął i wyszedł z łazienki. Czekał na Daniela.
    – Idziemy? – zapytał, gdy Daniel zszedł ze schodów. Zanim jednak usłyszał odpowiedź, spojrzał przez zabite deskami okno, w których znalazł niewielki otwór, służący pewnie do obserwacji otoczenia. Na zewnątrz nic nie było, co mogło być dobrym znakiem. Należało więc ruszyć jak najszybciej.
    – Na szczęście jest pusto, więc możemy ruszać teraz – oznajmił.

    OdpowiedzUsuń