Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

21 grudnia 2013

[KP] Mikhail


Mikhail Yashanov
Mikhail Ilyanovich Yashanov
32 lata - Podoficer w dywizji strzeleckiej - Obecnie "awansowany" na Scharführera - Rosjanin 
Niewłaściwy człowiek na niewłaściwym miejscu
Jeden z tych, którego ludzie w równiej mierze nienawidzą, co uwielbiają. Zacięty w boju, sadystyczny wobec wrogów i wierny swym ideałom. Żywi wpojoną przez konserwatywną rodzinę i lata służby niechęć wobec Niemców. Dla tych, którzy są pod jego rozkazami wyjątkowo surowy oraz uparty człowiek. Mężczyzna, który nie boi się pójść na pierwszy ogień, nieznoszący tchórzy i gnębiący każdego, kto nie sprosta jego oczekiwaniom. Ktoś, kogo dotychczas nie dało się złamać, zdolny napluć w twarz każdej osobie, która próbuje być dla niego katem. Prywatnie, dla bliskich wyrozumiały i cierpliwy, troszczący się o osoby, które przebiły się przez mur sztywnej żołnierskiej postawy.

323 komentarze:

  1. Lato 41’ roku było ciepłe. Przez odarte z zasłon okno domu, w którym urządzono prowizoryczny sztab, wpadały promienie słońca. W uszach wciąż dźwięczały mi serie z karabinów, ponury pomruk silników czołgów, ryk cekaemów. Kilka godzin po bitwie. Po… wygranej bitwie.
    - … Schurz?
    Uniosłem głowę.
    - Tak, herr hauptsturmführer?
    - Co ty tu jeszcze robisz?
    Wstałem, otrzepując pył z bluzy od munduru. Wytrzymałem lodowate spojrzenie mojego przełożonego.
    - Już wychodzę, herr hauptsturmführer. Heil Hitler! – zasalutowałem z mniejszym niż zwykle entuzjazmem.
    - Czekaj, Schurz.
    Zatrzymałem się z ręką na klamce.
    - Tak..?
    - Twój brat zginął jako żołnierz na służbie Rzeszy. To wielki zaszczyt. I tak powinieneś o tym myśleć.
    Skinąłem sztywno głową.
    - Tak jest – stwierdziłem cicho. Z zewnątrz, z daleka, niosło się echo pobitewnego gwaru. Wyszedłem, wciąż mając przed oczami tamtą chwilę.
    Ostrzał. Leżymy za dymiącym, podziurawionym seriami czołgiem. Tuż przede mną tkwi w ziemi kawałek zerwanej gąsienicy. Wszędzie snuje się czarny, gryzący w oczy i gardło dym. Z całego plutonu zostało nas dziesięciu. Jedenasty leży w wypalonej trawie, kilkanaście metrów dalej. Jakiś szeregowy. Jeszcze żyje.
    - To nasz! Wracam po niego! - Ciemne oczy Egona błyszczą niezdrową determinacją.
    - Stój! – Próbuję go zatrzymać. Jeszcze nikomu się to nie udało. Widzę jego szerokie plecy, kiedy biegnie, przygięty do ziemi przez ciężar torby. Brudna opaska z czerwonym krzyżem ledwo trzyma się ramienia.
    Seria.
    Słyszę ją wyraźnie.
    Mija kilka minut, nim dociera do mnie sens tego, co widzę. Nim rozumiem, że on już nie wstanie. Nim jeden z moich żołnierzy woła coś i wreszcie przestaję patrzeć na dwa nieruchome ciała przeszyte kulami.

    Zdałem sobie sprawę, że stoję przed kolumną prowadzonych pod eskortą jeńców. Przez chwilę patrzyłem na przesuwające się przede mną powykrzywiane mordy. Bezwiednie zmiąłem trzymaną w ręku oficerską czapkę. Wyszarpnąłem z kabury broń. Trzasnął strzał. Jedna morda mniej. Zszokowane spojrzenie konwojenta. Potem następną ruską gnidę mniej.
    - Herr obersturmführer..!
    - Co?! Żal ci tych ścierw?! No to patrz! PATRZ!
    Chwyciłem najbliższego jeńca za mundur i wyciągnąłem z szeregu. Przywaliłem pięścią. Raz. Drugi. Na odlew. Z całej nienawiści. Upadł. Kolejne kopniaki. Jego spojrzenie. Ciemne oczy. Otrzeźwiałem, czując krew na ręce. Wyprostowałem się. Wziąłem głębszy wdech. Ciężkie milczenie.
    - Na co czekacie? Zabierajcie ich! – mój lodowaty głos poniósł się po okolicy. Odszedłem, usiłując wrzucić z pamięci te skurwysyńskie, ciemne oczy.
    Ciemne jak u mojego brata.
    ***
    Cztery dni później wszystko wróciło do normy. Pochowano rannych. Zebrano sprzęt. Ucichły strzały. Na powrót byłem tym nieporuszonym, zasadniczym podoficerem, którego znali moi żołnierze. Chyba po raz trzeci po wykonaniu własnych zadań, poszedłem na tyły, gdzie pracowali jeńcy. Przez chwilę patrzyłem na grupę ładującą na ciężarówkę skrzynie z amunicją. Jeniec, którego skopałem, nadal trzymał się na nogach. Jego sylwetka wyryła mi się w pamięci. Ciemne włosy. Prosty nos. Ten charakterystyczny sposób chodzenia. Odszedłem, zamieniając po drodze kilka niezobowiązujących słów z nadzorującym jeńców scharführerem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ***
      Wieczorem znów poszedłem na tyły. Tak wyszło. Skrzynie dawno były załadowane. Szedłem właściwie bez celu, pogrążony we wspomnieniach.
      Lato, jak teraz. Jezioro o świcie. Pucułowaty, kilkuletni Egon niesie mokrą od rosy żabę. Trzyma ją delikatnie, troskliwie. Jak skarb
      - Tata, patrz! – zwraca się z zachwytem do ojca, jak zwykle mnie ignorując. .

      Egon nawet dla płaza był za miękki.
      Bezwiednie zacisnąłem pięści. Dość. To już nie wróci. Dość.
      Tuż przede mną grupa jeńców stała w szeregu nad wkopanym uprzednio dołem. Wiedziałem, co za chwilę nastąpi. Nie powinni robić tego tak blisko, niemal na oczach szeregowych. To może źle wpłynąć na morale. Skrzywiłem się. Nie moja sprawa, co robią jednostki tyłowe. Miałem już odejść, gdy rozpoznałem jednego z jeńców. Te cholerne oczy.
      - Czekajcie. – Podszedłem bliżej do esesmana dowodzącego plutonem egzekucyjnym. – Dlaczego oni, dlaczego tutaj i dlaczego nie do transportu – moje pytania były właściwie rozkazem udzielenia odpowiedzi.
      - Melduję, że to polityczni, herr obersturmführer. A ten jeden ciemny to jakiś ichni podoficer, stawiał się.
      - A transport?
      - Już poszedł. Ci tutaj byli potrzebni do załadunku amunicji.
      Skinąłem głową.
      - Dajcie mi dwóch do roboty w archiwum.
      - Jak pan sobie chce.
      Przeszedłem wzdłuż szeregu.
      - Ty. – Wskazałem na drugiego w kolejności. – I jeszcze ty. – Pokazałem na ciemnowłosego podoficera. - Do mnie.

      [Mam nadzieję, że nie pogniewasz się o to, że trochę „uszkodziłam” ci postać. Przepraszam, że to takie chaotyczne i że bitwa tylko w retrospekcji – wena była kapryśna i podsunęła sceny, których miało nie być. Przyszło mi do głowy, że taki obrót spraw doda do wątku nowych kontekstów i, przede wszystkim, uzasadni jakoś, dlaczego Sigmar nagle zainteresował się Rosjaninem ;) Jeśli chcesz, wspomniany w ostatniej scenie oficer polityczny jest twój. Pomyślałam że dodanie jakiegoś pobocznego od Rosjan może być ciekawe.
      Chyba nie uprzedziłam, że wolę pisać w pierwszej osobie. Jeżeli ci to przeszkadza, mogę przerzucić się na trzecią – choć wtedy teksty wychodzą mi mniej emocjonalne i trudniej mi się wczuć. Tobie oczywiście niczego nie narzucam, pisz jak lubisz ;)]

      Usuń
    2. [Aha, i jeszcze prośba. Jeżeli coś ci się nie podoba, proszę, powiedz. Nigdy nie wiem, czy dobrze coś napisałam.]

      Usuń
  2. Uniosłem ironicznie brew.
    - A co, tak ci śpieszno dostać kulkę w łeb? – Spojrzałem na niego chłodno. Sprawi problemy, to pewne. Inny na jego miejscu jeszcze by dziękował, że go nie rozstrzelali. Ruski gieroj, kurwa jego mać. Stawiać się będzie. – Do przodu i żadnych pytań.
    Odprowadziło nas terkoczące echo serii z kilku karabinów. Szedłem, niewzruszony. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz. Ani na chwilę nie wypuszczając z ręki pistoletu. Szanse ucieczki stąd były żadne, wszędzie kręcili się nasi, ale kto wie, co takim strzeli do głowy. Ktoś, kto widział, jak Rosjanie prą naprzód w czasie walki, nie mógłby sądzić, że myślą tak, jak my.
    Weszliśmy między zabudowania. Daleko, za zajętymi teraz przez wojsko domami, widać było płaskie, ciągnące się jak okiem sięgnąć pogorzelisko. Pole bitwy. Niektórzy z pełniących wartę żołnierzy odprowadzali nas wzrokiem, ale nikt nie zadawał pytań. Za to na ich nadmiar przyjdzie czas, kiedy zjawi się Freischer, pomyślałem kwaśno o swoim przełożonym. Zatrzymaliśmy się przed drzwiami jednego z byle jak otynkowanych domów. Bynajmniej nie było to archiwum. Wszelkimi ogólnymi papierami zajmowała się grupa stuprocentowych Niemców. W moich kompetencjach leżały jedynie te dokumenty, które dowództwo zdecydowało się utajnić przed naszymi, głównie cześć radzieckich meldunków i dane, których potrzebowały Einsatzgruppen. Nie byłem pewien, czym zasłużyłem na to zaufanie.
    Przekręciłem klucz w zamku. Drzwi otworzyły się z nieprzyjemnym zgrzytem.
    - Pierwsze drzwi na lewo – wpuściłem Rosjan. Po drodze zerwałem ze ściany kartkę z listą pracowników. Wprowadziłem jeńców do zastawionego skrzyniami i kartonowymi pudłami pokoju przechodniego. Przez półotwarte drzwi naprzeciwko widać było drugie, mniejsze pomieszczenie. Podszedłem do solidnego, szerokiego stołu, służącego aktualnie za biurko i położyłem na nim listę. Widniało na niej sześć nazwisk. Wszystkie przekreślone. Położyłem na kartce wieczne pióro.
    - Imię, nazwisko, stopień. – Odsunąłem się o kilka kroków, umożliwiając im wpisanie się na listę. – Sugeruję prawdziwe. Dopóki tu pracujecie, ta kartka to wasz glejt na życie. – Wolno przespacerowałem się za ich plecami. – Acha. – Zatrzymałem się za czarnowłosym. - Jako, że przy próbie buntu delikwentów zabija się bez ostrzeżenia, życzliwie informuję, że znam rosyjski – mój głos wciąż był lodowaty. Dałem im chwilę. Spojrzałem na politycznego.
    - Rozumiesz po niemiecku? Dobra, rozumiesz. Wpisany? To wynoś się do tamtego pokoju. – Wskazałem mu klitkę naprzeciwko. – Na podłodze walają się kartony. Pozbierasz je i potniesz na fiszki. W tych dwóch pudłach pod drzwiami masz dokumenty, które musisz przejrzeć. Szukasz nazwisk i przepisujesz je na fiszki, cyrylicą i łacińskim alfabetem. Dodatkowo przenieś na inną kartkę te nazwiska, które wydają ci się znajome.
    Zatrzasnąłem za nim drzwi. Nawet, gdyby strzeliło mu do łba zniszczyć te papiery, najbliższa stacjonarna placówka gestapo i tak miała ich kopie.
    - Teraz ty – warknąłem, z powrotem patrząc na podoficera. – Przynieś tamtą drewnianą skrzynię. Szybko! Są w niej wasze przechwycone meldunki. W szafie stoją pudła z kartkami oznaczającymi kategorie. Wewnętrzne, frontowe, wywiad, szyfrowane. Oprócz tego są teczki, po jednej na każdy miesiąc. Musimy to wszystko podzielić i do rana popakować.
    Wsunąłem broń do kabury. Jeden jeniec nie stanowił zagrożenia. Biorąc pod uwagę racje żywnościowe w ostatnich dniach, a raczej ich brak, był zbyt słaby, by ze mną walczyć. Zająłem się swoją częścią papierów. Kątem oka zerknąłem na Rosjanina. Trzymaną w ręku kartkę odłożyłem gwałtowniej, niż poprzednią. Cholerne ruskie bydle. Zaraz wszystko zaplami.
    - Masz – podałem mu bawełnianą chustkę. – Zrób coś z tą krwią. W karafce jest woda.

    OdpowiedzUsuń
  3. - Tak – potwierdziłem beznamiętnie. Większość pracowała tu ledwie parę godzin: wycieńczone ludzkie wraki, potrzebne tylko po to, by nie marnować własnych ludzi, bo treści tego, co przepisywali, nikt nie mógł znać. Zerknął przelotnie na dane, które wpisali. Wystarczy. Normalnie wymagałby numeru jednostki, czegokolwiek więcej, ale w tym wypadku nikogo to nie obchodziło. Równie dobrze mogliby być kapitanami w dywizji pancernej, co szeregowymi wachmistrzami.
    - Trzy dni.
    Słysząc następne zdanie, już po rosyjsku, nawet nie uniosłem wzroku.
    - A ty w swaju, Yashanov. Na zdarowie* - odpowiedziałem mu płynnym rosyjskim bez akcentu. Języka nauczyłem się dawno temu, kiedy moja matka zatrudniła jako pomoc domową rosyjską emigrantkę. Odgoniłem od siebie lepkie wspomnienia domu, zanim zdążyły mną owładnąć. To nie są czasy na sentymenty.
    Konsekwentnie ignorowałem bezczelność podoficera. Przyjdzie czas, że przegnie i za to zapłaci. Póki co… Przynajmniej pozwalało mi to nie myśleć.
    Cierpliwie poczekałem, aż mężczyzna się wytrze. Teraz, kiedy jego skóry nie pokrywała warstewka krwi, zauważyłem, że ma ciekawy kształt kości policzkowych. Znów przyłapałem się na tym, że patrzę na niego, zamiast w swoją porcję meldunków. Dostrzegłem zmianę na jego twarzy. Zaintrygowany, nachyliłem się nieco w jego stronę i spróbowałem przeczytać, ale odwrócona do góry nogami cyrylica okazała się wyzwaniem nie do pokonania. Zrezygnowałem.
    „Skurwysyn”.
    Westchnąłem.
    - Do usług. – Wzruszyłem ramionami. – Co tam znalazłeś?

    [*Powiedział mu: a ty w swoją, Yashanov. Na zdrowie.
    Transkrypcja dziwna, bo własna, robiona „ze słuchu”.]

    OdpowiedzUsuń
  4. Uniosłem na niego wzrok, szczerze zaskoczony. W pierwszej chwili chciałem mu coś odpowiedzieć. Potem zdałem sobie sprawę, że nie wiem, co. Byłem pewien, że nie zauważył. Że nie było tego widać. Ale skoro on to dostrzegł, to być może inni… Zrobiło mi się gorąco, jakby temperatura powietrza wzrosła nagle o kilka stopni.
    - Wydawało ci się – stwierdziłem lodowato, cały czas zastanawiając się, na ile on faktycznie wiedział, kiedy patrzę. Za każdym razem? Może tylko tak powiedział? Czułem nasilający się, uporczywy niepokój.
    Tak po prawdzie, to tylko durny rusek, całkowicie zdany na moją łaskę i niełaskę. Może nieco bardziej podobny do normalnego człowieka, niż reszta tej hołoty. Może. A może nie. Nawet jeśli widział, to czym tu się przejmować..? Musiałem po prostu bardziej uważać.
    Wykrzywiłem w ironicznym uśmiechu lewy kącik ust, obserwując, jak wertuje meldunki. Domyślałem się, czego szuka i wiedziałem, że tutaj tego nie znajdzie. Sięgnąłem po kartkę, którą wcześniej czytał, ale słysząc jego wypowiedź, zatrzymałem rękę w pół drogi. Uderzyłem zaciśniętą pięścią w blat.
    - ZAPAMIĘTAJ. SOBIE. RAZ. NA ZAWSZE, Yashanov – syknąłem. - Nie jestem twoim kolegą z tej waszej zawszonej armii, żebyś mówił do mnie w ten sposób! Nie wymagam zwracania się do mnie per pan tylko dlatego, że w twoich ustach dowolna tytulatura byłaby gówno warta, ale miej na uwadze, że bardzo często miałem do pomocy tylko jednego jeńca. Jeszcze jedna taka bezczelność z twojej strony i chętnie wrócę do tamtego stanu rzeczy. Czy to jasne?!
    Zostawiłem w spokoju kartkę z meldunkiem. Odpiąłem górny guzik od munduru. Jeszcze przed chwilą myślałem o kawie, teraz zdecydowanie nie była mi już potrzebna. Wystarczała sama obecność tego skurwysyna.
    Odetchnąłem, żeby się uspokoić. Był moment, że poczułem wobec tej gnidy cień sympatii. Chore. Dokładnie ktoś taki jak on, może nawet on, zabił mi brata.
    Przez chwilę patrzyłem na niego z góry, z dystansem, prawie z nienawiścią. Podszedłem do stojącej przy przeciwległej ścianie szafy i wyjąłem z teczki, którą dotąd trzymałem z dala od Mikhaila, dwie spięte ze sobą kartki.
    - Podejrzewam, że szukałeś tego – machnąłem mu przed oczami odpowiedzią na notatkę, po czym schowałem ją do kieszeni na swojej piersi. – Przeczytaj mi ten nierozszyfrowany, a pokażę ci odpowiedź. – Drugi tekst zakodowano za pomocą starej matrycy i nasi kryptolodzy szybko sobie z nim poradzili. Niestety, pierwszy meldunek nadal był tajemnicą.

    OdpowiedzUsuń
  5. Na ułamek sekundy znieruchomiałem. Niemal natychmiast wróciłem spojrzeniem do zalegających na stole papierów i przełożyłem kilka kartek udając, że coś sprawdzam.
    -O, to akurat nic dziwnego – mruknąłem znad jakiegoś meldunku, którego treść znałem na pamięć – Interesuję się wszystkim, co może przynieść zwycięstwo Rzeszy. – Umilkłem na chwilę, jakby zbierając myśli. - Większość tej bandy to prostaki oderwane granatem od pługa. Myślą, że wystarczy mocno tłuc, a dostaną, co chcą. Więc teraz szepczą.
    Słuchałem uważnie, notując w pamięci każde słowo. Inni żołnierze. Jakiś specjalny rodzaj wywiadowców? Czy zwykli oddelegowani do zadania? Będzie trzeba to zbadać. Te wiadomości mogą okazać się cenniejsze, niż wszystkie przechwycone meldunki, jakie do tej pory posiadaliśmy. Zmarszczyłem brwi.
    - Jaki cel miał na myśli? – zapytałem, wyjmując z kieszeni kartkę z odpowiedzią. Trzymałem ją w palcach, od niechcenia prostując zagięcia papieru w miejscu jego złożenia. Spojrzałem wyczekująco na Rosjanina.
    Chwilę później, po krótkiej chwili wahania, wręczyłem mu wiadomość.
    - Chciałbym, żebyś nauczył mnie tych zmian w cyrylicy – celowo sformułowałem to jak propozycję. Na przymus jeszcze będzie czas. – Pochodzisz z Moskwy?
    Podszedłem do szafy, w której tkwiła teczka z meldunkami podobnymi do tego, którzy przeczytał Yashanov. Miałem już ją wyjąć, gdy ktoś mocno zastukał w drzwi.
    - Wejść! – krzyknąłem, nie odwracając się nawet. Pewnie któryś z moich podkomendnych.
    - Widzę, że praca wre. – Zacisnąłem zęby, słysząc kpiący głos Freischera.
    - Tak jest, herr hauptsturmführer.
    - Od kiedy to sam decydujesz o przydziale jeńców, Schurz?
    - Nie było czasu na pytanie o pozwolenie, herr hauptsturmführer. Mieli ich rozstrzelać.
    - Sądzisz, że to błąd? – znów kpina. Wziąłem głębszy wdech.
    - W przypadku tych dwóch, tak. - Oszczędnym ruchem wyjąłem teczkę i pokazałam ją przełożonemu. Freischer przyjrzał się, wyraźnie zainteresowany. - Ten tutaj – lekceważąco wskazałem na Yashanova – odczytał mi jeden meldunek z tej serii.
    - Co z resztą wiadomości?
    - Właśnie mieliśmy próbować.
    Freischer uśmiechnął się szeroko.
    - Sam się tym zajmę, Schurz. Parę godzin u Meyera i wszystko wyśpiewa.
    Zmusiłem się do ułożenia zesztywniałych warg w uśmiech. Bez słowa patrzyłem, jak Freischer wzywa dwóch ludzi ze swojej obstawy, żeby wyprowadzili jeńca. Stałem nieruchomo, czekając, aż trzasną drzwi. Przez dłuższą chwilę słuchałem głuchej ciszy. Jeśli Yashanov coś powie, Freischer dostanie awans. Popatrzyłem na zastawioną kartonami podłogę i zawalony kartkami stół. Zatłuką go. Podszedłem do drzwi za którymi pracował drugi rusek. Otworzyłem je z hukiem. Dla swojego awansu zamęczy mi jeńca, który mógł przeczytać te pieprzone szyfry! Te i kolejne! Obrzuciłem wrogim spojrzeniem pochylonego nad robotą politycznego. Gwałtownie podniosłem kartkę, na której miał wpisywać nazwiska, które kojarzy.
    - Nikogo nie znasz, tak?! – warknąłem, chwytając go za kołnierz. - Tylko Klimowa?! Który nie żyje od 39’?! – Puściłem go z obrzydzeniem. - Ścierwo cholerne! – Zmiąłem kartkę i cisnąłem nią w jeńca. Wyszedłem, trzaskając drzwiami.

    [Dałam mały zwrot akcji, żeby było ciekawiej ;) Meyer to taki klasyczny „spec od przesłuchań” w stylu gestapowskim, przeniesiony z Krakowa na front wschodni, bo zawalił jakieś dochodzenie. Możesz opisać co się dzieje dalej, aż do momentu, gdy coś wyciągną z Mikhaila, albo uznają, że się nie da].

    OdpowiedzUsuń
  6. Meyer wrócił wcześniej. Głuchemu łomotowi podkutych butów towarzyszyło silne trzaśnięcie drzwiami. Dziwne, zwykle zamykał je z przesadną wręcz dokładnością.
    - NIE ŚPIJ! – pełen wściekłości, agresji i nienawiści odbił się echem od betonowych ścian piwnicy. Niemiec kopnął krzesło, tak, by przewróciło się na twardą, brudną podłogę razem z jeńcem. –MASZ OSTATNIĄ SZANSĘ, GAMONIU! GADAJ, JAK SZYFRUJECIE TE PIERDOLONE MELDUNKI!
    Chciał zetrzeć mu z gęby ten uśmieszek, chciał, żeby popamiętał raz na zawsze… Naprawdę ucieszył się z pretekstu, by przywalić mu kolejny raz. Prosto w tą oślizgłą mordę. A potem już gdzie popadnie. Że niby odbije mu nerki? No to co? Trochę pożyje, wystarczająco, by wyśpiewać, co wie. A potem niech zdycha. Jak oni wszyscy.
    - I co, nadal nic?! – jego głos niemal zupełnie zagłuszył ciche skrzypnięcie drzwi. Freischer. Meyer wyprężył się w salucie. Wytarł w ścierkę brudne od krwi ruska ręce.
    - Przesłuchuję, herr hauptsturmführer.
    - Powiedział coś?
    - Jeszcze nie, ale powie.
    Freischer zmełł w ustach przekleństwo.
    - Twoja kolej minęła, Meyer.
    - Że co… herr hauptsturmführer? – Meyer jakby dopiero w połowie przypomniał sobie, do kogo mówi.
    - To, co powiedziałem, durniu! Miałeś cholerne dwa dni. Teraz to mogę go co najwyżej dobić, albo Schurzowi oddać. Lada dzień jedziemy w głąb Rosji.
    ***
    Siedziałem pochylony nad meldunkami. Zmieniona cyrylica. Zmieniona… ale jak?! Czułem się zmęczony, umysł już dawno przestawał mnie słuchać. Sięgnąłem po kubek z kawą. Zajrzałem do środka. Sam osad na denku. Nawet nie pamiętałem, kiedy wypiłem. W dwóch innych naczyniach, rozstawionych w innych punktach pokoju także było pusto. Przetarłem dłonią poszarzałą twarz. Odruchowo zerknąłem na leżącą na stole od dwóch dni mapę, na której dwie doby wcześniej sprawdzałem, gdzie jest Nowosybirsk. Spojrzałem na otwarte drzwi. Polityczny wtaszczył pudło z posegregowanymi papierami. Parsknąłem gorzko, zdając sobie sprawę, że nie spałem od ponad trzydziestu godzin, zupełnie jak jeniec. Oczy mnie piekły, jakby ktoś nasypał mi w nie soli. Muszę. Dowiedzieć się. O co chodzi z tym szyfrem.
    Kiedy usłyszałem kroki swojego adiutanta, w pierwszej chwili pomyślałem, że mi się wydaje.
    - Herr obersturmführer, przyniosłem panu kawę.
    Uniosłem głowę.
    - Bogu niech będą ci dzięki – wymamrotałem, nie bardzo zdając sobie sprawę z sensu, a raczej braku sensu, tego, co mówię. Adiutant tylko się uśmiechnął. Znał ten stan.
    - Poza tym, hauptsturmführer Freischer powiedział, że może pan zabrać swojego jeńca. Tego… Yashanova.
    Wstałem.
    - Żyje po spotkaniu z Meyerem?
    - Tego, to ja, proszę pana, nie wiem.
    ***
    Pięć minut później wszedłem do piwnicy, w której odbywało się przesłuchanie. Spojrzałem na Meyera, potem na Freischera i na bezwładne ciało na podłodze. Powstrzymałem falę dosadnych bluzgów.
    - Wątpię, żeby ci się przydał, Schurz, ale skoro chciałeś…
    Staram się nie słuchać. Lodowatym, do perfekcji opanowanym głosem przywołałem pomagierów Meyera i kazałem im przenieść jeńca do mnie. Szedłem dwa kroki za nimi, pilnując, by żaden z nich „niechcący” mu nie przyłożył. Nie otrzymałem zgody ani na pomoc sanitariusza, ani na wykorzystanie niemieckich środków leczniczych. Sam nie wiedziałem, czemu nie poleciłem go dobić. Tak byłoby praktyczniej.
    - Połóżcie go na łóżko.
    Spojrzeli się na mnie dziwnie, ale wykonali. Odesłałem ich z powrotem. Wziąłem głębszy wdech, żeby się uspokoić. Popatrzyłem na Rosjanina. Nieprzytomny? Nie zdziwiłbym się. Ostatnim razem Meyer pofolgował sobie bardziej, niż przez poprzednie dwa dni razem wzięte.

    [Mam nadzieję, że to nie wyszło jakoś głupio...].

    OdpowiedzUsuń
  7. „Znów się gapisz”.
    Leży w mojej kwaterze, zajmuje moje łóżko, w dodatku wszystko to z mojej dobrej woli… i jeszcze się stawia. Cały Yashanov. Uśmiechnąłem się bezwiednie, zaraz jednak na powrót przybrałem zwyczajny, obojętny wyraz twarzy.
    - Myślałem, że się stęsknisz – zakpiłem. Podszedłem do drzwi i przekręciłem tkwiący w zamku klucz. Tuż przed tym, jak poszedłem po Yashanova, odesłałem politycznego do baraku, w którym trzymano paru innych, jeszcze przydatnych jeńców. Żarcie dostał jeszcze u mnie, tam się prześpi, rano wezmę go z powrotem. Przynajmniej dopóki bez gadania robi, co trzeba. Istniało ryzyko, że przyjdzie Freischer, do tego czasu drugi jeniec musiał zacząć wyglądać na użytecznego. Przetarłem zmęczone oczy. Byłem tak zmęczony, że chyba już nawet odechciało mi się kłaść spać. Miałem ochotę po prostu się zatrzymać i, choć przez chwilę, nic nie robić. Zdjąłem bluzę i podwinąłem rękawy koszuli. Usiadłem na skraju łóżka, tuż przy Rosjaninie. Mimo zamkniętego okna słychać było jakieś komendy, głosy, śmiechy kilku grających w karty szeregowych. Spojrzałem na leżące na szafce nocnej, przygotowane wcześniej mokre kawałki gazy, potem na twarz jeńca – brudną, zmęczoną… Zauważyłem, że jego oczy mając nieco ciemniejszy odcień, niż u Egona. Brakowało w nich tych wesołych, złotawych błysków. Ruchem pełnym dziwnej nawet dla mnie samego łagodności, odgarnąłem mu z czoła zlepiony krwią kosmyk włosów. Podniosłem pierwszy z kawałków gazy i zacząłem obmywać mu twarz, zostawiając odrobinę wilgoci na czole, brwiach, powiekach. Podświadomie czekałem na to, że mnie uderzy, odepchnie, zrobi cokolwiek.

    OdpowiedzUsuń
  8. - Kiedy mówisz w ten sposób o Meyerze, czuję nagły zanik patriotyzmu – parsknąłem rozbawiony. Naprawdę, jakoś nie odczuwałem potrzeby solidarności z tamtym. – Więc chyba daruję ci i tą „szwabską mordę”.
    Słysząc następny przytyk, stłumiłem nagłą chęć dania mu po gębie. Nie zmieniaj się w Meyera, nakazałem sobie, z trudem zachowując spokój.
    - Chyba śnisz – warknąłem, nim zdążyłem pomyśleć. Przecierałem jego skórę mocniej, nie dbając już o to, czy sprawiam mu ból. Gdyby nie to, że wolałem skończyć, co zacząłem, prawdopodobnie wyszedłbym stąd w cholerę. Albo wywalił jego. – Może w twojej „Rasiji” pleni się pedalstwo, ale my, w Rzeszy, potrafimy zrobić porządek – w moim głosie wyraźnie słychać było gniew, wręcz odrazę. Przecież tylko tak powiedział, tłumaczyłem sobie. To bez znaczenia. A nawet… Mnie to w ogóle nie dotyczy. Pomagam mu, bo jest mi potrzebna jego wiedza. Mi, i, przede wszystkim, Niemcom. .
    Dokończyłem doprowadzać go do jako-takiego wyglądu w całkowitej ciszy, od czasu do czasu przerywanej jedynie szmerem kolejnego kawałka gazy podnoszonego z szafki. Mimo zmęczenia, pełne wzburzenia, niespokojne myśli nie pozwalały o sobie zapomnieć. Zacisnąłem zęby i dokończyłem robotę. Rosjanin zasnął. Może to i lepiej. Wstałem z łóżka. Wbrew sobie obejrzałem się na śpiącego. Zacisnąłem pięść. Ogarnij się, Sigmar.
    ***
    W którymś momencie przysnąłem. Nie byłem tylko pewien, kiedy dokładnie. Obudziło mnie niejasne wrażenie, że nie jestem sam. Zamrugałem, usiłując skupić na czymś wzrok. Ręka, na której oparłem policzek, zdrętwiała. Skrzywiłem się. Kartki, które dostały się pod mój łokieć, były całkiem pomięte. Szlag by to trafił... Spróbowałem sobie przypomnieć, czemu u licha śpię tutaj, zamiast w łóżku. Albo czemu w ogóle śpię, skoro jest dzień. Świadomość sytuacji wróciła powoli. Zbyt powoli, jak na warunki polowe.
    Ktoś się na mnie gapił.
    Wcale nie było mi lepiej od tego, że wiedziałem, kto.
    - Mam rozumieć, że z tym zakochaniem, to faktycznie miałeś jakieś nadzieje? – burknąłem, nie odwracając się nawet. Był za słaby, żeby wstać. A gdyby nawet, usłyszałbym w porę. – Możesz przestać się gapić? Wkurza mnie to. I nie, nie zamierzam uciekać. Zwycięzcy nie uciekają, Yashanov.
    Dopiero teraz się odwróciłem.
    - Powiedz lepiej, gdzie i czym cię tłukł. Do capstrzyku musisz być na chodzie. – Nie byłem lekarzem, ale wiedziałem to i owo od brata. Największym problemem był tak naprawdę zakaz używania naszych lekarstw. Nawet cholernego środka przeciwbólowego nie mogłem mu podać.

    OdpowiedzUsuń
  9. - Świetnie – skwitowałem jego uwagę o preferencjach. Starałem się brzmieć zupełnie naturalnie i obojętnie, spróbowałem się nawet uśmiechnąć. Nie wyszło.
    „Drażliwy się zrobiłeś”.
    - Nic dziwnego, kiedy za jedyne towarzystwo ma się upierdliwego ruska – mruknąłem. Zabrzmiało dziwnie odlegle, jakby mówił ktoś inny. Zupełnie bez emocji. Wróciłem spojrzeniem do papierów, w zasadzie tylko po to, by się czymś zająć. Słysząc jego następne słowa, zmarszczyłem brwi. – Powiedz mi, skąd? Z Moskwy? Czym wy chcecie z nami wygrać, co? Liczbą? Bolszewickim fanatyzmem? Czy biedą?
    Z wyraźnym ociąganiem podszedłem do niego bliżej.
    - Dasz radę przekręcić się na brzuch? Muszę to zobaczyć – stwierdziłem, jednocześnie zastanawiając się, co na moim miejscu zrobiłby mój brat. Leczyłby go? Przymknąłem oczy. Wiedziałem, że tak. Chwilami był taki naiwny… Pamiętałem do dziś, jak po jednej z pierwszych potyczek zapytał, co zrobimy z jeńcami.
    Jakby to nie było oczywiste.
    Bezwiednie zmiąłem mankiet koszuli. Egon, żebyś ty wiedział, jak mi cię brakuje… Zacisnąłem wargi w wąską, ponurą kreskę. Pracuję z ruskiem, który być może go zabił.
    Podszedłem do Yashanova, czując się jak ostatnia gnida. Jakbym zdradził własnego brata. Gdybym przynajmniej wiedział, że ten, który strzelał, to był ktoś inny i że na pewno zginął… Byłoby mi lżej.
    - Masz kogoś w Nowosybirsku? – zapytałem, bardziej po to, by się czymś zająć i wyrzucić z głowy uporczywie powracające poczucie winy. Skupienia się na sylwetce Rosjanina wolałem uniknąć.

    OdpowiedzUsuń
  10. Zaskoczył mnie. Spodziewałem się raczej kolejnej dawki sarkazmu, ironii, docinków. Kiwnąłem powoli głową, chyba po raz pierwszy się z nim zgadzając. Choć nigdy nie przyznałbym się do tego na głos, bardzo podobała mi się jego bezpośredniość. Odwaga w wypowiadaniu myśli, nawet wobec wroga… bunt.
    - Gdybym był fanatykiem, od kilku dni byś nie żył – stwierdziłem spokojnie. Zastanowiłem się przez chwilę, nim odpowiedziałem: - Nie, nie myślę tak. Przypuszczam tylko, że kiedy przyjdzie co do czego, Stalin zmarnuje potencjał, jaki ma w rękach. Albo ubiegniemy go, jak w czerwcu.
    Usiadłem obok Rosjanina i ostrożnie podwinąłem górę jego munduru. Miał na plecach parę solidnych krwiaków, ale obawiałem się, że Meyer urządził go gorzej. Mimowolnie zauważyłem doskonałość rysujących się pod skórą mięśni. Starałem się to ignorować, skoncentrować się na tym, co opowiadał. Przez chwilę… przez chwilę nawet poczułem wobec niego cień współczucia. Słysząc pytanie, zawahałem się.
    - Nie wiem. Może… Chyba mam. W Linz czeka na mnie ojciec. Chociaż, po tym wszystkim… Matki nie mam, zmarła na nowotwór. Ledwie ją pamiętam. Brat… Brata też już nie mam – w moim głosie wyraźnie odbił się smutek, żal, to wszystko, co starałem się ukryć. Przez chwilę siedziałem nieruchomo. Weź się w garść, durniu, powtarzałem sobie. Rozpamiętujesz jak baba. Jak mięczak. A przecież życia mu tym nie wrócisz..
    - Wygląda kiepsko, ale się wyliżesz – zmieniłem temat, przybierając najbardziej profesjonalny ton, na jaki było mnie w tej chwili stać. - Zaczekaj moment, zrobię ci okład, będzie mniej bolało.
    Wyszedłem na chwilę, czując ulgę, że mogę choć na chwilę uwolnić się od jego obecności. Kilkanaście minut później wróciłem z wiadrem wypełnionym w połowie lodowatą wodą prosto ze studni i dwoma czystymi, małymi ręcznikami w drugiej ręce. Zamoczyłem pierwszy ręcznik i dość mocno go wyząłem. Przyłożyłem materiał na największy krwiak, w okolicach nerki. Drugim przykryłem paskudnie wyglądająca siną pręgę. Powoli przesunąłem opuszkami palców po jego skórze wzdłuż kręgosłupa, omijając siniaki. Zerknąłem na jego twarz. Nasze spojrzenia się spotkały, ale zmusiłem się, by nie odwrócić wzroku.
    - Wydobrzejesz – stwierdziłem, jakbym nie robił w tej chwili niczego wykraczającego poza leczenie. Wiedziałem, że nie powinienem go tak dotykać, czułem do siebie obrzydzenie, ale nie potrafiłem się powstrzymać. Było w nim coś, co sprawiało, że w murze, za jakim ukrywałem to, czego w sobie nienawidziłem, powstał wyłom.

    OdpowiedzUsuń
  11. Na dźwięk jego głosu, zaskakująco w tej chwili łagodnego, uśmiechnąłem się lekko, zaledwie jednym kącikiem ust. Nie sądziłem, że potrafi tak mówić, ani tym bardziej, że kiedykolwiek to usłyszę. Przełożyłem ręcznik tak, by zakrywał jeszcze jeden krwiak na górze. Zabrałem rękę, jakby wcześniej nic się nie wydarzyło.
    Zawahałem się na ułamek sekundy. W sumie, co to szkodzi, że będzie widział, jak się nazywam? I tak mówi mi na ty, a gdyby nawet nie mówił, byłoby w tym tyle ironii, że wyszłoby mi bokiem.
    - Sigmar. Ale zachowaj tę widzę na momenty, w których jesteśmy sami. Czy to jasne? – spojrzałem na niego groźnie. Jeżeli ktoś usłyszy, że byle Słowianin woła do mnie jak do swojego kumpla, będę miał przesrane. Jak Morozow usłyszy, że Yashanov może, to jeszcze i on zacznie. Dojdzie do Freischera i reszty… Skończy się na tym, że każdy rekrut będzie się czuł, jakby był mi co najmniej równy. Niedoczekanie. Zwłaszcza, że po stratach tutaj, zaczęli brać do Waffen męty zbierane po całej Europie. Nie to, co w czasach, kiedy sam wstępowałem. Posiedziałem przy nim jeszcze chwilę, po czym wstałem.
    - Odpoczywaj. Wrócę do ciebie za godzinę – uprzedziłem. Wyszedłem z zamiarem doprowadzenia się do porządku. Czekał mnie przegląd mojego oddziału, wcześniej nie zdążyłem im nawet pogratulować zwycięstwa, a kilku moich podkomendnych naprawdę zasługiwało na wyróżnienie. Miałem już opuścić kwaterę, ale coś mnie tknęło. Wróciłem do sypialni, już w nienagannie czystym i dopiętym na ostatni guzik mundurze. Zatrzymałem się w drzwiach.
    - Kiedy ostatni raz jadłeś? – spytałem sucho. Już dawno nauczyłem się nie zauważać chudości jeńców, nie widzieć głodu w ich oczach. Zapomnieć o ich potrzebach. W końcu to podludzie. Karmienie ich było nieopłacalne.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  13. Wyszedłem bez słowa. Starałem się nie myśleć. Jak zawsze wyjść z kwatery, zamienić przysłowiowe dwa słowa z wartownikami strzegącymi składu broni, umiejscowionego w budynku naprzeciwko, zrobić obchód. Tak bardzo chciałbym, żeby było jak dawniej. Zagryzłem wargę. Zwykle robiłem obchód o siedemnastej. Mój brat wychodził wtedy ze szpitala polowego. Widziałem, jak w biegu zrzuca fartuch. Za każdym razem podbiegał do mnie. Mówił kto zdrowieje, żałował każdego straconego. Przez pięćdziesiąt metrów szliśmy razem… Sanitariusz i oficer SS. Niedobrany duet.
    Powinienem napisać do tej jego Grety. Ona wciąż czeka.
    Potrząsnąłem głową. Zacisnąłem pięści, aż obejrzał się na mnie jakiś żołnierz. Uniosłem na niego wzrok. Szeregowy esesman, siedemnastolatek. Przypomniałem sobie jego nazwisko.
    - Neumayer? Wielkie gratulacje. Widziałem, jak podrzuciłeś granat pod tamten ostatni czołg. Odważna akcja.
    Oczy młodego zabłysły. Uśmiechnąłem się. Pierwszoroczni. Zawsze tacy sami.
    - Co słychać w naszych prowizorycznych koszarach?
    Porozmawialiśmy chwilę, choć młody był tak zaaferowany faktem, że podszedłem akurat do niego, że trudno było uzyskać jakikolwiek konkret.
    - Mógłbyś wyświadczyć mi przysługę? – zapytałem w pewnym momencie. – Lada moment w kantynie będą wydawać obiad. Wziąłbyś jedną porcję i jeszcze… jeszcze coś w miarę lekkiego, zupę, ziemniaki, co będzie. Powiedz, że na moje polecenie i zanieś do mojej kwatery. W porządku?
    - Tak! Tak jest, herr Obersturmführer!
    Rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę. Zajrzałem do reszty moich ludzi. Najpierw cali i zdrowi, potem do rannych. Usiłowałem nie dać się owładnąć wspomnieniom.
    Kiedy po dwóch godzinach wracałem do kwatery, Fuchs powiadomił mnie, że ktoś na mnie czeka. Z Wehrmachtu. Uśmiechnąłem się krzywo. Aż za dobrze wiedziałem, co to oznacza.
    Wolff czekał pod oknem mojej kwatery. Powitaliśmy się jak przyjaciele. Uśmiechy, uścisk, serdeczne słowa… i cisza, kiedy zamknąłem za nami drzwi.
    - Jest tu ktoś poza tobą?
    - Jeden jeniec. Za ścianą.
    - Trzymasz ruska zamiast psa? – parsknął.
    - Raczej byłoby ciężko. Gryzie.
    - Jak Freischer?
    - Co: jak? Pilnuje się, wiadomo. Jak wytłumaczyłeś swoją wizytę?
    - Jesteś moim przyjacielem. Moja jednostka dziś rusza na wschód. Pomyślałem, że wyślesz wiadomość mojej żonie.
    - To daj jej adres.
    Wolff położył na stole kartkę.
    - Masz coś dla mnie, Schurz?
    Wyjąłem z szafy cienką teczkę i podałem mu ją.
    - Freischer..?
    - Masz mnie za durnia? O niczym nie wie.
    - A ten…? – ruchem głowy wskazał na drzwi sypialni.
    - Zlikwiduję – ściszyłem głos. - Kiedy tylko przestanie być potrzebny – stwierdziłem bez emocji. Wolff wsunął teczkę za pazuchę.
    - Czekaj na kontakt.
    Skinąłem głową. Pożegnaliśmy się.
    Odczekałem chwilę. Odruchowo wyrównałem leżące na blacie stołu papiery. Pięć minut później przyszedł Neumayer z jedzeniem. Poczekałem, aż wyjdzie i zniknie za rogiem. Odetchnąłem. Otworzyłem jedną z manierek. Jakaś kasza, do tego ktoś dołożył na wierzch dwie kromki chleba. No, rarytasy to nie były. Uroki wschodu... Sprawdziłem drugą. Pewnie. Mięsko dla oficera, nawet jeśli cały dzień siedzi na dupie. Wyszukałem w kuchni czyste talerze i sztućce. Po chwili solidnego wahania podzieliłem całe jedzenie na dwie takie same porcje. Otworzyłem drzwi sypialni, potem wróciłem z talerzami. Swój odstawiłem na razie na stół.
    - Śpisz? Przyniosłem ci jedzenie. Freischer będzie robił wieczorem obchód, nie wiem jak, ale musisz być wtedy na nogach, bo cię zabije.

    OdpowiedzUsuń
  14. „Czemu to robisz?”
    Zerknąłem na niego krótko, zaraz jednak udałem bardzo zajętego szukaniem czegoś na biurku. Westchnąłem ciężko. Podszedłem do niego i podałem mu pełny talerz wraz ze sztućcami. Wyszło niemal mechanicznie. Bez emocji, bo te starałem się ukryć.
    - Nie gap się, tylko jedz, bo wystygnie - burknąłem.
    Czemu to robię?
    Powstrzymałem prychnięcie. Bo lubię ten nasz sarkazm i wzajemne docinki? Bo są ciekawą odmianą? Bo tamtego dnia, kiedy chciałem go zabić za samo istnienie, przez chwilę poczułem się, jakbym spojrzał w oczy swojemu bratu? Do licha. Przecież nigdy nie byłem sentymentalny.
    Więc czemu to robię?
    - Jesteś mi potrzebny – wzruszyłem ramionami. – Sam powiedziałeś, że nie jadłeś od co najmniej czterech dni, a mi tu trupów nie trzeba, tylko pracowników. Morozowa też na razie karmię.
    Usiadłem na krześle przy biurku i zabrałem się za swoją porcję. Zza zamkniętego okna dobiegał dźwięk silnika samochodu. Rozpoznanie wróciło..? Pewnie tak. Skrzywiłem się. Jeżeli tak, to nawet nie wpuszczą mnie teraz do sztabu.
    - Dam ci jakaś mniej wymagającą pracę. Ale się nie ciesz, jeszcze to odrobisz. Zjesz, potem się umyjesz. Zaprowadzę cię do łazienki, dam ci jakieś ciuchy, Meyer dostaje piany, jak widzi twój mundur, a pewnie przylezie z Freischerem... – Dyplomatycznie pominąłem fakt, że na chwilę obecną nie byłem pewien, czy wytrzymam dzielenie z nim stołu w „archiwum”.
    Zmarszczyłem brwi, słysząc jego następne pytanie.
    - Zbyt wielu – stwierdziłem chłodno. – Nie uciekniesz stąd, Yashanov.

    OdpowiedzUsuń
  15. - Tak. Paść na twarz i bić muzułmańskie pokłony – parsknąłem. Prawda była taka, że nie oczekiwałem żadnej wdzięczności. Byłem więcej niż pewien, że gdyby tylko nadarzyła się okazja, Yashanov nie zawahałby się przed zabiciem mnie, gdyby tylko miało mu to umożliwić ucieczkę. Nie zamierzałem się łudzić, że może być inaczej. Na wojnie nie ma miejsca na wdzięczność. – Podziękowaniem będzie nauka tej waszej zmienionej cyrylicy. Pamiętasz, umawialiśmy się na coś.
    Westchnąłem demonstracyjnie, słysząc jego następną uwagę.
    - Zepsuję ci również przyjemność z dostania po mordzie. Pałką, oczywiście. Meyer cię oszczędzał, idioto, bo Freischer wydał mu taki rozkaz. Teraz już nie wyda.
    Podszedłem do niego bliżej, nie spuszczając z niego wzroku.
    - A skoro już mówimy o desperacji… - przeszedłem się wzdłuż łóżka. – Niektórym ułatwia ona podjęcie mądrych decyzji. Na przykład… o cichym układzie – uśmiechnąłem się lekko.

    OdpowiedzUsuń
  16. Odwróciłem się w jego stronę, zaciskając wargi i usiłując przybrać groźną minę. Nie wytrzymałem. Zacząłem się śmiać. Tak po prostu, szczerze, pierwszy raz od tej cholernej bitwy.
    - Tylko w razie pozytywnego rozpatrzenia uprzedź wcześniej – wydusiłem między jednym parsknięciem a drugim. – Muszę naszykować dywanik. Żebyś sobie czółka nie obtłukł – chichotałem jak głupi. Wizja Yashanova padającego na kolana była tak nieprawdopodobna, że nie dało się brać jej na poważnie. Minęło dobre parę minut, nim zdołałem się opanować.
    Spoważniałem, gdy przeszliśmy do tematu szyfru.
    - Nie ty dyktujesz warunki – w moim głosie nie było ani śladu wcześniejszej wesołości. – Owszem, nauczysz. I zrobisz to szybko.
    Zdziwiło mnie pytanie o Freischera. Próbuje w inny sposób wysondować, ilu nas jest? W sumie… Jeżeli tak, to jest głupszy, niż myślałem. W okolicy stacjonuje reszta naszej dywizji, oprócz tego kilka kilometrów dalej stoi jeszcze Wehrmacht. Ale, niech mu będzie, powiem.
    - Freischer to hauptsturmführer. Jakby przełożyć to na wasze stopnie, to odpowiednikiem byłby…- zmarszczyłem brwi, przypominając sobie rangi, które znałem. - Kapitan. O jeden szczebel wyżej ode mnie – uśmiechnąłem się krzywo.
    Czułem na sobie jego wzrok. To było trochę dziwne, ale, co odkryłem z pewnym zaskoczeniem, nie przeszkadzało mi. Zatrzymałem się dokładnie naprzeciw niego.
    - Jeńców, którzy tu pracują, wymienia się średnio co kilka dni. – Spojrzałem mu prosto w oczy. Także zniżyłem głos do szeptu. – Jeszcze nie wiem, co ile wymienia się oficerów. Chcę, żebyś był moją polisą na życie. Ty, a raczej informacje o Armii Czerwonej, jakie mi zdradzisz. Dziś wieczorem ty i Morozow dokończycie robotę, do której byliście mi potrzebni. Jeżeli zgodzisz się na współpracę, tej roboty będzie trochę więcej. Może nawet… dużo więcej?

    OdpowiedzUsuń
  17. „Wahania nastroju”. Być może. Jedni zmieniają się w sukinsynów bez serca, inni wariują przez tę wojnę, ja widocznie odreagowuję stres śmiechem z czegoś, co w gruncie rzeczy jest nieszczególnie zabawne… Może i tak.
    Założyłem ręce, słysząc o rzekomym błędzie. Niech mówi, brzmi ciekawie… Słuchałem bardzo uważnie, przybierając jednocześnie minę, jakbym ani trochę się tym nie przejmował.
    - Nie – stwierdziłem, gdy skończył. – Nie zrobisz tego, bo będę na bieżąco sprawdzał, jak twoja teoria ma się do prawdy. A tobie za bardzo zależy na życiu, by oszukiwać. Jestem twoją jedyną szansą, Yashanov. Obaj o tym wiemy. – Zamierzałem weryfikować to, czego mnie nauczy, analizując meldunki analogiczne do tego, który mu pokazałem. Byłem pewien, że nie ma pojęcia, ile dokładnie, ani jakich wiadomości wpadło w nasze ręce.
    - Jak zwykle niepokorny – mruknąłem cicho. Zaczynałem go lubić. – Na razie mogę ci kupić czas do momentu dalszego marszu na wchód. Jeżeli się na tobie nie zawiodę, będzie go zdecydowanie więcej. Może nawet zobaczysz tą swoją Moskwę. Wszystko zależy od tego, co usłyszę… i jak to się będzie miało do informacji od naszych agentów.
    Słysząc ciąg dalszy, poczułem narastający gniew. Zacisnąłem pięści. Jak on w ogóle może myśleć, że ja… Rozluźniłem dłonie, zmuszając się do zachowania spokoju.
    - Nie ruszę się stąd! Nie będę sobie pił winka na zachodzie, kiedy… - Zniechęcony machnąłem ręką. – I tak nie zrozumiesz – warknąłem. Bo jak ktoś, kto był w stanie zdradzić tajemnicę szyfru, następny cel Rosjan, cokolwiek, mógłby zrozumieć..? – Mam gdzieś to stanowisko, będę robić, co do mnie należy. Nie chcę tylko, żeby ktoś taki jak Freischer wystawił mnie w pierwszej lepszej bitwie. - Bałem się. Na początku, kiedy przez moje ręce przechodziły zwykłe, mało warte świstki, czułem się bezpieczny. Nawet te listy z nazwiskami dla Einsatzgruppen… kiedy wygramy wojnę, nie będzie miało znaczenia, kto i co robił. Ale te szyfry… tamte adresy radzieckich konfidentów… Dlaczego nie pracował przy tym ktoś ważniejszy?
    Rozważyłem jego propozycję. Pomóc uciec, nie przeszkadzać… tak czy inaczej, to zdrada. Zdrada w samym środku wojny.
    - Nie, Yashanov.
    Odsunąłem się na odległość kilku kroków.
    - Dość tego odpoczywania. Dojdziesz do łazienki sam, czy cię doprowadzić?
    Miałem szczęście dostać kwaterę w domu, którego nikt nie zdemolował. Pomijając fasadę pooraną dziurami po pociskach, wszystko zostało tak, jakby poprzedni właściciele opuścili go góra parę godzin przed tym, jak do niego wszedłem. Może faktycznie tak było. Działała nawet ciepła woda… Byłem pewien, że któreś z nadal wiszących w garderobie, cywilnych ubrań, nadadzą się dla Rosjanina. Im mniej ludzi będzie wiedziało, że trzymam przy życiu podoficera, tym lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  18. Nie odezwałem się, bo niby co miałem mu powiedzieć? Że nie wiem, co wydarzy się w Moskwie? Od stolicy ZSRR dzieliło nas około trzystu kilometrów. Przez ten czas mogło wydarzyć się wiele, nawet bardzo wiele, a ja nie lubiłem rzucać słów na wiatr. Zbyt dużo mieliśmy w Rzeszy ludzi składających obietnice bez pokrycia.
    „- Obawiasz się, że zrobią z tobą to samo co ze mną? Wystawią na odstrzał dla wyższego celu?”
    Spuściłem głowę, by ukryć malujący się na mojej twarzy grymas. Trafił w sedno. Zbyt wiele nieprzypadkowych śmierci widziałem, by wierzyć, że mnie to nigdy nie spotka. Wątpiłem, by wykończyli mnie jak zwykłego ruska, Żyda, czy inną hołotę, spodziewałem się raczej skierowania na niemożliwą do przeżycia akcję, albo oskarżenia o zdradę. Przed pierwszym wariantem całkowicie zabezpieczyć się nie mogłem, ale liczyłem, że pewne znaczenie będzie miał fakt, że większość z moich ludzi przeszła chrzest bojowy jeszcze na Bałkanach. Jeżeli w sztabie ktokolwiek jeszcze liczy się ze zwykłymi żołnierzami, nie poświęci ponad setki świetnie wyszkolonych, doświadczonych ludzi. Potwierdzeniem mojej wierności miała być z kolei współpraca z Wolffem. Jeżeli dzięki mnie Abwehra zdemaskuje Freischera, będę miał mocne plecy. Grunt, żeby do tego czasu nie być jedynie jednym z wielu pionków Wolffa... Pionki zbyt łatwo poświęcić.
    I właśnie dlatego potrzebowałem Yashanova.
    Przeczekałem jego wybuch złości. Nie dziwiłem mu się. Dziś obaj graliśmy o życie… ale to ja miałem w tej grze fory. W pewnym sensie było mi go żal. Prychnąłem, zirytowany. Przecież to tylko Rosjanin. Podczłowiek.
    Zaprowadziłem go do łazienki, nie odzywając się ani słowem. Wolałem, by nie wyczuł, że się waham, że wbrew temu, jakie otrzymałem rozkazy i czego mnie nauczono, czułem wobec niego cokolwiek… ludzkiego. Jakby na to zasługiwał.
    Kiedy zniknął za drzwiami, poszedłem po jakieś ciuchy dla niego. O to, że nie ucieknie, byłem akurat pewien, w łazience nie było okna. Wybrałem na oko pasujące na jego sylwetkę, ciemne, cywilne spodnie i, po chwili wahania, koszulę zbliżoną krojem do tej, którą nosił pod swoim mundurem. Zawiesiłem wszystko na wieszak. Podszedłem pod drzwi łazienki, z której dobiegał szum wody.
    - Ciuchy wiszą na klamce! A swoje stare wrzuć do tej miski w szafce pod umywalką! – zawołałem do niego, po czym wróciłem do sypialni. Uporządkowałem jako tako stół, powynosiłem naczynia. Położyłem na blacie mapę, wyjąłem kilka czystych kartek i pióro do pisania. Zorganizowałem drugie krzesło, to akurat miało poręcze. Może nawet lepiej, rusek będzie się miał o co dodatkowo oprzeć. Z przyniesieniem szyfrowanych meldunków na razie się wstrzymałem. Usiadłem, ze zniecierpliwieniem stukając palcami o blat biurka. Długo jeszcze? Kolejne kilka minut później straciłem cierpliwość. Wychyliłem się na korytarz.
    - Yashanov, może koła ratunkowego potrzebujesz?! Bo przez tyle czasu, to się topić można zacząć…! – krzyknąłem.

    OdpowiedzUsuń
  19. Uniosłem głowę, słysząc stukot jego podkutych butów. Wstałem, chowając do szuflady list do Grety, który zacząłem pisać przed chwilą. Na widok Yashanova na ułamek sekundy zamarłem. Przesunąłem spojrzeniem po jego sylwetce. Odwróciłem wzrok po niemal natychmiastowym wymierzeniu sobie mocnego, mentalnego kopniaka. Rozłożyłem mapę, usiłując nie pamiętać, jak ta cholerna koszula układa się na jego torsie. Pogięło mnie. Do reszty mnie pogięło. Bezwiednie zmiąłem w palcach lewej dłoni krawędź rękawa.
    - Ja nie mam przyjaciół.
    Skląłem się w myślach, kiedy dotarło do mnie, co powiedziałem. Na zwierzenia mnie, kurwa, naszło. I to jeszcze przy kim.
    - Na pewno nie w stylu Meyera – dodałem chłodniej. – Poza tym, muszę cię zmartwić. On najbardziej lubi sprawiać komunistów.
    Zaryzykowałem spojrzenie na niego.
    - Co tak stoisz? – w moim głosie wyjątkowo nie było sarkazmu. - Usiądź. – Odsunąłem dla niego krzesło. – Chciałbym, żebyś najpierw pokazał mi cel sowietów. Ten z meldunku. Powiedziałeś, że mając mapę, możesz go określić z dość dużą pewnością. – Przypuszczałem, że sztab od dawna ma już tę informację, w końcu od walk o Smoleńsk minęło dobre kilka dni, ale byłem ciekaw, co mi powie. W razie czego, nie zaszkodzi takiej informacji skonfrontować z tym, co mieliśmy z innych źródeł. Przez chwilę jeszcze stałem nad nim, trochę z tyłu. Potem zająłem wolne krzesło.

    OdpowiedzUsuń
  20. - Ty poznałeś – to nie było pytanie, raczej wypowiedziane na głos przypuszczenie. Biorąc pod uwagę ton głosu, jakim to powiedział, miałem wrażenie, że kwestia zdrady przyjaciela dotyczyła go osobiście. – Pod Smoleńskiem?
    Dziwne..? Na krótką chwilę wytrąciło mnie to z równowagi, nie na tyle jednak, bym dał to po sobie poznać. Przecież nie jestem taki, jak Meyer. W przeciwieństwie do niego myślę, zanim coś zrobię. I nie słucham ślepo Freischera. To prawda, że nieraz nasze środki… Ale przecież liczy się cel. Dobry cel, który zawsze starałem się mieć przed oczami, wypełniając rozkazy.
    Zmarszczyłem brwi, obserwując jego reakcję. Wystraszył się? Zdenerwował? Uświadomił sobie coś, o czym wcześniej nie myślał, może nie chciał myśleć? Czekałem, ciekawy, co od niego usłyszę.
    - Skoro tak mówisz – stwierdziłem. Nie starałem się wyglądać na całkowicie przekonanego, ale jednocześnie nie przyznałem się, że mu nie wierzę. – Ile czasu potrzebujesz?
    To, że usiadł właśnie teraz, jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że po pierwsze, nie chce mi zdradzić celu sowietów, choć go zna, a po drugie – że dla Rosjan sytuacja jest naprawdę paskudna. Powstrzymałem cisnący mi się na usta uśmieszek.
    - Chcę, oczywiście. Potrzebujesz czegoś, żeby mi to wytłumaczyć?

    OdpowiedzUsuń
  21. Zerknąłem na niego. Krótko, zaledwie chwila, w której przyszło mi do głowy, że jesteśmy do siebie podobni. Chwila, w której przez moment pozwoliłem sobie na emocje. Zaraz jednak odwróciłem wzrok, dystansując się od tego wszystkiego, od niego.
    Zastanawiało mnie, czy od początku zamierzał mnie spławić w kwestii celu Rosjan, czy nagle zmienił zdanie. Obstawiałem to pierwsze. Byłem nawet zły na siebie, że dałem mu się nabrać. No cóż. Jeszcze zobaczymy, kto dopnie swego. Bynajmniej nie zamierzałem się poddawać.
    - W porządku - stwierdziłem z pewną nutą ostrożności. - Przyślę ci Morozowa, dostaniecie kilka godzin... Potem przedstawicie mi wnioski. - Spodziewałem się, że będzie to czas stracony, ale będę miał na nich dodatkowego haka na potem. Szkoda, że w tych warunkach nie mogłem zdobyć żadnego podsłuchu... To byłoby naprawdę ciekawe.
    Przysunąłem mu kartkę i wieczne pióro. Słuchałem z uwagą, bardzo chcąc się nauczyć.
    - Zwykły szyfr podstawieniowy? - zdziwiłem się, że to mogło być aż tak proste. - Tylko jedna tabela, żadnych przesunięć? - nie dowierzałem. Sprawdzę to. Jeżeli mnie oszukał, marny jego los.
    Kończyliśmy, kiedy rozległo się głośne stukanie do drzwi.
    - Das Flittchen…! - zakląłem. Natychmiast uciszyłem Rosjanina gestem. – Przynieś meldunki z pierwszego dnia. Już! – warknąłem, pośpiesznie wrzucając zapisaną przez Yashanova kartkę do szuflady. – Proszę! – krzyknąłem, słysząc kolejną serię stuknięć.
    Freischer był wściekły. Widziałem to w każdym jego geście i w spojrzeniu, jakim obdarzył najpierw przechodzącego przez korytarz Yashanova, a potem mnie. Nie różniło się ono specjalnie, była w nim ta sama niechęć. Przełknąłem ślinę.
    - Stało się coś, herr hauptsturmführer? – zapytałem, siląc się na uprzejmość.
    Freischer zgromił mnie wzrokiem.
    - Z dziesięć minut widzę cię w sztabie, Schurz.
    - Tak jest.
    Wyszedł jeszcze szybciej, niż się tu pojawił. Spojrzałem na zatrzaśnięte drzwi.
    - Yashanov, zgarnij Morozowa. – stwierdziłem lodowatym, niezdradzającym czającego się głęboko we mnie strachu, głosem. - Macie te swoje kilka godzin. I lepiej, żeby były jakieś efekty.
    Zabrałem klucze, sprawdziłem, odruchowo upewniłem się, czy pistolet tkwi w kaburze przy moim pasie, po czym wyszedłem, po drodze nakazując kilku szeregowym pilnować, by żaden z jeńców nie wybrał się na spacer.

    OdpowiedzUsuń
  22. - Nie wiem - stwierdziłem z naciskiem. Na początku myślałem, że to zwykła kontrola. Ale nagłe wezwanie do sztabu oznaczało zwykle niespodziewaną i bardzo niepomyślną sytuację. Fakt, że Freischer pofatygował się po mnie osobiście, zamiast kogoś wysłać, sprawiał, że nie podobało mi się to jeszcze bardziej. W dodatku... byłem zwykłym obersturmführerem. Po co potrzebowali mnie w sztabie?
    Idąc do budynku służącego jako tymczasowe biuro operacyjne, bardzo starałem się nie zdradzać oznak zdenerwowania. Nie znosiłem, kiedy coś nagle burzyło rutynę. Wolałem działać według jakiegoś planu, wiedzieć, co za chwilę.
    Kiedy dotarłem do sztabu, wszyscy już czekali. Chciałem wejść jakoś bokiem, nie robić zamieszania, ale zgromadzeni na sali oficerowie od razu spojrzeli w moją stronę. Generał, major, paru kapitanów... I że ja niby... ja do nich? Zmieszany, zasalutowałem. Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, odezwał się Freischer.
    - To jest ten obersturmführer, o którym panom wspomniałem. - Miał całkowicie nieprzeniknioną minę. Poczułem, jak po plecach spływa mi strumyczek zimnego potu.
    ***
    Narada trwała trzy i pół godziny. Wróciłem do swojej kwatery z trudem powstrzymując drżenie rąk. To się nie uda. To idiotyzm, żeby polegać na... Ale nie mieliśmy teraz wyboru. Nasi kryptolodzy nie znali tego szyfru. Oczywiście, przesłano wiadomość do Berlina, ale liczył się każdy dzień. Zwłaszcza, że dowództwo Wehrmachtu wysyłało dwie swoje dywizje jako wsparcie dla Grupy "Południe". Jeżeli Sowieci zamierzali nas teraz zaatakować...
    Nim wszedłem, przez chwilę nasłuchiwałem pod drzwiami. To był już właściwie odruch. Pilnujący budynku szeregowi zapewnili mnie, że jeńcy nie sprawiali problemów. Odesłałem ich. Wszedłem do środka. W gruncie rzeczy byłem zaskoczony, że dwaj Rosjanie niczego nie kombinowali. Wykombinują aż za bardzo, jak się nie będę spodziewał, pomyślałem kwaśno.
    Wszedłem do Yashanova. Podszedłem do biurka, przy którym siedział. Wyjąłem z kieszeni złożoną na cztery kartkę.
    - Masz niebywałe szczęście. Albo obaj mamy jeszcze bardziej niebywałego pecha - wycedziłem. - W sztabie uznali, że jesteś pieprzonym specem od szyfrów. - Zamilkłem na moment, bezskutecznie usiłując wyciszyć nerwy. Powiedzenie tego, co mu musiałem powiedzieć, chyba przekraczało moje możliwości. Wziąłem głęboki wdech. - Jeżeli tego nie rozwikłamy, staniemy przed plutonem egzekucyjnym. Ty za bunt, Morozov za politykę, a ja za zdradę. Mamy dwa dni.
    Położyłem przed nim gęsto pokryty cyrylicą papier.
    - Sprawdziłem, to nie jest to, czego mnie dziś uczyłeś.

    OdpowiedzUsuń
  23. - Wspaniale, że chociaż tobie jest do śmiechu – burknąłem, opierając się ciężko o ścianę. Całe swoje dorosłe życie poświeciłem służbie Rzeszy. Robiłem wszystko, co tylko było trzeba. A teraz… Za zdradę. Tylko dlatego, że złamałem rozkaz Freischera dotyczący akurat tej grupy jeńców. On musiał coś wiedzieć… Musiał się domyślić, może ktoś mu zdradził, że podejrzewałem go o powiązania z grupą spiskowców. Dlaczego byłem wtedy tak cholernie głupi? Dlaczego , mając go właściwie na widelcu, uwierzyłem w jego intencje, zamiast donieść gdzie trzeba, póki miałem okazję?
    Ukryłem warz w dłoniach. Za zdradę, kurwa. A niedoczekanie!
    - To informacja z pewnego źródła, niestety. – Konkretnie od najlepszego agenta w Armii Czerwonej, jakiego mieliśmy, ale tego wolałem mu nie mówić. –Na pewno nie jest to szyfr jednorazowy. Znaki się powtarzają, musi istnieć jakaś logika. Nasz kryptolog sugerował, że to może być coś podobnego do algorytmu Vigenère'a, ale nawet jeśli… nie mamy klucza. Myślę, że od tego powinniśmy zacząć.
    Odetchnąłem ciężko. W tej chwili nie ruszały mnie nawet złośliwości Yashanova. Mógł gadać, co chciał, i tak bardziej by mnie nie wkurzył.

    OdpowiedzUsuń
  24. - Chyba nie sądzisz, że podam ci jego nazwisko – prychnąłem. Prawda była taka, że nawet gdybym chciał mu powiedzieć, nie mógłbym, bo zwyczajnie nie znałem danych owego agenta. Wiedziałem tyle, ile przekazali mi w sztabie. W obliczu gry wywiadów byłem zaledwie płotką, niewiele lepszą od Yashanova.
    Przez kolejne godziny zdążyłem obejrzeć zaszyfrowaną wiadomość na wszystkie możliwe sposoby. I nic. Ani o krok nie zbliżyliśmy się do rozwiązania. Patrzyłem, kląłem, potem znów patrzyłem i z każdą sekundą czułem się większym durniem. Czas pędził, w moim odczuciu z zawrotną wręcz prędkością. Byłem boleśnie świadomy każdej upływającej minuty.
    Nie wiem, jak to się stało, że zasnąłem. W którymś momencie (nie byłem nawet pewien, jaka to pora dnia czy nocy) nadwątlone bezpieczniki mojego organizmu ostatecznie się przepaliły i po prostu urwał mi się film.
    ***
    Przebudzenie przypominało nagłe oberwanie czymś ciężkim. Kiedy dotarło do mnie przy kim, jak i gdzie zasnąłem, poważnie się zdziwiłem, ż nadal żyję. Przytłoczyła mnie świadomość własnej głupoty. Nie ważne, od ilu godzin nie spałem. Czujność to podstawa. Tyle miesięcy wbijano nam to do głów. Tyle lat sam powtarzałem to swoim ludziom. A teraz co? Zasnąłem. Jak pieprzony, nieprzeszkolony, niefrasobliwy gówniarz. Otrząsnąłem się z resztek senności. Yashanov przed chwilą chyba czymś cisnął.
    - Swoim rzucaj – burknąłem, wkurzenie na samego siebie szukało ujścia pod dowolną postacią.
    - Tak. – Wstałem, zdecydowany przyprowadzić tutaj kryptologa, bodaj siłą. Zdawałem sobie sprawę, że w tej chwili nieomal wypełniam polecenie jeńca, ale istniały ważniejsze rzeczy, niż moja urażona duma. Kilkanaście minut później wróciłem z kryptologiem. Chudy, przygarbiony szatyn jedynie skinął mi głową, Rosjanina jakby w ogóle nie zauważał. Natychmiast zajął się szyfrem. Raz jeszcze spróbowałem cokolwiek wychwycić. Bezskutecznie. Wiedząc, że w tej chwili i tak do niczego się nie przydam, poszedłem zrobić kawę. Szczęśliwym zrządzeniem losu w paczce, którą miesiąc temu wysłał mi ojciec, jeszcze troszkę zostało.
    - Proszę bardzo, na szczęście. Ostatnie okruszki prawdziwej kawy, prosto z Rzeszy – ironizowałem, stawiając na blacie trzy kubki. Jeden musiał być mokry od spodu, bo mimo, że obchodziłem się z nimi ostrożnie, na rozłożone na stole kartki spadło kilka kropel. Zakląłem. Pochyliłem się nad ramieniem kryptologa, żeby ocenić szkody. Przyjrzałem się uważnie…
    - Tu coś jest – mruknąłem, zaskoczony. Tam, gdzie kartkę naznaczyła wilgoć, między wersami szyfru pojawiły się jakieś litery. Atrament sympatyczny..?
    - Cyrylica? – Kryptolog nie umiał po rosyjsku. Zmarszczyłem brwi.
    - Raczej… lustrzane odbicie cyrylicy. – Podsunąłem kartkę Rosjaninowi. – Zerknij.

    OdpowiedzUsuń
  25. Kiedy dostrzegłem zaskoczenie Rosjanina, mimowolnie wykrzywiłem wargi w czymś, co od biedy można byłoby uznać za cień uśmiechu. Ten trzeci kubek przyniosłem jakoś odruchowo, nie zastanawiając się nad tym, że stawiam go przed jeńcem. Po prostu, przy pracy było nas trzech. Zadziałał odruch, bo nigdy wcześniej nie przebywałem z żadnym nie-Niemcem na tyle długo, by potraktować go jako jeszcze jednego współpracownika. A może po części wpłynęła na mnie aura pewności siebie, jaka otaczała tego mężczyznę? Większość jeńców, z którymi się zetknąłem, starała się nie rzucać w oczy, nie dać zapamiętać.
    Poczułem nieopisaną ulgę, kiedy moje podejrzenia co do ukrytego tekstu znalazły potwierdzenie. Dowiedzieliśmy się czegoś, byliśmy o krok bliżej rozwiązania. Tylko to się teraz liczyło.
    Czując na sobie spojrzenie Yashanova, uniosłem wzrok, ze spokojem patrząc w jego ciemne oczy.
    - Póki jesteś wśród ludzi, mów po ludzku. Nie po to siedzisz w mojej kwaterze, zamiast w baraku, żebym tu słyszał rosyjski – powiedziałem stanowczo, ale nie podnosiłem głosu, nie było takiej potrzeby. Kryptolog uśmiechnął się, wyraźnie rozbawiony. Zignorowałem to. Psu Freischera lepiej się nie narażać. Podniosłem ze stołu kartkę z szyfrem.
    - Dziękuję za współpracę – stwierdziłem całkowicie wypranym z emocji głosem. Kryptolog zrozumiał aluzję. Zebrał swoje rzeczy. Wyciągnął w moją stronę rękę, ale jej nie uścisnąłem. Wyszedł, zmieszany. Odetchnąłem.
    - Na przyszłość, waż słowa – zwróciłem się do Yashanova. – Nie każdy tutaj jest tak wyrozumiały, jak ja.
    Wyszedłem bez słowa, przecież nie będę się tłumaczył przed jeńcem.
    ***
    Zaniosłem szyfr do przełożonego Freischera. Dla własnego bezpieczeństwa, zdecydowałem się pominąć swojego dowódcę. Podejrzewałem, że to on wplątał mnie w to bagno. Gdybym pokazał szyfr jemu, istniałoby ryzyko, że informacja „zgubi się” po drodze. Albo, że stając finalnie przed plutonem egzekucyjnym, dowiem się, że szyfr rozwikłał Freischer. Niedoczekanie.
    Starając się nie zwracać uwagi na wyższość, z jaką traktował mnie oficer, przedstawiłem wnioski, do których doszliśmy.
    - Uznałem, że zaszyfrowana informacja tej rangi nie powinna być odczytywana w mojej obecności – uzasadniłem, dlaczego chcę zdać się na wyznaczonych przez niego tłumaczy, choć sam znam rosyjski i mam do dyspozycji dwóch radzieckich jeńców. W rzeczywistości wolałem, by ewentualna złość za znikomą wartość informacji skupiła się na tłumaczu, zamiast na mnie. Ostatecznie, ja odpowiadałem tylko za rozszyfrowanie, nie za samą treść wiadomości.
    ***
    Wróciłem niedługo później. Otarłem zroszone potem czoło. Odwiesiłem na wieszak mundurową bluzę. Rozpiąłem dwa górne guziki koszuli, podwinąłem rękawy. Czułem się cholernie zmęczony, ale dopóki nie dowiem się, co z szyfrem, i tak nie będę w stanie zasnąć. Wróciłem do Rosjanina, ciekaw, czy zdążył przejrzeć wszystko, co miałem w biurku. Że próbował, jakoś nie miałem wątpliwości. Prócz niedokończonego listu do Grety i kartki z wyjaśnieniami Yashanova, dotyczącymi zmienionej cyrylicy, w szufladzie był jeszcze tylko jeden z ostatnich numerów „Das Schwarze Korps”, w którym opisano wzięcie do niewoli syna Stalina i ostatnie zwycięstwo Afrika Korps nad Brytyjczykami. Wszystkie istotne rzeczy trzymałem gdzie indziej.
    Wszedłem do pokoju, zachowując się dość cicho, ale bez przesady. Byłem u siebie.
    …a przynajmniej tak powinienem się czuć. Prawda była taka, że nienawidziłem i tej kwatery, i całego ZSRR.
    - Pokaż mi, do czego doszliście z Morozovem. Potem zadam ci kilka pytań i będziesz mógł odpocząć. – Domyślałem się, że w jego stanie, potrzebuje snu jeszcze bardziej, niż ja. Mógłbym pozwolić mu odpocząć nawet teraz, ale sądziłem, że zmęczenie mogło osłabić jego zdolność panowania nad sobą i łatwiej uzyskam informacje.

    OdpowiedzUsuń
  26. Zatrzymałem się na chwilę, widząc, że Rosjanin stoi właśnie przy oknie. Na jego miejscu także wyjrzałbym na zewnątrz. Zaskoczyło mnie to podobieństwo.
    Kiedy objaśniał mi dalsze plany Sowietów, analizowałem uważnie każde zdanie. Zmarszczyłem brwi, widząc, jak omija kilka ważnych moim zdaniem punktów. Mówił prawdę i Rosjanie chcieli nas zmylić, czy kłamał? I co z Moskwą? Powstrzymałem się od komentarzy. Dopiero na sam koniec spytałem, dlaczego tak sądzi.
    Byłem niemal pewien, że mnie oszukał. Czułem się zawiedziony, ale nie dawałem tego po sobie poznać. Nastawiłeś się na zbyt łatwy sukces, Sigmar. Zupełnie, jak wtedy, w Linz. Zawalasz sprawy uczuciowe i zawodowe z dokładnie tego samego powodu.
    Odsunąłem się od biurka. Oparłem się plecami o ścianę.
    - Potrzebuję dowiedzieć się o tobie kilku rzeczy, ale nie chcę cię przesłuchiwać – zacząłem spokojnie. – Co powiesz na układ pytanie za pytanie? Pięć dowolnych pytań, ty zaczynasz.

    OdpowiedzUsuń
  27. Zawahałem się na moment. Tylko prawdziwe odpowiedzi… Czy to na pewno dobry pomysł? Choć, z drugiej strony, może warto zaryzykować. Tylko tak mogłem się czegokolwiek dowiedzieć. Jeżeli zapyta mnie o coś, czego nie mogę zdradzić, odpowiem wymijająco. Niech mu będzie.
    - Zgoda.
    Swoją drogą, byłem ciekaw, czy mi uwierzył. Ostatecznie, żaden z nas nie miał gwarancji prawdomówności drugiej strony, w dodatku, byłem na uprzywilejowanej pozycji.
    Uniosłem brew, słysząc pierwsze pytanie. Sam nie wiem, czego się spodziewałem. Czegoś trudnego… i w tym jednym akurat trafiłem.
    - Potrzebowałem kogoś do roboty, nie pierwszy raz. – Wzruszyłem lekko ramionami. To była ta prostsza cześć motywacji. Zawahałem się. Wiedziałem, że powinienem na tym zakończyć i tym samym jednoznacznie określić nasze relacje, ale… pokusa była zbyt wielka. Czasem miałem wrażenie, że nie tylko mój adiutant miał skłonność do hazardu. Tylko że jego pociągało ryzyko związane z wygraną lub przegraną materii, a ja wolałem dreszczyk emocji w relacjach międzyludzkich. Spojrzałem na niego pewnie, twardo. – Ale to nie był jedyny powód. – Urwałem, słysząc dobiegające z zewnątrz komendy. Przymknąłem oczy. Emocje okazały się jednak zbyt silne. – Tutaj, pod Smoleńskiem, zginął mój młodszy brat. Był sanitariuszem. Bardzo… dobrym sanitariuszem. – Rozumiałem to dopiero teraz. Egon nigdy nie zostawiłby rannego. Ratowanie innych było jego życiem bardziej, niż cokolwiek. Może gdyby matka trzymała go na dystans, jak mnie, nie czułby takiej presji, kiedy umierała. Był wtedy zaledwie dzieciakiem… Poczułem gulę w gardle, przypominając sobie te jego rozpaczliwe pytania… i milczenie, kiedy ani ja, ani ojciec nie potrafiliśmy mu powiedzieć, że nie ma nadziei. Czasem, pogrążając się we wspomnieniach, czułem ogromny żal, że wtedy nie oszczędzono mi prawdy. Potrzebowałem chwili, by zapanować nad emocjami. Wziąłem głębszy wdech. - Kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy, byłem w amoku. Chyba chciałem zemsty, a ty, leżąc na ziemi, spojrzałeś na mnie tak, jak nieraz patrzył mój brat, jeśli w jego mniemaniu postąpiłem jak zupełny skurwysyn. Zapamiętałem cię.
    Odczekałem chwilę, by mój głos brzmiał, jak zawsze, by nie zmiękczały go emocje. W Rzeszy nie ma miejsca dla słabych.
    - W jaki sposób dostałeś się do niewoli? – Początkowo chciałem zapytać o coś innego, ale zaciekawiła mnie ta kwestia. Słyszałem, że Sowieci nie uznają poddawania się. Zrozumiałbym to u tchórza, ale Yashanov wyglądał mi na raczej odważnego. Liczył, że w jakiś sposób przeżyje? Ciekawe. Zakładałem raczej, że radziecka propaganda wręcz podkoloruje to, co robiliśmy z jeńcami.

    OdpowiedzUsuń
  28. - Wątpię. – Zdziwiłem się, jak beznamiętnie i chłodno zabrzmiał mój głos. – Nie zaprzeczaj. Takie mamy czasy.
    Ta uporządkowana, racjonalna cześć mnie, która na szczęście zazwyczaj przyćmiewała tę emocjonalną, wiedziała, że prowadząc wojnę dwóch ras, musieliśmy liczyć się ze stratami. Że nie dało się ich uniknąć, ale, mimo wszystko, było warto ją rozpocząć, bo jak można porównywać życie jednego człowieka, jednostki, z dobrem całego narodu? Konieczność poświęcenia wydawała się tu naturalna.
    Kiedy próbował najwyraźniej przemówić do moich emocji, zdałem sobie sprawę, że odsłoniłem się za bardzo. Nie patrzyłem na niego. Rozsądek zwyciężył, obeszło mnie to mniej, niż Yashanov by chciał. Byłem draniem? Może, ale czy jest nim człowiek stawiający wyżej swoje dobro, niż los zwierzęcia? Przecież to analogiczna sytuacja. Można żałować zwierząt, ale nie w trakcie wojny, na której giną ludzie.
    - Jednym słowem miałem szczęście, że nie udało ci się ich zrealizować – wykrzywiłem wargi w ponurym grymasie.
    Wytrzymałem jego spojrzenie. Czekałem.
    Słysząc wymijające pytanie, pokręciłem głową. Nie, to nie było jasne.
    - Przy waszych zasadach prędzej popełniłbym samobójstwo, niż pozwolił się schwytać.
    Milczałem przez dłuższą chwilę.
    - Musieli cię bardzo cenić. – Zastanawiałem się, czy moi ludzie zrobiliby to samo, czy także by mnie nie opuścili, nawet wbrew rozkazowi. Dopóki wygrywaliśmy, szli za mną w ogień.
    Spiąłem się nieco, słysząc następne pytanie. Z trudem, ale jednak, zachowałem kamienną twarz. Stłumiłem tlącą się we mnie złość. Sam do tego doprowadziłem, sam zacząłem go traktować inaczej, niż innych jeńców. Uniosłem na niego wzrok, starając się, by na mojej twarzy nie było widać ani cienia niepewności. Podjąłem wyzwanie. Podszedłem bliżej, zmniejszając dzielącą nas przestrzeń do metra.
    - Może jestem taki tylko wobec ciebie..? – to było coś między pytaniem a sugestią. – Naprawdę chcesz wiedzieć akurat to? - Zastanowiłem się chwilę, decydując się potraktować pytanie poważnie. – Skończyłem szkołę oficerską, nie musiałem zaczynać jako szeregowy. Byłem w partii, moja rodzina nie budziła najmniejszych zastrzeżeń, więc kiedy, jeszcze przed wojną, zgłosiłem się do Waffen-SS, przyjęli mnie z otwartymi ramionami. – Jak można się było domyślić, miało to znaczenie. – Awansowałem na Bałkanach, za udaną akcję. A wcześniej… Wcześniej też za udaną akcję – uciąłem nagle. Mój głos stwardniał, kiedy próbowałem nie dopuścić do siebie wspomnień. Najbardziej chciałem zapomnieć tamten dzień, ale choć minęły ponad cztery lata, nadal widziałem każdy szczegół.
    Zastanowiłem się nad następnym pytaniem.
    - Co robiłeś przed wojną? Studia, praca, rodzina?

    OdpowiedzUsuń
  29. Uniosłem brew, nie rozumiejąc ichniej logiki. W zasadzie… zaskoczyło mnie, że w ogóle próbuję zrozumieć. Przyzwyczaiłem się, że pewne rzeczy należy po prostu przyjąć do wiadomości.
    Słysząc o tym, że Yashanov nie prowadził swoich ludzi na ślepo, byle w imię rozkazu z góry, mimowolnie poczułem wobec niego cień sympatii. Ciekawe, czy jego dowódca był równie durny, jak mój. Prawdopodobnie jeszcze głupszy, skoro przegrali.
    Kiedy się do niego zbliżyłem, trudno było nie zauważyć jego dyskomfortu. Bał się mnie albo tego, co zrobię, czy chodziło o coś innego? Uniosłem brew, słysząc wypowiedziane szeptem stwierdzenie. Tylko tyle..? Tym razem bez bezczelności? Obserwowałem go, zastanawiając się, o czym teraz myśli.
    Zignorowałem jego kpiący uśmieszek. Albo się przyzwyczaiłem, albo… Mniejsza o to. Bezwiednie podążyłem wzrokiem za ruchem jego palców. Przez chwilę miałem ochotę jeszcze bardziej zmniejszyć dystans, tkwiłem jednak w miejscu.
    - Masz narzeczoną. – Chłodne, jak zwykle pozbawione emocji stwierdzenie, zaprzeczające uwierającej mnie gdzieś w środku, niechcianej myśli. Nie potrafiłem określić tego, co czułem. Jakaś dziwna mieszanina zawodu, niechęci, pragnienia i racjonalnej krytyki żarła mnie jak podstępny, uporczywy pasożyt. Zaskoczył mnie, kończąc opowieść tak swobodnym tonem. Miałem już coś powiedzieć, równie spokojnie, gdy usłyszałem następne zdanie. Zamarłem w bez ruchu, oczekując , do czego zmierza. Mentalnie przygotowywałem się na atak.
    Kiedy podszedł bliżej, w moich oczach wyraźnie odbiło się zaskoczenie. Moje mięśnie stężały, gdy niemal poczułem bijące od jego ciała ciepło. Chciałem się odsunąć, teraz, natychmiast, zanim on się zorientuje. Przecież to musi być widać. Za długo na niego patrzę. Za często o nim myślę. „Jesteś za miękki”. Chodziło mu o to? Wie? Domyśla się? Serce biło mi zdecydowanie za mocno, głuche echo krwi dudniło w uszach. Ani drgnąłem. Gdybym się odsunął, uznałby, że wygrał. Przełknąłem ślinę. Dlaczego ten jego szept jest taki cholernie zmysłowy..?
    - Bo sobie radzimy – warknąłem, bezwiednie zaciskając pięści. – Rozumiem, że to twoje trzecie pytanie – mój głos był jednoznacznie wrogi. – Jest specjalny paragraf, wystarczy przeczytać, Yashanov. Ale jeżeli tak bardzo chcesz, mogę ci pokazać – zawiesiłem głos. – Dobrze wiesz, że każde robactwo próbuje się ukrywać. To także.

    OdpowiedzUsuń
  30. To wszystko działo się zbyt szybko, a on zbyt mocno na mnie działał, bym potrafił podtrzymać topniejącą z każdą chwilą maskę niechęci. Z jednej strony nienawidziłem go za to, że to we mnie budził. Z drugiej… Chciałem mieć go blisko. Dwie sprzeczne racje walczyły ze sobą, objawiając się jednoczesną niepewnością i gniewem.
    „ Nie widać... ale jak dla mnie to dobrze”.
    Serce zabiło mi mocniej. Skrzywiłem się, zirytowany własną… chyba nadzieją. Wyjątkowo durną, nieprzyzwoitą nadzieją, że może jednak coś z tego będzie. Połowicznie zarejestrowałem, że chciał, by mu pokazać paragraf. Równie częściowo dotarło do mnie, że powinien dostać w pysk za samo to „pokaż”, jakby mi, psia jego mać, rozkazywał… Ale moje zmysły były tak ogłupiałe, że jedynym, na co się zdobyłem, była próba zwiększenia dystansu. Nie udało mi się. Czując chwyt na koszuli, odruchowo sięgnąłem po broń. Nie myślałem, zareagowałem instynktownie. Jak na atak. Powietrze przeszył cichy trzask odbezpieczanego pistoletu… I wtedy poczułem jego wargi na swoich. Znieruchomiałem. Szok odebrał mi mowę, myśli zmieszały się w bezładny chaos. Broń wypadła mi z ręki i stuknęła o podłogę. Zachłysnąłem się jego bliskością, zapachem, smakiem jego ust. Otrzeźwiło mnie to subtelne ugryzienie. Zakazane pragnienie zderzyło się ze świadomością. Całował mnie facet. Jeniec. Słowianin. Wcześniejsza burza myśli wymieszała się z gniewem. Odepchnąłem go, mocno, prędko, jakby w panice.
    - Nie chcę – nieprzemyślane, zbyt szybkie, zbyt miękkie słowa. Sigmar, kurwa!
    Odsunąłem się ze wstrętem, byle tylko go już nie dotykać. Otarłem usta rękawem. Serce łomotało mi jak po gwałtownej walce.
    - Co ty sobie wyobrażasz! Co ty, pierdolona twoja mać… - Zamachnąłem się, chcąc mu przywalić w tę zboczoną mordę, ale zatrzymałem pięść tuż przed jego twarzą. Co to da? Po raz pierwszy od wielu lat poczułem się po prostu bezradny. Opuściłem rękę. – Ty nawet na to nie zasługujesz – mruknąłem, odwracając się na pięcie. – Nawet na to.
    Wyszedłem, trzaskając drzwiami. Musiałem ochłonąć. Oparłem się czołem o ścianę w korytarzu. Dotknąłem wciąż gorących po tym durnym pocałunku ust. Zacisnąłem powieki, nagle zmęczony. „Nie chcę”.
    Przekażę go komuś. Niech odwali z kogoś robotę, najlepiej najgorszą z możliwych. Niech zdycha, w brudzie, głodzie, cholera, nawet w gnoju. Tak, zaraz po kogoś pójdę, niech go zabierają. Jak najszybciej. Nawet niechby go zlikwidowali… dla mnie to nawet lepiej. Co mnie to obchodzi! Nie zależy mi. Nigdy poza jednym, jedynym razem mi nie zależało.
    - Ciota cholerna – syknąłem, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że wulgaryzm pod adresem Yashanova nie pozostał jedynie w sferze myśli.
    Właśnie, pod jego adresem? Czy raczej pod twoim? – usłyszałem w swojej głowie upierdliwy, budzący jeszcze większą niepewność głos. Podobało ci się, to, co z tobą robił. Dobrze wiesz, że tak…

    OdpowiedzUsuń
  31. Odwróciłem się, słysząc jego kroki. Czyniony przez podkute buty hałas wydawał mi się w tej chwili irytująco głośny. Po jakiego czorta tu przylazł..? Chciałem zostać sam, choć na chwilę. Uspokoić się, a potem załatwić sprawę jeńców, najlepiej obu, jak przystało na niemieckiego oficera z ilorazem inteligencji choć odrobinę większym, niż Meyera, najlepiej jak najszybciej. Nie myśleć, nie czuć.
    Yashanov jak zwykle mi na to nie pozwolił.
    Spojrzałem na niego, nadal wkurzony... a potem dostrzegłem, co trzymał w rękach. Broń. Dokładniej moja broń. Sigmar, debilu! No to już po tobie. Poczułem, jak krew zastyga mi w żyłach. Bałem się. Zastrzeli mnie? Szanse wynosiły pewnie jakieś 95 procent. Ale… dlaczego nie strzelił, zanim się odwróciłem? Musiał mnie widzieć, zdążyłby. Więc..? Rozwiązanie przyszło błyskawicznie, powodując, że po moim karku spłynął lodowaty strumyczek potu. Wykończyłem dwóch jego ludzi, a jego samego upokorzyłem, bo byli bezbronni. Teraz role się odwróciły. Jemu nie chodzi o moją śmierć. Chce zemsty, której, oczywiście, nie przeżyję.
    Zacisnąłem zęby. Nie będę go błagał o litość. Zastrzeli mnie tak czy inaczej… i oby od razu.
    - Najwyraźniej – stwierdziłem. – No, zrób to. Zabij jedyną osobę, która dbała, byś nie zdechł przez niemal tydzień, choć byłeś potrzebny przez dwa dni. Dalej, szkoda czasu. Przecież po to przyszedłeś. – Z każdym słowem przysuwałem się bliżej o kolejne centymetry. Ostrożnie, powoli… Jeżeli uda mi się odepchnąć jego rękę, pierwszy strzał chybi. Zanim ponownie naciśnie spust, może zdążę go obezwładnić. Może.
    Kiedy odwrócił pistolet, nie zdołałem ukryć zdumienia. Zatrzymałem się w miejscu. Podał mi broń. Wyciągnąłem rękę, nieufnie, spodziewając się podstępu… który jednak nie nastąpił. Tak po prostu mi ją oddał. Przez chwilę trzymałem pistolet w dłoni. Otworzyłem go, przypuszczając, że nie znajdę w środku magazynka.
    Był.
    Nie rozumiałem. Schowałem broń do kabury. Coś mi tu… Coś nie gra. O czymś nie pomyślałem. Przecież to byłoby bez sensu, gdyby tak po prostu oddał mi broń. Nikt by tak nie zrobił. Zmarszczyłem podejrzliwie brwi.
    - Pokaż kieszenie – rozkazałem.
    Zawahałem się, nim odpowiedziałem:
    - Trzecie pytanie miało brzmieć: co wiesz o Morozovie. Czwarte: jakie dokładnie i w jakiej jednostce zajmowałeś stanowisko. Piąte… Piąte nie ma w tej chwili znaczenia jeszcze bardziej, niż dwa poprzednie. – Urwałem na chwilę. - Obiecałem ci coś, pamiętasz? Dotrzymam tego. – Zamilkłem, patrząc na niego z jakimś nowym, dziwacznym uczuciem. Od pierwszych dni szkolenia mówiono nam, że Rosjanie i w ogóle, wszystkie ludy środkowo-wschodniej Europy to podstępne, zdradzieckie gnidy. Wierzyłem w to bez zastrzeżeń. Teraz… Przed chwilą jedna z owych „zdradzieckich gnid” oddała mi broń, choć, jak przypuszczałem, każdy inny wróg na jego miejscu skorzystałby z okazji i odstrzelił mi łeb, albo, kierując się logiką, spróbował zmusić szantażem do ułatwienia ucieczki.
    Spuściłem wzrok. Potem znów na niego spojrzałem. Wziąłem głębszy wdech.
    - Dziękuję.
    Przyjrzałem się jego twarzy. Westchnąłem.
    - Zrobiłeś to… ten… pocałunek, żeby mnie sprawdzić – stwierdziłem cicho. - Podobam ci się chociaż?

    OdpowiedzUsuń
  32. Tak po prawdzie, nie spodziewałem się odpowiedzi na swoje pytania. Powiedziałem mu o nich, bo zapytał. Nie było w tym niczego więcej, nie zastanawiałem się nad tym. Kiwnąłem nieznacznie głową, akceptując taką informacje o drugim jeńcu. Mogłem się tego sam domyślić, ale liczyłem, że jeżeli podpytam ich o siebie nawzajem, być może któryś zdradzi coś przydatnego. Ostatecznie, łatwiej sypnąć kogoś, niż siebie samego.
    Oczywiście to, że zamierzałem, przynajmniej na razie, pozostawić ich obu przy życiu nie oznaczało, że tak po prostu dam im spokój.
    Przeanalizowałem każdy szczegół jego dalszej wypowiedzi, pod kątem przydatności informacji, chyba odruchowo. Poniekąd rozbawił mnie jego stopień w kontekście wieku. „Untersturmfuhrer” oznaczało młodszego dowódcę szturmowego. Mój stopień to po prostu „dowódca szturmowy”, a wydawało mi się, że Yashanov jest ode mnie parę lat starszy. Swoją drogą… ciekawe o ile dokładnie.
    Znów wykraczasz poza służbową wiedzę, skarciłem się w duchu. Nadal się nim, idioto jeden, interesujesz.
    - Wystarczy – potwierdziłem, wciąż ostrożnie. Nadal nie rozumiałem, co chciał osiągnąć, oddając mi wtedy broń. Przecież… On nie jest głupi. Ale każdy myślący człowiek wykorzystałby sytuację. Nie wyobrażałem sobie, by ktokolwiek spośród ludzi, których znam, łącznie ze mną, postąpił w ten sposób. To niezrozumienie, pomieszane z niedowierzaniem, sprawiało, że nie potrafiłem nie pohamować tlącej się we mnie cały czas złości.
    Widziałem, jak słysząc podziękowanie, nagle zatrzymał się w miejscu. Powstrzymałem niewyraźny uśmiech. Kiedyś się dowiesz, przeszło mi przez myśl, ale nie wypowiedziałem tego na głos. Jeśli tylko sam to zrozumiem.
    Dostrzegłem zastanawiający błysk w jego oczach, trochę jakby starał się ukryć wesołość. Chyba po raz pierwszy się do niego uśmiechnąłem. Tak normalnie, ciepło, bez ironii. Nie był to pełny gest, a zaledwie lekkie drgnienie ust, ale, mimo wszystko, widoczne. Zgasło niemal natychmiast, kiedy usłyszałem wypowiedź Rosjanina. Splotłem ręce za plecami, by nie widział, jak mocno i nerwowo zaciskam palce. Poczułem wewnątrz dziwne ukłucie, kiedy wymówił moje imię. Na pół świadomie wbiłem paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni.
    - Chcę być normalnym człowiekiem – słowa padły szybciej, niż je przemyślałem. Emocje, głupie, nieodpowiedzialne, niedojrzałe. Spokojnie, nakazałem sobie. – Ale dla twojej wiadomości, o nic – poprawiłem się, używając ostrzejszego tonu. Trochę jakby poprzedniego zdania nie było, jakby dało się je cofnąć, wymazać. Wziąłem głębszy wdech. Wiedziałem, że się nie da. Czułem się źle, obserwując, jak w obecności tego jeńca z każdą chwilą bardziej tracę nad sobą panowanie. W dodatku, nie chodziło już wyłącznie o gniew czy nienawiść… i to zaczynało mnie przerażać.
    - Idź spać, przyda ci się – mruknąłem. A potem zdałem sobie sprawę z dość niefortunnego faktu. W tym cholernym domu było tylko jedno łóżko.

    OdpowiedzUsuń
  33. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  34. Zagryzłem wargę, na moment wytrącony z równowagi nieoczekiwanym stwierdzeniem. Założyłem ręce. Korytarz wydał mi się nagle dziwnie przytłaczający. Postarałem się choć trochę rozluźnić, udawać, ze wszystko jest w porządku, ale skutek był raczej niezadowalający. Kiedy okazało się, że Rosjanin nie zamierza drążyć tematu, odczułem cień ulgi. Odsłoniłem się za bardzo, zdecydowanie za bardzo.
    Spojrzałem na niego, przechylając nieco głowę. Co ci chodzi po głowie..? Co planujesz?
    - Zaprowadzę cię. – To było chyba najrozsądniejsze, co mogłem w tej chwili zrobić. Było późno, bez sensu wydawało mi zrywać któregoś z będących na zasłużonym odpoczynku żołnierzy, by mnie wyręczył. Gdybym puścił go sam, któryś z wartowników mógłby go zastrzelić. Ale pozwolić Rosjaninowi nocować tutaj… Nie.
    No chyba, że na podłodze.
    Zawahałem się na moment, po czym podjąłem decyzję. Wszedłem na chwilę do sypialni. Ze stojącej w rogu szafy wyjąłem złożony w równa kostkę, szary koc. Podałem go Rosjaninowi.
    - Masz, żebyś bardziej nerek nie obtłukł. Tylko schowaj pod ubranie, żeby warta nie widziała.
    Wyszliśmy na zewnątrz. Było już ciemno, ale noc wydawała się ciepła. W porównaniu z gwarem dnia, wokół było cicho. Szedłem bez słowa, w jednym tylko momencie zatrzymując się, by ochrzanić palącego papierosa wartownika. Idiota ciężki… Ognik dało się zauważyć z daleka, nic tylko być snajperem i celować.
    Zaprowadziłem Yashanova do umiejscowionego na obrzeżach zajętego przez nas terenu baraku z blachy falistej, który dawniej służył chyba za składzik na jakieś sprzęty. Dom, do którego niegdyś przylegał, niemal doszczętnie spłonął.
    Wartę trzymało dwóch esesmanów, obaj z innego pułku. Nie potrzebowali większych wyjaśnień, po prostu jeden z nich otworzył nam drzwi.
    - Właź. Przyjdę po was o świcie – zapowiedziałem tak pełnym pogardy tonem, jakby wszystko, co miało miejsce w mojej kwaterze, nigdy się nie wydarzyło.
    Rzuciłem krótkie spojrzenie do wnętrza baraku. Małe, ciasne pomieszczenie o wylanej szorstkim betonem podłodze sprawiało obskurne wrażenie. Wewnątrz było ciemno, więc skuloną sylwetkę Morozova widziałem dość niewyraźnie. Pożegnałem się z wartownikami, powietrze na chwilę wypełniło pełne przekonania „heil Hitler!”. Odszedłem. Musiałem jeszcze załatwić jedną rzecz… Mianowicie nowy przydział dla jeńców.
    ***
    Widząc, kto przyszedł, Morozov uniósł brwi w wyrazie zdumienia. Poczekał, aż drzwi się zamkną, nie chciał rzucać się w oczy tym na zewnątrz. Obrzucił niechętnym spojrzeniem Mikhaila. Nie schudł. Był przesłuchiwany, przynajmniej tak twierdził jeden z tych szwabów, którzy pilnowali baraku, ale nadal mógł chodzić. I był czysty. Siergiejowi wydawało się to aż nazbyt podejrzane, zwłaszcza że sam wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Niemcy go karmili, a jakże, ale tymi popłuczynami, które mu dawali, nie nasyciłby się pies. A Yashanov… Kilka dni to aż za dużo, by zostać szpiclem.
    - Twój protektor miał cię dosyć? – spytał ironicznie.

    OdpowiedzUsuń
  35. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  36. Z ponurą miną obserwował, jak Mikhail siada. W jego wzroku skrywała się wyraźna zazdrość, że to nie on był tym lepiej traktowanym. Nie dostał nawet dziurawego prześcieradła, od kilku dni nocował na gołym, zimnym betonie. Wkurzało go, że Yashanov, akurat on, z tą swoją niewyparzoną gębą, najpierw najwyraźniej żył sobie w komforcie, a teraz jeszcze się do niego czepiał. I pomyśleć, że kiedy dowiedział się, że przeżył przesłuchania, nawet się ucieszył. Towarzysz w niedoli, tfu!
    - Akurat – parsknął. – Wywalił cię na zbity pysk i tyle.
    Słysząc oskarżenie pod swoim adresem, aż syknął z oburzenia.
    - Nic. Mu. Nie mówiłem, gnoju.
    Gównie dlatego, że nie bardzo mógł. Prawie nie znał niemieckiego, na pewno nie na tyle, aby mieć pewność, że niechcący nie mówi właśnie czegoś, co go pogrąża. Zanim Niemcy wyszukali kogoś mówiącego po rosyjsku, Freischer próbował go co prawda przesłuchiwać po angielsku, ale i tu efekt był opłakany. Rosjanin zdecydowanie nie był poliglotą.
    - O to samo mógłbym zapytać ciebie. Choć raczej nie muszę. Wnioskując z twojej czyściutkiej twarzyczki, sypałeś informacjami jak z rękawa… O czym już wiedzą? Założenia taktyczne? Następny cel? Wszystkie szyfry? Może plany Kremla?

    OdpowiedzUsuń
  37. Z trudem zdzierżył przytyk i ten parszywy grymas. Zdawał sobie sprawę, że jeśli chce przeżyć, nie może zrażać do siebie nikogo, kto ma tu cokolwiek do powiedzenia. Yashanov niby nie miał, ale, potencjalnie... Widział, jak tamten esesman gapił się na Mikhaila, kiedy pracowali. Wystarczyło zerknąć przez uchylone drzwi. Co jak co, ale patrzeć tak, by dostrzegać to, co inni chcieli ukryć, akurat potrafił.
    Szlag. W życiu by nie pomyślał, że kiedykolwiek ucieknie się do czegoś takiego, ale...
    W sumie, mógł płaszczyć się przed partią, może spuścić z tonu i tutaj. Byleby przeżyć.
    - Oby - mruknął. Tak naprawdę chrzaniłby te wszystkie informacje, gdyby miał pewność, że dzięki ich ujawnieniu przeżyje. Niech szwaby nawet do Moskwy wejdą, pies na to szczał. Oni i tak już wolni w ZSRR raczej nie będą. Gorzej, jeśli Yashanov sypnie i załatwi sobie przychylność Niemców, a on zostanie z niczym. Nie ufał mu za grosz... Ale sam niczego nie ugra. Rozumiał to aż nazbyt dobrze.
    - Wiesz coś konkretnego? - zapytał. Podniósł się z trudem, jęknął, zmuszony do rozprostowania obitego, zdrętwiałego ciała. Usiadł bliżej towarzysza, bez żenady zawłaszczając sobie jeden narożnik koca. - Ja słyszałem, jak Freischer gadał z jednym ważniakiem z innej formacji. Z Wehrmachtu chyba. Tamci ruszają na południe. Coś czuję, że szwaby pod Kijowem leją w gacie przed naszymi.
    Umilkł na dłuższą chwilę.
    - Mikha - zaczął pojednawczo. - Ja wiem, że bywało różnie, ale teraz siedzimy w tym samym gównie. Mniejsza, kto i co robił. - Oblizał nerwowo spierzchnięte, popękane wargi. - Trzeba przeżyć.
    Ucichł na kilka minut, zastanawiając się, jak mu to powiedzieć. Yashanov się nie zgodzi, był tego niemal pewien, ale, cholera, innej szansy nie mieli.
    - Mikha, ten... ten Schurz. On jest dziwny. Ma pod sobą całą kompanię... A łaził tam, gdzie pracowaliśmy. Od początku cię sobie upatrzył. Myślę, że on jest... no wiesz. Weź go uwiedź - powiedział to całkiem serio. Był krańcowo zdesperowany, wiedział, że nie mają tu żadnych szans na przeżycie. - Jak szwaby wygrają pod Moskwą, wstawisz się za mną u niego. Jak przegrają, będę za tobą świadczył, że się nie poddałeś, tylko szpiegowałeś dla ZSRR. Może naprawdę uda ci się coś od niego wyciągnąć.

    OdpowiedzUsuń
  38. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  39. Zignorował nieprzychylne spojrzenie, jak Yashanov chce mieć koc dla siebie, to niech o niego powalczy. On nie zamierzał rezygnować z tej namiastki wygody. W sumie, miał nawet gdzieś, skąd Mikhail ten koc dostał. Nawet jak od szwaba, to co? Teraz, dzisiaj, należał do nich…
    …A właściwie do Mikhaila, ale i tak zamierzał korzystać.
    - Tak mi się wydaje, tak słyszałem – potwierdził. – Sam wiesz, że ledwo co rozumiem z tego ich szwargotu. – Słysząc, jak Yashanov wieszczy radzieckim wojskom przegraną, skrzywił się, zirytowany. – Nie ma niepokonanych armii. Nie ma i koniec. Najpierw my dostaliśmy po dupach, teraz przyjdzie czas na nich. Tym razem im się nie uda, zobaczysz. – Oby tylko tego dożyli.
    A wiesz, co mnie ta twoja przyjaźń…, pomyślał, ale nie powiedział tego na głos. Wręcz przeciwnie, zmusił się do przepraszającego uśmiechu. – A liczyłem, że w obliczu rychłej śmierci mi wybaczysz – mruknął z udawanym żalem.
    Widział, jak Mikhail się spina. Z jednej strony mu się nie dziwił, z drugiej… cholera, inaczej nie przeżyją. Może uda im się przedłużyć egzystencję o dzień, dwa, może tydzień. Ale co potem? Rozumiał, że to trudna decyzja i wolał nawet nie zastanawiać się, co zrobiłby na jego miejscu. „Zastanawiać się”. Komfort, na który dziś już nie było miejsca.
    - Wal się – burknął, sam miał jeszcze mniej siły, niż Yashanov, więc odepchnięcie go sprawiło, że prawie się przewrócił. Odsunął się z ponurą miną. – Dureń. Jeńcem jesteś, wiesz? Zauważyłeś? Podczłowiekiem dla nich! Ten szwab i tak dostanie, czego chce, pytał cię nie będzie. A tak przynajmniej byśmy coś z tego mieli – stwierdził, obrzucając pełnym złości wzrokiem owiniętego kocem towarzysza. Zdawał sobie sprawę, że przegiął, przygotowywał się na to, że zaraz oberwie, ale desperacja zrobiła swoje: to był ten moment, kiedy tchórzostwo rodziło jakiś rodzaj pseudo-odwagi.
    Widząc, że nic nie wskóra, skrzywiony, skulił się na podłodze w najbardziej oddalonym od drzwi rogu baraku.
    ***
    Leżałem na boku, z podciągniętymi pod brodę kolanami. W pokoju było ciemno, grube, zaciągnięte zasłony nie przepuszczały księżycowego światła. Świeżo zmieniona pościel była nieprzyjemnie chłodna. Przewróciłem się na drugi bok. Niemal czułem na ustach wspomnienie dotyku jego warg. Ciepłe, miękkie, takie… przyjemne. W głowie szumiało mi od natłoku myśli, emocji. Wyobraźnia namolnie podsuwała mi, jak mogłoby być, gdyby nie skończyło się na tym jednym pocałunku.
    Przewróciłem się na plecy. Wlepiłem wzrok w sufit. Muszę przestać o tym myśleć. W ogóle, o nim.
    Czemu go odepchnąłem..? Mógłbym chociaż… Wyobrażenie o tym, jak odwzajemniam pocałunek, jak jesteśmy jeszcze bliżej, namiętniej, nie pozwalało mi trzeźwo myśleć.
    Ciśnięta w złości poduszka przeleciała przez cały pokój i pacnęła w ścianę.
    Marzysz o nim bardziej, niż o swoim pierwszym. Ogarnij się. .
    Siedziałem na tym głupim łóżku, rozdarty jak nigdy. Przez całą wojnę udało mi się utrzymywać pozory. Miałem szczęście, że jeszcze zanim zaostrzyli paragraf, brzydziłem się chodzenia do klubów. Nikt o mnie nie wiedział… A raczej ci, którzy wiedzieli, nie mogli już nic nikomu powiedzieć. Byłem w partii, byłem oficerem, miałem szansę na karierę… a zawrócił mi w głowie bezwartościowy jeniec.
    ***
    Zgodnie z tym, co zapowiedziałem, przyszedłem po Rosjan o świcie. Poczekałem, aż wartownicy ich wyprowadzą i dopiero wtedy przejąłem jeńców, nie miałem najmniejszego zamiaru wchodzić do środka baraku. Niepotrzebni już tutaj esesmani odeszli do jakichś innych zajęć. Obrzuciłem spojrzeniem politycznego, zerknąłem krótko na Yashanova, ale niemal natychmiast przeniosłem spojrzenie gdzieś w bok, jakby nic nie miało miejsca.
    - Od dziś będziecie pracować u kogo innego – zapowiedziałem wyzutym z emocji głosem.

    OdpowiedzUsuń
  40. Morozov się nie odezwał. Nie musiał. Jego mina mówiła w tym momencie wszystko.
    Dobrze mu tak. Mógł ich wyciągnąć z tego gówna, to nie, duma ważniejsza. No to teraz ma. Może niebawem ich rozwalą, ale obecna mała chwila triumfu i tak była bezcenna.
    ***
    Udałem, że nie usłyszałem. Miałem nadzieję, że po nocy spędzonej w zimnym baraku przestanie się do mnie odzywać, ułatwiając tym wszystko. Ale, oczywiście, ta cholera nie byłaby sobą, gdyby po prostu się odczepiła. Domyślałem się, że na dłużą metę nic z tego, ale naiwnie liczyłem chociaż na kilka błogich minut ciszy.
    Kiedy dostrzegłem tę dziwną, nerwową reakcję, w pierwszej chwili pomyślałem, że mi się wydawało… ale nie. Naprawdę się spiął, co potwierdziła następna złośliwość.
    - Nie mam pojęcia, o czym mówisz – stwierdziłem zimno. Widząc nieznane mi do tej pory coś w jego oczach, poczułem nieprzyjemny ucisk. Tak trzeba, skarciłem się. Inaczej żaden z nas długo nie pożyje..
    Zaprowadziłem ich do obdrapanego budynku, dawniej chyba remizy strażackiej, w którym obecnie mieścił się prowizoryczny szpital polowy. Na spotkanie wyszedł nam Hans Runge, siwiejący na skroniach lekarz o posępnej twarzy, do niedawna przełożony mojego brata. Spodziewał się, że przyjdę. Nie wiedział tylko, z kim.
    - Witaj, Hans – zacząłem niezobowiązująco. Znaliśmy się nie od dziś, co prawda głównie za pośrednictwem Egona, ale jednak. - Swego czasu ubiegałeś się u dowództwa o jakichś ludzi do pomocy. Mówiłeś, że w ostateczności mogą być nawet nieprzeszkoleni. Podtrzymujesz to?
    - Ja… tak, tak, wiadomo. Ktokolwiek, bo sanitariuszy mam ledwie garstkę… Zaraz. Rosjan mi herr Obersturmführer przyprowadził? – był autentycznie zaskoczony. W jego głosie odbiła się niechęć, choć nie tak wyraźna, jak u większości naszych, włącznie ze mną sprzed paru dni.
    - Nic więcej nie mogę zrobić, Hans. Póki będziesz im patrzył na ręce, nic nie zrobią. – Bezpieczniej byłoby, żeby sprowadzić bodaj jednego żołnierza z bronią, ale wiedziałem, że Runge w życiu by się nie zgodził na jego obecność w szpitalu. Te jego zasady... – Ten niższy to Siergiej Morozov, komisarz polityczny. Drugi to Mikhail Yashanov, podoficer podobno. Prawdopodobnie obaj przeszli jakieś szczątkowe przeszkolenie medyczne, ale do rannych bym ich raczej nie dopuszczał. Ale przynajmniej twoi bardziej wartościowi ludzie nie będą musieli tracić czasu na sprzątanie rewiru.
    Runge uśmiechnął się swoim zwykłym, steranym uśmiechem.
    - Niech będzie. Herr Obersturmführer, to prawda, że za trzy dni wyruszamy dalej na wschód?
    Zerknąłem na jeńców. O ile polityczny mógł nie rozumieć, o tyle Yashonov znów się czegoś dowie.
    - Prawda.
    - No to mam nadzieję, że mi ich lada dzień nie rozwalicie.
    Powstrzymałem wypełzający na moje usta uśmiech. Było ryzyko, ale, jak widać, się nie pomyliłem.
    - Dobrze wiesz, że o takich sprawach decyduje Hauptsturmführer Freischer. Ale, o ile mi wiadomo, nie ingeruje w sprawy szpitala?
    Runge pokręcił tylko głową. Wychodząc, słyszałem, jak wyburczał coś, co brzmiało jak „jeszcze by tego brakowało”. Korzystając z tego, że nie widzą mojej twarzy, przestałem powstrzymywać uśmiech. Poszło łatwiej, niż myślałem… Wystarczyło wczoraj wychylić wczoraj parę kieliszków z szefem Rungego i wspomnieć, że w zasadzie, mógłbym szepnąć Fuchsowi, by zapomniał o pewnym karcianym długu, na którego spłatę nadal czekał…
    Przez następne trzy dni nie pojawiałem się w szpitalu, nie przychodziłem także w pobliże baraku, którym nocowali jeńcy.

    OdpowiedzUsuń
  41. Trzy kolejne dni praktycznie niczym się od siebie nie różniły. Rutynowo wykonywałem wszelkie powierzone mi zadania, kilkakrotnie uczestniczyłem w naradach sztabu. Starałem się nie odczuwać narastającej krzątaniny i, przede wszystkim, nie wracać myślami do przeszłości. A jednak, nie potrafiłem. Bywało, że nieruchomiałem przed oknem, patrząc w jakiś odległy punkt. Zastanawiałem się, jaki to wszystko ma sens. Stoimy, potem znów jedziemy. Znów będziemy walczyć. Iluś z nas zginie... Może tym razem jeszcze nie ja. Potem znów, od nowa. Czy w ogóle kiedyś wrócimy? Czy może przegramy gdzieś tam, na wschodzie?
    Wmawiano mi, że tu jest dzicz, że Rosjanie są sadystami, a my wyzwalamy ludy, które oni wcześniej podbili i przynosimy tu kulturę… Tymczasem każdego tygodnia widziałem kolejne rozstrzelania, przez moje ręce przechodziły dziesiątki, nieraz setki nazwisk domniemanych „działaczy czerwonych”. Pieczętowałem ich los, przekazując te papiery dalej, niekiedy sam wypełniając rubryki. Jeżeli wygramy… Czy będę umiał wrócić? Ponownie w milczeniu mijać się z ojcem, może wreszcie podrzeć stare zdjęcia… I po co to wszystko? Znów będę udawał, do końca życia w strachu. Zdechnę gdzieś sam, moje truchło zapewne zdąży porządnie się nadpsuć, nim ktokolwiek się zorientuje, że mnie zabrakło.
    Oparłem głowę na łokciu i patrzyłem w ścianę. Przyszarzały tynk. Plama po zabitym komarze.
    Czerwona, jak po człowieku.
    Wlepiłem spojrzenie w blat biurka. Kartki. Pisma, litery.
    Dlaczego mnie wtedy nie zabił?
    Zmiąłem trzymaną w ręku kartkę. Wokół było cicho… martwo. Dopiero teraz zrozumiałem, jak miłą odmianą był jego głos.
    Chciałem go zobaczyć, choć na chwilę. Bodaj z oddali.
    Dwa dni temu przyszedł do mnie Freischer. Chciał, żebym zlikwidował jeńców. Pieklił się. Na mnie, na Rungego. Nawet Fuchs oberwał. Potem odpuścił. Bo przecież ja już nie mogłem niczego zrobić, jeńcy zostali przekazani z rozkazu szefa Rungego.
    Podobno Hans zjechał esesmana, który przyszedł po jeńców, jak burą sukę. Bo przecież potrzebował jakichkolwiek ludzi na dłużej, a tamci jakoś pracowali, nawet, jeśli bez rewelacji.
    Tylko, co dalej?
    Obiecałem Yashanovi, że przeżyje do czasu, aż znajdziemy się w Moskwie. Najrozsądniej byłoby go do tego czasu unikać. Jeszcze lepiej: zapomnieć.
    Przetarłem dłonią poszarzałą twarz.
    Chciałem, żeby tu był. Tak irracjonalnie, jak jeszcze niczego. Przymknąłem oczy. Moje poprzednie… znajomości, to był wóz albo przewóz. Ja mam potrzebę, on też, więc… I w sumie niewiele więcej. Nie angażowałem się… jakbym uważał, że jakiekolwiek przywiązanie powinno dotyczyć kobiety, a tej w moim życiu nigdy nie było.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zacisnąłem dłoń w pięść. Wiedziałem, że nie zapomnę. Jaki to ma sens?
      Pocałował mnie. Sprawdzał. Po to, żeby mieć na mnie haka? Więc czemu tego jeszcze nie wykorzystał? Nadal nie miał pewności? A przecież u nas, w Rzeszy, wystarczyło samo podejrzenie.
      Tak bardzo się zdziwił, kiedy mu podziękowałem. Za co? Za… za przypomnienie naiwności? Tej samej, którą mógłbym może wykazywać jako cywil… Mógłbym?
      I po co to wszystko? Dla kogo? Dla siebie? Dla pieprzonego hipokryty..? Cztery lata temu potwierdziłem donos na mojego byłego. Bo przecież prawdziwy aryjczyk, prawdziwy Niemiec nie może… On miał wtedy dwadzieścia jeden. Podobno w obozie dowiedział się, kto potwierdził pogłoski. Podobno poszedł na druty. A ja dzień wcześniej dostałem pierdolony awans, w końcu „oczyszczenie istotnego urzędu z elementów niepożądanych” to zasługa. I jeszcze parę innych rzeczy. Też zasługi.
      Nawet go nie kochałem. Raz był, potem go nie było. Irytowało mnie zaufanie, jakie we mnie pokładał. Śmieszyło, jaką miał podnietę, że poderwał esesmana. Tak naprawdę, chyba nawet nie wiedziałam, po co z nim byłem. A teraz…
      Teraz mi na kimś zależało i nie potrafiłem tego zaakceptować. Bałem się.
      Spojrzałem na leżącą na biurku, pustą kartkę. Wziąłem do ręki pióro. Jeszcze mogę coś zrobić. Przynajmniej spróbować, a że dostanę przysłowiowego kopa w dupę, to inna sprawa.
      Zawahałem się. Kropla czarnego atramentu spadła z końcówki wiecznego pióra i zaplamiła papier.
      Po prostu napisz, co czujesz. Co myślisz. Może jeszcze wszystkiego nie schrzaniłeś.
      Mikhail, chciałbym cię przeprosić. Wiem, że to dziwne. Sam nie wiem, co mną kieruje. Nie rozumiem, ale… - Podarłem zaczętą wiadomość na drobne kawałeczki jeszcze szybciej, niż ją napisałem. W życiu mu czegoś takiego nie pokażę. Więc może go tu przyprowadzić? Że niby jakiś szyfr, nowa robota. Skrzywiłem się. Bez sensu. Żeby unikał mnie, jak tylko się da?
      Zważyłem pióro w dłoni. Wziąłem głębszy wdech.
      Pzyjdź do mnie wieczorem. Runge cię puści. W razie problemów powołaj się na sprawę R0526.
      S.

      Zawahałem się, po czym, mocniej niż powinienem przyciskając stalówkę, dopisałem na dole: Proszę.
      Poszedłem do kantyny, gdzie kucharz wystawił na blat manierki dla jeńców. Mieli osobne, najbardziej plugawe żarcie, nikt nie zamierzał pozwalać na marnowanie zasobów. Podniosłem wieczko jednej z nich i przymocowałem od spodu kartkę z wiadomością. Miałem pięćdziesiąt procent szans na to, że trafi do Yashanova. Jeżeli przeczyta to Morozov… Może nie zrozumie. A gdyby nawet… Początek wyglądał jak zwykłe wezwanie. Za „proszę” na końcu przecież mnie nie skażą. Zresztą, kto będzie słuchał ruska…
      Wracając, kątem oka widziałem, jak żołnierz, który zwykle zanosił jeńcom żarcie, zabrał manierki.

      Usuń
  42. Nie miałem pojęcia, czy przyjdzie. Nie potrafiłem przewidzieć, czy notatka, która mu zostawiłem nieco go udobrucha, czy wręcz przeciwnie. A jednak, podświadomie czułem, że powinienem dać mu wybór.
    Czas się dłużył, rozciągał… Starałem się nie mieć nadziei, nie nastawiać na żaden optymistyczny scenariusz, ale kiedy usłyszałem to ciche, jakby niepewne stukanie, wszelkie postanowienia, by zachować chłodny spokój, wzięły w łeb. Po prostu rzuciłem robotę i podszedłem do drzwi. Chciałem mu nawet otworzyć, ale ubiegł mnie, sam wchodząc do środka. Może to i lepiej, z zewnątrz musiało wyglądać normalniej.
    W pierwszej chwili nie wiedziałem, co powiedzieć. Widziałem gniew, może niechęć czy urazę w jego oczach, ale nie miałem pewności, o co chodzi. Sam chciał się wynieść, ja mu to tylko ułatwiłem. Przecież niemożliwe, żeby chodziło o to. W końcu miał mnie dosyć, okazywał to na każdym kroku… no, prawie każdym. Warunków układu też dotrzymałem, w szpitalu był bezpieczniejszy, niż u mnie. Gdyby pracował ze mną, kiedy wpadł Freischer, prawdopodobnie więcej byśmy się nie zobaczyli… Chyba, że kiedyś w piekle.
    Więc… czemu odnosił się do mnie jeszcze gorzej, niż po tym nieszczęsnym pocałunku?
    Odchrząknąłem cicho.
    - Chodź, co tak pod drzwiami po ciemku stoisz… Jesteś głodny? Albo zmęczony? – zapytałem, głównie po to, by od czegoś zacząć.
    Dopiero, kiedy zapaliłem światło, zobaczyłem wyraźnie limo na jego twarzy. Skrzywiłem się nieznacznie.
    - Znów się stawiałeś – to było bardziej stwierdzenie, niż pytanie. – Komu tym razem?

    OdpowiedzUsuń
  43. Przez cały ten czas dyskretnie go obserwowałem, unikałem jednak dłuższego kontaktu wzrokowego. Czułem ulgę, widząc go żywym, ale to nadal nie był stan, w którym mógłbym wyciszyć emocje i uznać, że wszystko jest w porządku.
    Niezależnie od irracjonalności tego typu pragnień, chciałbym zobaczyć na jego twarzy uśmiech lub przynajmniej spokój. Do reszty zwariowałeś, Sigmar, pomyślałem cierpko. Problem w tym, że to w niczym nie pomogło. Rozum co prawda nadal pracował swoich wyrachowanym trybem, ale miał coraz mniej do powiedzenia w obliczu niezrozumiałych dla mnie samego, niejednoznacznych emocji.
    Kiedy usłyszałem jego pytanie, w moich oczach pojawił się wyraźny cień. Poczucie winy?
    Pytałem ciebie… - jakby istniała jakaś różnica. - …Mikhail – dodałem cicho po krótkim zawahaniu. Jego imię zabrzmiało w moich ustach dziwnie obco, gdy mimo starań, by wypowiedzieć je poprawnie, zniekształciłem je austriackim akcentem.
    Słysząc jego następne słowa, w innych okolicznościach zapewne bym się roześmiał, przecież jego nie da się złamać. Tyle, że widząc go teraz, traciłem te pewność. Zachowywał się inaczej. Samo to, że przyszedł. Że nie zaczął od solidnej porcji złośliwości, po której, jak już nieraz bywało, nie wiedziałbym, co odpowiedzieć.
    Czułem, że nie chce, bym podchodził bliżej. Nie robiłem tego. Zatrzymałem się w połowie pokoju, przy łóżku, pozwalając, by dzieliła nas przestrzeń jakichś dwóch metrów. Usiadłem na jego brzegu.
    - Hmm… – udałem głęboki namysł. – W takim razie mam dylemat: cieszyć się, że moi ludzie tak bardzo wierzą w moje możliwości, czy rozpaczać, że są w tym tak bezmyślni.
    Milczałem bardzo długą chwilę, nie wiedząc, jak się zachować ani od czego zacząć. Cisza była aż ciężka, zawiesista. Nagle przypomniało mi się coś, co wcześniej uznawałem za pozbawione znaczenia, a co teraz być może mogło pomóc, jeżeli zostanie uznane za akt dobrej woli.
    - Kilka dni temu wspomniałeś, że twoja siostra mieszka na zajętych terenach. Znasz jej adres? Jutro o świcie odjeżdża konwój, który przywoził nam zaopatrzenie z zachodu. Wezmą pocztę, jak zwykle. Pomyślałem, że… jeśli chcesz, napisz do siostry… że żyjesz, czy co tam chcesz… i podaj mi adres. Jeżeli ci z konwoju zauważą na kopercie moje pismo, nikt nie będzie tego dokładniej sprawdzał.

    OdpowiedzUsuń
  44. „Mikha”.
    Spojrzałem na niego, z pytaniem wypisanym w oczach. Słysząc wyjaśnienie, kiwnąłem wolno głową.
    - W porządku.
    Lewy kącik moich ust drgnął nieco, kiedy nie udało mi się całkowicie ukryć rozbawienia jego następną wypowiedzią.
    - Nigdy nie twierdziłem, że nie są – stwierdziłem z subtelnym uśmiechem. „Za miękki”. Naprawdę? A jeżeli nawet… Może faktycznie po prostu taki jestem. Więc co, mam stać się taki, jak Meyer i jemu podobni? Być albo nienawistną agresją, albo pozbawioną uczuć, beznamiętną maszyną? – Aż tak bardzo ci to przeszkadza, Mikha?
    Zauważyłem czujność w jego spojrzeniu. Chciałem powiedzieć coś, co go uspokoi, ale zamknąłem usta zaraz po tym, jak chciałem je otworzyć. Jesteśmy jak dwa okrążające się wilki, pomyślałem bezwiednie. Żaden z nas nie chce być pierwszym, który zaryzykuje zaufanie.
    Słysząc odpowiedź w sprawie listu, wzruszyłem nieznacznie ramionami.
    - To była wyłącznie propozycja – powiedziałem, chcąc rozwiać ewentualne podejrzenia o jakieś nieczyste zamiary. Na swój użytek nie potrzebowałem przecież ani adresu tej kobiety, ani wiedzy, co Rosjanin by do niej napisał.
    Uniosłem brew, widząc jego dość nagły ruch. Kątem oka obserwowałem, jak podchodzi. Śledziłem każde drgnienie jego mięśni, gotów do obrony lub wyprzedzającego ataku. Nie potrafiłem zapomnieć, że jesteśmy… byliśmy wrogami. Kiedy usiadł tuż obok, bezwiednie zacisnąłem palce prawej ręki na materiale kołdry. Był zbyt blisko, bym mógł na niego nie patrzeć. Powiodłem wzrokiem od jego przysłoniętej dłońmi twarzy do reszty sylwetki. Miałem ochotę pokonać te kilka centymetrów, dotknąć go.
    - Tak sądzisz..? Chyba jednak sobie zdaję… Gdyby zmienić tego „szwaba” na „syna”, mielibyśmy modelową wypowiedź mojego ojca. To była stała śpiewka, kiedy wracając do domu, czegoś od niego chciałem. – Starałem się funkcjonować normalnie, jakby jego bliskość nie wpływała na mnie aż tak silnie, jak w rzeczywistości. Oparłem dłonie na kolanach, wciąż zachowując względny spokój. – Możesz wyjść, jeśli chcesz. – Umilkłem na moment i dopiero po chwili, z trudem wypowiadając te słowa, dodałem: - Pozwolę ci odejść. – Wiedziałem, że tak. Jeżeli stąd wyjdzie, nie pójdę za nim. Nie zawołam, nie wezwę po raz kolejny. Zrezygnuję. Pozwolę mu zdecydować.
    Bo przecież podludziom nie daje się wyboru…
    … a ja nie mogę być z podczłowiekiem.
    Zagryzłem wargę, patrząc wprost na niego. Czy się stęskniłem? Mój rozum wytworzył nawet jakąś sensowna ripostę, ale emocje były silniejsze.
    - Tak.
    Umilkłem, chyba zszokowany, że naprawdę wypowiedziałem to na głos. Wziąłem głębszy wdech. Było za późno na odwrót. Odwróciłem się bardziej w jego stronę, więc stykaliśmy się ramionami.
    - Trzy dni temu pytałeś, o co mi chodzi. Teraz o notatkę i dlaczego chciałem, żebyś przyszedł. Czy taka odpowiedź… ci wystarczy? – Położyłem mu jedną dłoń na ramieniu, drugą wplotłem w jego krótkie włosy, niszcząc mu resztki fryzury. Szybciej, niż zdążyłby się odsunąć, musnąłem ustami jego wargi. Kierowany już wyłącznie impulsem, ulegając temu niesamowitemu oszołomieniu, jakie czułem za każdym razem, gdy był tak blisko, pogłębiłem pocałunek, czując przyjemność i pragnąc dać ją jemu.

    OdpowiedzUsuń
  45. Nie przemyślałem tego. Nie zastanawiałem się nad tym, dlaczego robię to właśnie teraz, dlaczego w ogóle. Dlaczego w taki sposób. Zbyt długo udawałem, więc kiedy do głosu doszły emocje…
    Nie miałem pojęcia, co dalej. Przez te kilka minut żyłem obecną chwilą, żyłem nią bardziej, niż kiedykolwiek. Przez chwilę poczułem się, jakby spełniały się moje durne fantazje: oto jesteśmy tutaj razem, dokładnie w tym pokoju, i całuję go tak, jak od dawna przecież chciałem. A potem… ta bierność. Po prostu czekał, aż skończę, aż dam mu spokój? Myślałem, że on… Skoro nie chciał, czemu mnie nie odepchnął? Bał się, że kiedy przestanę robić sobie nadzieje, przypłaci swoją bezczelność życiem? Chciałem się odsunąć, odejść, po prostu zniknąć. Nie sądziłem, że coś takiego wystarczy, by świat utracił jasne barwy, nie wiedziałem, że zbyt miękkie, zbyt głupie serce może tak zaboleć.
    I wtedy mnie przytrzymał.
    W moich oczach wyraźnie ukazał się szok i jednoczesna nadzieja, wszystkie emocje, bo moja maska zimna i obojętności gdzieś znikła, pozostawiając mnie zupełnie obnażonego. Westchnąłem cicho w jego usta, na przemian poddając się jego pieszczocie i sam dokładając do pocałunku. Czułem, jak przesuwa dłoń na moją szyję, ukłucie podejrzliwości dało o sobie znać, ale przecież gdyby chciał mnie zabić, mógł to zrobić wcześniej, mając broń… Sam w sobie, dotyk był przyjemny. Przycisnąłem się do niego mocniej, nie chcąc, by mnie puścił. Nawet nie zauważyłem kiedy, przesunąłem rękę niżej, wczepiając palce w materiał na jego plecach.
    Kiedy się ode mnie odsunął, potrzebowałem chwili, by zaczerpnąć tchu. Uniosłem na niego roziskrzone, z lekka zaczepne spojrzenie. Uśmiechałem się lekko, nie spuszczając wzroku z tych niemal czarnych oczu.
    - Więc… nie wiedziałeś..? – sądziłem, że już wtedy, kiedy mnie po raz pierwszy pocałował, sprawa była dla niego oczywista. Usiłowałem udowodnić, że nie ma racji, dość zresztą desperacko. Nie miałem pojęcia, że w to uwierzył, choć częściowo. Słysząc następne pytanie, zmrużyłem nieco oczy. Była w tym i satysfakcja, że chyba po raz pierwszy doprowadziłem go do stanu, w którym brzmi tak niepewnie, i podejrzliwość. – Bo tacy jak ja nie… Bo ty i ja nie możemy być tutaj… w taki sposób. Wiesz o tym przecież. – Zdawałem sobie sprawę, że nie wyjaśniam tym wiele, ale nie potrafiłem powiedzieć więcej. Uniosłem rękę. Zawahałem się, zatrzymując ją w pół drogi. Nie rezygnuj. Kpiłeś ze swojego ojca, gdy zobaczyłeś, jak fałszuje zaświadczenie o chorobie serca, by nie ryzykować życia za Rzeszę na froncie, kłóciłeś się, gdy chciał załatwić ci pracę w zbudowanych jak podziemny schron Zakładach Goeringa, żeby nie powołali cię na wschód, bo jak to, przedkładać bezpieczeństwo nad wartości..? A teraz co? Już tego Rosjanina całowałeś, już po całym micie, jaki wokół siebie wytworzyłeś. I co, teraz wszystko spieprzysz? Zacisnąłem zęby. Dość. Delikatnie dotknąłem jego twarzy, spokojnie przesuwając palce od policzka przy zewnętrznym kąciku oka, aż na jego dolną wargę. Jakby nie było w tym nic złego.

    OdpowiedzUsuń
  46. - Byłem pewien, że od pewnego momentu stało się to oczywiste – mruknąłem. Zabawne, że podejrzeniom zaprzeczył właśnie… atak paniki, bo inaczej nie dało się tego określić. Jeszcze zabawniejsze, że kiedy prawda się wydała przy kimś, co do kogo wcześniej nie miałem pewności, że on też, a więc kiedy stało się to, czego przez większość życia najbardziej się obawiałem, paradoksalnie poczułem spokój.
    Skrzywiłem się, słysząc kpinę.
    - Tu nie chodzi o poprawność, Mikhail. Mikha – poprawiłem się. Mam nagle zapomnieć o wszystkim, w co wierzę, w czym poniekąd się wychowałem, za co byłem gotów walczyć tylko dlatego, że jakiś ruski jeniec… Dlaczego to takie skomplikowane? Dlaczego on chociaż nie może być aryjczykiem?
    Kiedy przysunął się bliżej, nie zaprotestowałem. Patrzyłem mu w oczy, kiedy zaczął rozpinać mi koszulę. Naprawdę tego chcesz, miałem ochotę zapytać, ale z jakiegoś powodu nie potrafiłem wydusić z siebie ani słowa. Nie zniósłbym, gdyby z jego strony to nagle okazało się farsą, choć miałem świadomość, że jest takie ryzyko. Mógł grać na moich emocjach, które w jego obecności niezwykle często dochodziły do głosu, mógł chcieć zapewnić sobie szansę na przeżycie, przecież musiał zauważyć, że dbam o niego bardziej, niż o Morozova i że jak dotąd nie zabiłem żadnego z nich, co w wypadku innych jeńców stałoby się już kilka dni temu.
    Serce biło mi coraz mocniej, jego wargi aż parzyły skórę. Bezwiednie odchyliłem nieco głowę, chciałem, by nie przestawał… nawet, by nabrał odwagi w tym, co robił. Traciłem kontakt z rzeczywistością i dopiero to uszczypnięcie, po którym z trudem powstrzymałem ogarniające mnie coraz bardziej podniecenie, sprawiło, że się ocknąłem. Napiąłem mięśnie. Chciałem go przyciągnąć do siebie, zapomnieć o wszystkich ograniczeniach. Tu i teraz, na tym łóżku na tym cholernym wschodzie… Jeszcze chwilę, a nie wytrzymałbym, nie potrafiłbym nad sobą dłużej panować. Ale przestał.
    Dziękuję ci, Mikha.
    Żałowałbym. Żałowałbym jak za każdym razem.
    …a najbardziej chyba właśnie tego, że byłoby jak wcześniej.
    - Daj mi więcej czasu – poprosiłem. – Chciałbym… najpierw zrozumieć to, co wobec ciebie czuję. – Urwałem. Odsunąłem się, chcąc wstać z łóżka. Zamarłem, słysząc ciąg dalszy. Zanim zdążyłem pomyśleć, chwyciłem go za ręce. Nie mogę go teraz stracić. Nie mogę. - Mikha. Nie odchodź. – Taka reakcja była do mnie zupełnie niepodobna. Irytowało mnie, jak bardzo przy nim mięknę i chyba dlatego mój głos się wyostrzył, stwardniał: - Nie chcę, żeby było jak przez te trzy dni, rozumiesz? Chciałbym tylko… pewności, że nie popełniam błędu.

    OdpowiedzUsuń
  47. - Chyba śnisz – warknąłem, zdając sobie sprawę, że używam dokładnie tych samych słów, co wcześniej. Ja miałbym się zakochać? Że niby w nim? Litości, nie. Starałem się, by cała fraza brzmiała zupełnie, jak wtedy: ostro i zdecydowanie.
    Nie brzmiała, obie z tych nut, choć słyszalne, podszyte były dziś smutkiem, który próbowałem ukryć. Odsunąłem się od niego.
    - Ty już tu nie udawaj takiego Don Juana. I tak wątpię, by ktoś oprócz mnie poleciał na taką mordę – zakpiłem, chyba udało mi się ogarnąć na tyle, by podjąć jakieś próby odzyskania twarzy po tym, co zaszło. – Jeśli sądzisz, że kiedykolwiek będę, jak jakaś panienka, za tobą wzdychał w oknie, patrząc, jak odchodzisz, to znaczy, że Meyer jednak za mocno ci przyłożył.
    Pilnowałem się, by nie patrzeć, jak wstaje, nie obserwować go więcej. Niech mu się nie zdaje zbyt wiele.
    A jednak, cała bariera, jaką wcześniej ogradzałem się od innych, zaledwie przed chwilą po prostu znikła – właśnie przy nim. I nie chodziło wyłącznie o pożądanie, bo temu mógłbym ulec. Nie byłby to nawet pierwszy raz. Ale dopiero dzisiaj chciałem, by chodziło o coś więcej. Chciałem i jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że pozwolić na to, to prawie wyrok śmierci.
    Odczekałem chwilę, całkowicie wyciszając emocje. Dopiero, gdy czułem się z powrotem wystarczająco pewny siebie, uniosłem na niego wzrok. Również wstałem, ale nie podszedłem do niego bliżej.
    - Jeżeli twoje przyjście tutaj ma wyglądać na pilną robotę, musisz zostać u mnie jeszcze kilka godzin. Jeśli chcesz, możesz się zdrzemnąć, zorganizuję jakieś drugie posłanie… W szafie, na górnej półce powinna być jakaś piżama, chyba, że wolisz tak – wzruszyłem lekko ramionami.

    OdpowiedzUsuń
  48. Spojrzałem na niego spod oka.
    - Jak zwykle przypisujesz mi coś, co mogłoby zaistnieć jedynie w twoich fantazjach. – Mój głos był zupełnie spokojny, choć pozbawiony zwyczajowej nuty chłodu. Spochmurniałem, słysząc ciąg dalszy. Zacisnąłem pięść, ale zaraz ją rozluźniłem. – Spieprzaj – syknąłem. Jeszcze jeden taki komentarz i wyleci stąd na zbity pysk, nawet, gdyby miał przez to wpaść w łapy kogoś, kto by go po prostu rozstrzelał. Widziałem to jego spojrzenie, które z każdą chwilą bardziej doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Bawił się moją złością, moimi emocjami. „Jesteś za miękki, wiadomo. Skąd ty to znasz, Sigmar?
    Kiedy podszedł bliżej, wykrzywiłem lewy kącik ust w pełnym satysfakcji uśmieszku.
    - I całe szczęście. – Jakbym się tłumaczył? – Wątpię, by ktokolwiek dał mi szansę na tłumaczenia. Zwłaszcza tutaj – urwałem. To stawało się zbyt osobiste. Nie potrafiłem zaufać mu na tyle, by dopuścić go aż tak blisko, by mówić otwarcie o tym, co bolesne.
    Kiedy tak patrzył, niemal czułem na wargach mrowienie. Zrobiło się dziwnie ciepło, wystarczało samo jego spojrzenie. W pewnym sensie mi ono pochlebiało. Uśmiechnąłem się lekko… ale uśmiech ten znikł równie szybko, jak się pojawił, gdy moje spojrzenie podążyło za jego wzrokiem na patkę z błyskawicami. Napiąłem mięśnie, ten niewielki symbol aż nazbyt wyraźnie przypomniało mi, kim i dlaczego jestem.
    - Zostaw – mój głos, choć cichy, zabrzmiał ostro. Rosjanin posunął się za daleko, naruszył tabu. Nie mogłem pozwolić mu dotykać czegoś, co czyniło mnie wartościowym, oznaki prestiżu, którego pragnąłem. Czegoś oznaczającego moją przynależność gdziekolwiek.
    Obserwowałem, jak się cofa. To było w tej chwili najlepsze wyjście.
    Słysząc deklarację, uniosłem lekko brew.
    - Łaskawie się zgadzasz..? – zakpiłem cicho, okrążając go wolno, ale nie przysuwając się ani o centymetr bliżej. – Powiedz mi, co ty byś robił, gdyby nie było wojny, Yashanov? Jakbyś żył bez ciągłego prowokowania wrogów?

    OdpowiedzUsuń
  49. Zaskoczyło mnie jego zainteresowanie tym tematem. On i tak podlegałby pod inne procedury. Przechyliłem nieco głowę.
    - W teorii powinni przeprowadzić śledztwo. W praktyce... Wiele zależałoby od tego, czy byłbym im potrzebny - nie byłem aż tak naiwny, by nie zauważać tej prawidłowości. Upodobania takiego Röhma nie zaczęły się w 33'... Ale dopiero wówczas ktoś się nimi zainteresował. Tyle, że ja nie byłem szefem SA, a zwykłym oficerzyną, w związku z czym zapewne nie dostałbym nawet tych kilku lat odroczenia wyroku. Zagryzłem wargę. - Oficer SS powinien dawać przykład, Mikha. Zawsze i w każdej sferze życia.
    Zauważyłem, jak otwiera usta i, z jakiegoś powodu, rezygnuje. Chciałem o to zapytać, ale uznałem, że nie powinienem. Każdy z nas miał prawo do tajemnic.
    ...Wspólne prawo dla nas obu, zdałem sobie nagle sprawę. Zabawne.
    - Ależ doceniam - wyszeptałem, zatrzymując się bardziej za nim, niż z boku. Odwróci się..?
    Zaśmiałem się.
    - A jest ktoś, kto według ciebie się o to nie prosi? - zapytałem nieco zaczepnie, choć tym razem nie chodziło o kpinę, raczej o zwykłą ciekawość.
    Zatrzymałem się, przez chwilę się nad czymś zastanawiając. Niby nie powinienem… Z nim. W końcu to jeniec, Rosjanin w dodatku. Chociaż, wielu rzeczy ”nie powinienem”. Ostatecznie… co mi szkodzi?
    - Lubisz dobre wina, Mikha? To, które znalazłem w tym domu i tak się zmarnuje, w końcu jutro wyjeżdżamy na wschód.

    OdpowiedzUsuń
  50. O mały włos, a dałbym po sobie poznać, jak bardzo ruszyło mnie to, co powiedział. Wszystko się we mnie zagotowało. Przesadza, tłumaczyłem sobie, mówi to specjalnie, żeby cię wkurzyć. Wziąłem nieco głębszy wdech, niż by wypadało, będąc rzekomo całkowicie spokojnym. Jeszcze się na tobie zemszczę, Yashanov. Za to upokorzenie, za ciągłe wystawianie na próbę i za tą sukę w rui. Poczekaj tylko, draniu jeden. Miarka się przebrała.
    - Przynajmniej próbuję, w przeciwieństwie do ciebie - mruknąłem, nadal udając pełen spokój. - Chyba, że czegoś nie wiem i postawa: "zdradzę ci szyfry, odpowiem na wszystko i jeszcze pocałuję na deser" to u was jakaś nowa ludowa norma. - Urwałem na moment. - Masz się za takiego... twardego drania, a naprawdę zwyczajnie się boisz.
    "Przestań".
    Uśmiechnąłem się paskudnie. Ktoś tu właśnie wymiękł.
    - Rozważę - stwierdziłem jakby leniwie. - Zwłaszcza, że ten twój wzrok na mnie... Kark cię zaboli od tego kręcenia głową.
    Zmarszczyłem brwi, słysząc, że na pewno znajdzie się ktoś, kto nie prosi się o irytowanie go. Jakoś w to nie wierzyłem.
    - Wódkę to wy całą zabierzecie ze sobą i to jeszcze skrupulatniej, niż fabryki zbrojeniowe. Bodaj do grobu. - Swoją drogą, ciekawe, bo jego stwierdzenie nie brzmiało jak kpina, bardziej jak dobra rada. Co on się tak nagle zaczął mną przejmować? Zamierza dbać, żebym nie zmarzł, czy jak? Nie wiedzieć czemu, moje myśli podążyły w tym momencie dość dwuznacznym torem i niekoniecznie chciały z niego zawrócić. Debil, podsumowałem samego siebie w myślach.
    - W takim razie chodź.
    Zaprowadziłem go do kuchni, gdzie z drewnianego barku wyjąłem dwa kieliszki i butelkę wina.
    - Francuskie - uśmiechnąłem się. Komuś, kto mieszkał tu wcześniej, musiało się nieźle powodzić. Wskazałem Rosjaninowi miejsce przy stole. Nalałem najpierw jemu, potem sobie. Płyn był ciemnoczerwony, z każdą chwilą wypełniał otoczenie cierpkawo-słodkim zapachem. Butelka trafiła na stół, niby to przypadkiem ustawiona trochę bliżej mnie, niż jego. Ostatecznie, to on jest tu tu... gościem? Tylko przez te kilka godzin, oczywiście.
    Spojrzałem na niego kątem oka. Uniosłem kieliszek. Jeżeli zobaczyłby mnie teraz Freischer… albo ktokolwiek inny, byłbym skończony. Ale drzwi były zamknięte, a zasłony w oknach opuszczone . Gdyby nawet ktoś chciał wejść, będziemy mieli co najmniej kilka minut, by przygotować jakąś wiarygodną scenerię dla postronnych.
    - Za takie decyzje, których nie będzie trzeba żałować.

    OdpowiedzUsuń
  51. „Zabieramy bo wiemy jak ciężkie są tu warunki, a wy pchacie się na tereny, gdzie najpewniej połowa z was zginie zanim jeszcze zobaczy wroga na horyzoncie.
    Obawiałem się, że może mieć cień racji, i to mnie poważnie niepokoiło. Teraz był sierpień, transporty szły w miarę regularnie, niekiedy udawało się korzystać z miejscowych zasobów. Ale jak będzie zimą? Odrzuciłem te myśli. Niezależnie od tego, co się wydarzy, zostanę tu, gdzie moje miejsce.
    - Zima co najwyżej opóźni to, co nieuniknione – w moim głosie pobrzmiewała pewność, wierzyłem w to, co mówiłem. – Liga Narodów myślała, że uczyniła z Niemców niewolników, ale dziś to przed nami drży Europa. Mówiono także, że Francja nie upadnie. Upadła. Byłem tam i widziałem na własne oczy. To samo będzie ze Związkiem Radzieckim. To tylko kwestia czasu.
    Czułem na sobie jego wzrok. Czułem się dziwnie, kiedy gapił się na mnie aż tak bezpośrednio, w zasadzie bez zahamowań. Z jednej strony mnie to nieco peszyło, z drugiej, było całkiem podniecające. Ukryłem przewrotny uśmiech. Czyżby naprawdę aż tak mnie chciał? Bo że coś jest na rzeczy, byłem pewien. Konsekwentnie udawałem, że niczego nie zauważam.
    Uśmiechnąłem się bezwiednie na ten jego szept. Mam zdecydowanie zbyt dużą słabość do jego głosu, pomyślałem cierpko. Skosztowałem łyk wina, przez chwilę jeszcze trzymając szkło między wargami, by wyglądało, że wypiłem nieco więcej. Odstawiłem naczynie na blat. Cisza. Kiedy ostatni raz mogłem posłuchać ciszy..?
    Udając dość duże rozluźnienie, rozpiąłem jeszcze jeden guzik u munduru. Zastanawiałem się, jak ująć w słowa to, o co chciałem go zapytać. W końcu zdecydowałem się zrobić to w najprostszy sposób.
    - Mikha, jesteś komunistą?

    OdpowiedzUsuń
  52. - Skoro wolisz tak myśleć – wzruszyłem lekko ramionami. Nie zamierzałem się kłócić o coś, co było oczywiste. Nie czułem potrzeby, by udowadniać swoja rację, zwłaszcza jemu. Wystarczy przecież popatrzeć, poczytać, co się dzieje na świecie. Fakty świadczyły same za siebie. – Naprawdę wolisz taki obrót spraw? Przecież zginałbyś, zanim w ogóle zobaczyłbyś swoich. – Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że w razie prawdopodobieństwa porażki, jeńcy natychmiast zostaliby zlikwidowani. Być może nawet sam bym to zrobił, mimo wszystko. Nie moglibyśmy sobie pozwolić na potencjalną piątą kolumnę w szeregach. Postarałem się skupić na czymś innym, nie myśleć o takiej ewentualności. Nie chciałbym musieć do niego strzelać. Mocniej zacisnąłem palce na kieliszku.
    - A ty, co byś zrobił, gdybyśmy, oczywiście hipotetycznie, przegrali?
    Czułem na sobie jego wzrok. To spojrzenie niemal paliło. Odchyliłem się nieco na krześle. Niech on przestanie tak na mnie patrzeć, bo naprawdę zrobię zaraz coś głupiego. Nie wiedzieć czemu, to chwilowe przygryzienie wargi podziałało na mnie mocniej, niż powinno. Durniu jeden, znów mu się będziesz „podstawiać jak suka w rui”? Niedoczekanie twoje, Yshanov. Nie tym razem.
    Mimowolnie spojrzałem na jego usta. Przełknąłem ślinę.
    Ogarnij się.
    Popatrzyłem na niego z nutą wyczekiwania. Zastanowił mnie ten uśmiech i jednoczesna powaga ukryta w oczach. Czy ty kiedykolwiek naprawdę jesteś zadowolony, czy to wszystko wyłącznie gra?
    - Po prostu lubię konkrety – stwierdziłem. – „ I tak i nie”. To znaczy? – Zdawałem sobie sprawę, że jestem zbyt ciekawy, gdy chodzi o jego osobę, że znów złapał mnie na haczyk, ale nie potrafiłem się powstrzymać.
    Wstałem i wolno podszedłem bliżej. Okrążyłem go częściowo, zatrzymując się za nim. Oparłem dłoń na jego ramieniu. Nie mogłem się powstrzymać, żeby go nie dotknąć, choć na chwilę.
    - Jesteś, czy nie jesteś, Mikha? – ponagliłem szeptem.
    Nachyliłem się nad nim, drugą ręką dolewając mu odrobinę wina. Mój kieliszek był nadal prawie pełny.

    OdpowiedzUsuń
  53. - Sądziłem, że może tak… z czystej sympatii? – stwierdziłem pół żartem. W końcu nasza wzajemna sympatia miała się mniej więcej tak, jak pięść do oka: niby trochę pasuje, ale jednak dość boleśnie.
    Wychwytując jego czujne spojrzenie, uśmiechnąłem się, jakby uspokajająco.
    - Przecież nic ci nie zrobię. – Delikatnie przesunąłem palcami po jego odsłoniętym przez przechylenie głowy boku szyi, badając fakturę skóry od jego ucha do krawędzi ubrania. – Dobrze wiesz, że cię… lubię – szepnąłem. Były w tym autentyczne emocje. Nie potrafiłem i tym razem chyba nawet nie starałem się ich ukryć. Może nawet chciałem, żeby to usłyszał. To tylko efekt uboczny tego, że mi się podoba, tłumaczyłem sobie. Na pewno nic więcej. To oczywiste, że człowiek na wojnie potrzebuje bliskości. Każdy. Z kimkolwiek. A jednak, sama myśl, że mogłoby mi zależeć na czymś podobnym skierowanym ku mnie, dodatkowo budziła tlącą się bez przerwy w jego obecności iskierkę niepokoju.
    Czując nagły ucisk w wiadomym miejscu zaczerpnąłem powietrza, zaskoczony. Zdołałem się opanować, choć było to coraz trudniejsze. Krew już się podgrzała, już zaczynała się budzić. Przesunąłem się nieco w bok, ale nie oddaliłem się. Nie miałem pewności, ile było w tym zamroczenia jego aurą, a ile wyrachowania. To była gra na samej granicy… A ja zdecydowanie za bardzo lubiłem ryzyko.
    Uniosłem nieco brew, słysząc ciąg dalszy.
    - A więc trockista? Marksista? Anarchista? – podpytywałem, nie nastawiając się zbyt mocno na odpowiedź. Zauważyłem już, że są momenty, w których ten Rosjanin po prostu się zamyka, wycofuje jak krab do muszli, i jedyne, co można wtedy otrzymać, to porządne uszczypnięcie. Właściwie… nie byłem pewien, czemu tak bardzo zainteresowała mnie ta kwestia. Może dlatego, że jeniec, Słowianin i jeszcze komuch-stalinowiec to zbyt wiele?
    Przeszedłem obok niego, chcąc wrócić na swoje miejsce, po drodze jednak, niby-to przypadkowo, musnąłem koniuszkami palców jego udo.

    OdpowiedzUsuń
  54. Okazał się bardziej nerwowy, niż sądziłem. Westchnąłem, jakby… zawiedziony? Byliśmy zbyt podobni w swojej ostrożności... A jednak, w pewnym momencie poczułem, jak stwardniałe, zastygłe mięśnie częściowo się wygładzają.
    - Mam spaczone sumienie, Mikha. Bardzo niewielu rzeczy żałuję – odparłem, udając, że nie wychwyciłem w jego głosie echa… groźby? Gdyby nie ten szept, uznałbym to za groźbę. Wypowiedziane w taki sposób brzmiało bardziej jak ostrzeżenie. Wiedział coś, z czego nie zdawałem sobie sprawy? Nonsens… Gdyby coś knuł, nie ostrzegałby mnie przecież.
    Żałowałem, że muszę się odsunąć. Gdyby ten sukinsyn tylko wiedział, jak bardzo…
    Usiadłem naprzeciwko, bez skrępowania na niego patrząc. Zauważyłem ten błysk i z trudem stłumiłem cisnący mi się na usta uśmiech. Oparłem brodę na splecionych dłoniach. Doprawdy..? I pewnie myślisz, że teraz zapytam, co miałbym zrobić… Chociaż… no moożee… Niech ci będzie.
    - Co miałbym zrobić? – spytałem, mrużąc nieco oczy. Pytanie zabrzmiało tak naiwnie, że mało brakowało, abym się sam z siebie roześmiał.
    Czy interesowałem się komunizmem? Jego bystrość mi zaimponowała. Przez chwilę zastanawiałem się nad odpowiedzią. Wkraczaliśmy na grunt rozmów na tematy poniekąd zakazane. Przynajmniej w Rzeszy.
    - Między innymi – stwierdziłem wymijająco. Oko za oko, Yashanov. Jeżeli czegoś chcesz, musisz to sobie zdobyć, przykro mi.

    OdpowiedzUsuń
  55. Drgnąłem. Czy ktoś mnie…
    - Masz na myśli… partnerów? – zapytałem, nim zdążyłem się opanować. Pierwszy raz ktoś, ktokolwiek mnie o to pytał. Pierwszy raz dla kogoś miało lub przynajmniej mogło to mieć znaczenie. Poczułem coś dziwnego, jakby jednocześnie chciał go od siebie zdystansować i, wręcz przeciwnie, całkiem się przed nim otworzyć... Zaufać? Wiedziałem, że to głupie. W zasadzie, zaskoczyło mnie samo pojawienie się myśli, że mógłbym przy nim, przy kimkolwiek po prostu się… nie ukrywać. – Zwykle sam zawodziłem – odezwałem się z pewnością, która częściowo znikła, gdy dodałem: - Wątpię, żebyś chciał coś o tym wiedzieć.
    Słysząc odpowiedź, której się spodziewałem, zacisnąłem mocniej dłoń na kieliszku. Gdyby nie było wcześniejszego pytania… gdyby znów był arogancki, pewny siebie i wredny, byłoby mi łatwiej. Przecież do tego poniekąd dążyłem.
    Ukryłem targające mną wątpliwości, wypijając resztę wina z kieliszka. Zerknąłem znad szkła w jego ciemne oczy. Po czymś takim nie mam wyjścia, dotarło do mnie. Jakkolwiek bym go nie pogonił w cholerę, nic to nie da. Będzie kpił i traktował mnie jak zdobycz. A na to nie mogłem mu pozwolić, nigdy.
    Oszczędnym ruchem odstawiłem kieliszek. Wstałem, okrążyłem stół. Zatrzymałem się, jak wcześniej, tuż za nim. Doskonale wiedziałem, jak to osłabia jego pewność siebie. Właściwie… nie tylko jego. Jeśli wierzyć słowom znajomego z gestapo, ta technika przydawała się w trakcie przesłuchań do zmiękczania podejrzanych… rzecz jasna na sam początek. Spokojnym ruchem położyłem mu dłonie na ramionach.
    - Pozwolić nam na więcej..? – powtórzyłem cicho, przesuwając dłonie niżej, na jego pierś. Nachyliłem się nad jego ramieniem. - Sądzę, że mógłbym – wyszeptałem mu wprost do ucha. Przez chwilę masowałem go, by się rozluźnił. Moje palce badały delikatną skórę wokół obojczyków, silne ramiona, szyję.
    - Powiedzmy, że z buntu… może z przekorności – zdecydowałem się jednak odpowiedzieć na pytanie, głównie po to, by zająć czymś myśli. – Mój ojciec był typowym volkistą. Szukałem… - Rozpiąłem mu górny guzik koszuli. - …alternatywy.

    OdpowiedzUsuń
  56. Przyjrzałem mu się uważniej. O dziwo, nawet się nie zirytowałem. Byłem po prostu ciekawy, co powie dalej.
    - Kruchy? - parsknąłem, z lekka skonsternowany. Nigdy o sobie w ten sposób nie myślałem. Co więcej, taka wizja samego siebie wydawała mi się wręcz... dziwna. Słyszałem już o sobie różne rzeczy, w tym, że bywam zaborczy, albo, dla odmiany, że przypominam sopel lodu. Najczęściej miałem to gdzieś. Nie angażowałem się. Nie zależało mi.
    - Chyba jesteś pierwszym, który tak o mnie myśli. Albo jedynym, który ma odwagę powiedzieć o tym na głos - dodałem po chwili zastanowienia. Jeszcze nie wiedziałem, czy mi to przeszkadza. Było coś czarującego w tym, jak potrafił mnie określić w tych krótkich odstępach między kolejnymi przytykami. - Wiesz... na ogół... - pokręciłem głową, zdając sobie sprawę, że chciałem powiedzieć zbyt wiele. – W sumie to nieistotne – dokończyłem niechętnie.
    Uśmiechnąłem się bezwiednie, kiedy zaczął się rozluźniać. Żałowałem, że nie widzę teraz jego twarzy, choć, poniekąd, jego reakcje wystarczały, bym mógł sobie wyobrazić jej wyraz. Kiedy się o mnie oparł, powiodłem dłońmi niżej, rozpinając kolejne guziki jego koszuli. W mojej pamięci odżył widok jego nagich pleców, wtedy, gdy pomagałem mu po przesłuchaniu. Chciałem znów go dotykać i tym razem…
    …tym razem pragnąłem jego przyzwolenia. Choć przecież, mogłem inaczej.
    „Buntownik”. Roześmiałem się cicho.
    - Błędy młodości – podsumowałem tamten okres, bo i tak o nim myślałem z dzisiejszej perspektywy. Pozwoliłem mu się przyciągnąć bliżej. Jego głos, muskający moje usta sprawiał, że nie byłem w stanie myśleć o niczym innym, niż o jego kuszących wargach. Przepadłeś, idioto, pomyślałem, o dziwo jeszcze całkiem trzeźwo, ale w tej chwili nie miało to większego znaczenia. Chciałem przepaść. Na ten krótki czas, na tę chwilę… Konsekwencjami zajmę się później.
    - Od zawsze lubiłem ryzyko – wyszeptałem, przy każdym słowie dotykając jego warg swoimi. Splotłem swoją dłoń z jego, teraz również go trzymając. Pocałowałem go, mocniej i namiętniej, niż wcześniej. Ucisnąłem jego wargi, zmuszając, by je rozchylił.
    - Jak bardzo mnie pragniesz, Mikha? – zapytałem między jednym pocałunkiem, a drugim. Mój oddech przyśpieszył, chciałem być bliżej. Przesunąłem się nieco w bok, ocierając się o niego biodrem. Złapałem go za koszulę z przodu i przyciągnąłem go do góry.
    - Chodź do mnie... Na co czekasz..? Przecież wiesz, że chcę.

    OdpowiedzUsuń
  57. Jesteś jedynym, który we mnie takie emocje wzbudza, draniu, pomyślałem, wściekły na samego siebie.
    ”Na ogół, co?”
    - NIC!– warknąłem gwałtowniej, niż zamierzałem. Poczułem się osaczony, ogarniały mnie zbyt burzliwe emocje, a ich źródło miało w sobie to , przez które nie potrafiłem trzymać go na dystans ani definitywnie zamilknąć.
    - Jak inaczej można ocenić głupotę? – zapytałem retorycznie, słysząc jego stwierdzenie. Tamte fascynacje… to był błąd. Bardzo niebezpieczny błąd, jak na dzisiejsze realia. Właściwie, Mikhail był jedynym, który, prócz grupki podobnych mi młodych szaleńców, wiedział o moich dawnych zainteresowaniach. Z tym, że tamci w większości nie cieszyli się już wolnością. W przeciwieństwie do mnie, nie zdążyli zmądrzeć, póki jeszcze mieli szansę.
    Jego bliskość, żar spragnionych warg, jego zdecydowanie sprawiało, że wspomnienia odchodziły na dalszy plan. Bezwiednie wodziłem wolną dłonią po jego odsłoniętym torsie. Serce wybijało szybki, gwałtowny rytm wspólnego pragnienia. Ostatkiem woli przywoływałem się do świadomości. Nie ulegaj mu.
    Uśmiechnąłem się kpiąco, czując pod palcami jego stwardniałą męskość. Ścisnąłem ją przez spodnie, nie na tyle, by bolało, ale wystarczająco, by wyraźnie to poczuł.
    Kiedy wstał, w moich oczach, zamiast zwyczajowego, zaczepnego błysku, pojawił się cień. Opierałem się przez chwilę. A co jeżeli on nie myśli o tym tylko w taki sposób? Może mi się nie wydawało, może nie będzie tak o mnie myślał, jeżeli do czegoś dojdzie? „Nadstawiałeś się jak suka w rui”. Będzie. Wiem, że będzie. Zacisnąłem zęby. Muszę tak zrobić, muszę mu pokazać, kto tu rządzi.
    Ulegle cofnąłem się pod ścianę, pozwalając na te pocałunki. Lekko przygryzłem jego dolną wargę, jednocześnie zsuwając dłonie z jego pleców, na pośladki. Przyciągnąłem go do siebie, tak blisko, jak się tylko dało. Gdybym przez cały czas nie rozpraszał się myśleniem o przeszłości i w ogóle, myśleniem, byłbym równie mocno podniecony, jak on. I tak niewiele brakowało. Z ogromnym trudem panowałem nad swoim ciałem. Wiedziałem, że jeszcze chwila, a nie wytrzymam i będzie mógł ze mną zrobić, co zechce.
    - Myślałem, że bardziej nad sobą panujesz – mruknąłem, przygryzając płatek jego ucha. -Przesunąłem ręce na jego biodra, złapałem go za pasek od spodni, jakbym zamierzał go rozpiąć. Krew pulsowała mi w żyłach jak wrząca lawa. – Wielka szkoda… - Wolną ręką drażniłem jego udo. - … że tym razem nie zamierzam się nadstawiać – syknąłem, odpychając go brutalnie. Przełknąłem ślinę. – Wynoś się.

    OdpowiedzUsuń
  58. Kiedy ponownie przycisnął mnie do ściany, poczułem głęboko ukryty strach. Jego furia emanowała z niego aż namacalnie, niemal czułem napięcie powietrza. Zadziałał zbyt szybko, nie zdążyłem się obronić. Wstrzymałem oddech, podświadomie przygotowując się na mocny cios. Jest zbyt słaby, by naprawdę mi cokolwiek zrobić, dotarło do mnie. I nie chodziło tu o słabość fizyczną. Wiedziałem, że go złamałem, przynajmniej na tę chwilę. Uniosłem nieco głowę, wykrzywiając usta w pełnym wyższości wyrazie.
    Kiedy mnie puścił, z trudem utrzymałem się na nogach. Wziąłem głęboki wdech. Z najwyższą, wyuczoną pogardą, patrzyłem, jak próbuje się doprowadzić do porządku, jak nędznie teraz wygląda. Naprawdę robił sobie nadzieje. Był w tym tak żałosny…
    Parsknąłem śmiechem, ostrym, zimnym, okrutnym.
    … był przynajmniej tak żałosny, jak ja, licząc z jego strony na cokolwiek więcej.
    Obiecałem mu zemstę i ta zemsta właśnie się dopełniła. Powinienem chyba czuć ulgę. Nie czułem.
    Śmiech urwał się, jak ucięty nożem, gdy tylko trzasnęły drzwi. Był sztuczny, wymuszony, podobnie jak wcześniejsze poczucie wyższości. Nie stało się nic, czego, nawet przed laty, bym nie dopuszczał. A jednak, po raz pierwszy w życiu czułem się tak plugawą szują. Podszedłem do okna, uchylając zasłonę. Odprowadziłem go wzrokiem. Widziałem, jak tamten żołnierz do niego celuje. Otwierałem już okno, by na niego wrzasnąć, żeby nie strzelał, ale opuścił broń. Oparłem się dłońmi o zimny parapet. Zastygłem tak, nie wiem, na jak długo. Cały czas widziałem wyraz jego oczu. Ten moment, gdy zrozumiał. Przez moją twarz przeszedł skurcz.
    - Pieprzyć to, pieprzyć to wszystko!
    Miałem ochotę za nim wybiec. Odepchnąłem się gniewnie od parapetu. Zacząłeś o nim myśleć, jak o człowieku..
    Wpadłem do łazienki, zrzuciłem mundur, odkręciłem prysznic. Chciałem zmyć z siebie każdy ślad jego dotyku, każde wspomnienie po nim. Nie czułem, że lodowata woda aż parzy skórę, nie czułem, że szoruję się tak mocno, że szyja i obojczyki aż bolały. Właściwie nie czułem nic, poza dziwacznym, nieznanym mi dotąd bólem, paraliżującym wszystko. Dlaczego nie mogłem mu zwyczajnie wybaczyć tamtej głupiej odzywki? Dlaczego nie pozwoliłem… Przecież sam go pragnąłem. Mówiłem mu, że potrzebuję czasu, ale gdybyśmy nawet… W najgorszym razie byłoby tak, jak wcześniej, jak z innymi. Jedna, może nawet kilka nocy zwykłej, płytkiej przyjemności. Dobre i to. Wycierałem się tak mocno, że prawie zdzierałem sobie naskórek. Może wystarczyło mu coś powiedzieć. Zakpić, jak zwykle, ale nie w ten sposób. Nie… nie krzywdzić go.
    Zatrzymałem się naprzeciw lustra, zszokowany, że w ogóle coś takiego przyszło mi do głowy. Że myślę o tym, co on czuje. Przecież to podczłowiek. A ja…
    Spojrzałem na swoje odbicie. Zobaczyłem zaciętą, poszarzałą twarz skurwysyna. Nienawidziłem się w tej chwili tak bardzo, jak jeszcze nigdy. Sam nie wiedziałem, czy bardziej chodzi o to, co zrobiłem, o słabość, czy o to, że w ogóle cokolwiek do niego, akurat do niego, poczułem. Z bezsilnej złości pomieszanej z rozpaczą uderzyłem pięścią w to cholerne lustro, rozbijając je na dziesiątki ostrych odłamków. Przez chwilę stałem nieruchomo, bezmyślnie patrząc na ściekającą po mojej ręce krew. Ostatecznie mógłby mną nawet gardzić. Przeżyłbym to.
    Ból poczułem z opóźnieniem. Otrząsnąłem się, pośpiesznie wyszukując jakiś ręcznik, którym można byłoby owinąć poranioną dłoń. Prawie nie czułem tkwiących w rozcięciach kawałków szkła. Kląłem, układając dłuższe niż kiedykolwiek wiązanki bluzgów. Dlaczego mu nie wybaczyłem? Dlaczego wtedy, właśnie wtedy, kiedy był wobec mnie taki… normalny..? Pamiętałem te jego pocałunki, ten głos. Okazał mi choć cień uczucia. Rozmawiał, pytał. Został ze mną, choć przecież nie musiał. Jak na niego, jak na sytuację, to było przecież dużo.
    A ja go potraktowałem gorzej, niż psa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. ***
      Następnego dnia o świcie wyruszyliśmy dalej na wschód. Obserwowałem z daleka, ukryty w cieniu jednego z budynków, jak kilku esesmanów zagania więźniów do ciężarówki, w której po załadowaniu jakichś mniej istotnych gratów zostało nieco miejsca, chyba nawet zbyt mało, by normalnie usiąść. Nie zareagowałem. Nie twoja sprawa, powtarzałem sobie w duchu. Obiecałeś mu, że przeżyje do momentu walk o Moskwę. Niczego więcej..
      Najgorsze było to, że chciałbym móc mu obiecać więcej.
      Kiedy wracałem po swój ekwipunek, podszedł do mnie Fuchs. Coś mówił. Nawet nie wiedziałem, co.
      ***
      Pierwszy postój zrobiliśmy pół dnia później, w jakimś lesie, chroniącym nas przed potencjalnym nalotem radzieckich bombowców. Po krótkiej chwili wahania, czy trzymać się rozsądku, czy jakichkolwiek ludzkich odruchów, nakazałem pełniącemu wartę Neumayerowi, by wypuścił jeńców z ciężarówki i dał im coś do picia. Chłopak w pierwszej chwili nie dowierzał, ale po upewnieniu się, że dobrze słyszy, zrobił, co kazałem. Patrzyłem z daleka, licząc, że choć przez chwilę zobaczę Mikhaila.

      Usuń
  59. Widząc go, nawet tak z daleka, poczułem absurdalny przypływ radości. Nie euforii, nie jakąś potężną dawkę szczęścia, raczej nikły, niespokojny impuls. Starałem się to zignorować, zupełnie nie wiedząc, skąd u mnie nagle tak dziwna reakcja. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, spuściłem wzrok. Upływ czasu niczego nie zmieniał, nadal czułem się parszywie winny. Odszedłem, w ostatnim momencie zerkając krótko przez ramię, gdy byłem pewny, że nikt tego nie zauważy.
    ***
    Morozov trzymał się z boku, usiłując możliwie najefektywniej wykorzystać czas dany im na odpoczynek. Zdrętwiał tak, że ledwo stał. Gdyby miał zacząć wymieniać części ciała, które mu ścierpły, chyba musiałby dokończyć w czasie jazdy – bo postoju by na to nie wystarczyło. Otrzymawszy manierkę, spojrzał najpierw na Mikhę (napił się i żył), na młodego esesmana (chyba nie zabierze wody po pierwszym łyku) iż powrotem na Mikhę… po czym przyssał się do manierki, łapczywie wypijając wodę aż do ostatniej kropli. Otarł usta rękawem, po czym schłodził wilgotnym materiałem czoło. Prawie się uśmiechnął.
    Kątem oka zobaczył, że ktoś się im przygląda. Zmarszczył brwi. Ten oficer, mikhowy Romeo. Dziwne, jeszcze wczoraj rano nie miał zabandażowanej ręki. Spojrzał z niedowierzaniem na Yashanova.
    - Połamałeś mu paluchy i nadal żyjesz? – zapytał nie kryjąc podziwu, gdy plandeka z powrotem oddzieliła ich od świata. Nie rozumiał. Wczoraj, widząc ukrytą w manierce kartkę, najpierw był ciekawy, o co chodzi. Potem, gdy Mikhail zniknął na sporą cześć nocy, uznał, że towarzysz zrobił go w jajo i jednak został „ulubieńcem” esesmana. Wczoraj o nic nie pytał, bo uznał wściekłość Yashanova za reakcję na, jakby nie patrzeć, zeszmacenie. Fakt, że obaj nadal żyli i że przed chwilą ich wypuszczono, bodaj na moment, uznał za płynące z całej tej sytuacji profity, więc, przynajmniej na razie, nie narzekał. Wszystko składałoby się w zgrabną całość… gdyby nie ta ręka Schurza.
    ***
    Kiedy ruszyliśmy w dalsza drogę, wydawało nam się, że jesteśmy czujni.
    Nie byliśmy.
    Atak partyzantów zaskoczył nas wszystkich. Kolumna poszła w rozsypkę, gdy pierwsze samochody zatrzymały się pod ostrzałem dziurawiącym blachę, silniki i zbiorniki paliwa. Zapanował chaos, kurzawa ograniczała pole widzenia do kilku metrów. Wywrzaskiwałem kolejne rozkazy, próbując jakoś opanować ten bajzel. Zapamiętałem urywki. Chwilę, w której to się zaczęło. Wściekłe terkotanie karabinów. Wychylającego się zza drzewa partyzanta, którego załatwiłem strzałem łeb. Ciała. Ich. Naszych. Moment, w którym Fuchs meldował o sytuacji na końcu kolumny. Lekkie uderzenie. Nieudana próba zaczerpnięcia oddechu. Fala zimna, rozlewająca się po ciele… Twarda ziemia za samochodem i ból. Krew. Na moim mundurze. Moja krew. Rozmazany krzyk Fuchsa:
    - SANITARIUSZ!
    Potem koniec. Cisza.
    Wszystko trwało kilkanaście minut.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ***
      Po kilkunastu minutach chaosu i wymiany ognia, większość partyzantów była martwa. Kilku uciekło. Niemcy opanowywali chaos w szeregach, sprawdzali, jakie szkody wyrządził ostrzał. Sanitariusze biegali między tym wszystkim i udzielali pomocy rannym, potykając się o głębokie koleiny, pourywane kawałki blachy, głuchnąc we wrzasku konających.
      Schurz, wasza rodzina to zawsze w najgorsze gówno wdeptuje, pomyślał mimowolnie Runge, rozpoznając rannego, do którego go przywołano. Wystarczyło mu krótkie spojrzenie. Bez transfuzji nie przeżyje. Miał tu wszystko, co trzeba, sprzęt, umiejętności. Wszystko prócz krwi. Szarpnięciem podciągnął rękaw oficera, by sprawdzić wytatuowaną na przedramieniu grupę. Jebane zero!
      - Potrzebny dawca, grupa zero! JUŻ! – wrzasnął na pierwszego z brzegu żołnierza. Fuchs. Adiutant Schurza.
      Zapanował bałagan.
      - Nie ma! Nie ma dawcy!
      - Kurwa mać, niemożliwe, żaden na stu ludzi nie ma pieprzonego zera?! – Tamował krwotok, jak mógł, ale jeszcze chwila i wszystko będzie na nic.
      ***
      Uwe Neumayer usłyszał całość przypadkiem. Razem z Fuchsem szukał dawcy. Nie zrezygnował, nie było mowy. Lubił Schurza, oficer chwilami był dziwny, czepiał się, miał trudny charakter i jeszcze trudniejszy akcent, ale nie posyłał ludzi na bezsensowną śmierć. Jego akcje się udawały.
      O jeńcach przypomniał sobie tylko dlatego, że dziś musiał dać im wody. Byli zamknięci, nie mogli uciec, czyli nie sprawiali problemu. Nie było sensu zawracać sobie głowy. A teraz, mogli się przydać. Może któryś…
      Pognał do ciężarówki, po drodze przywołując kilku chłopaków z drużyny na wypadek kłopotów. Kto wie, co ruski wymyślą. Szarpnięciem otworzył pakę.
      - Grupa krwi! Jaką macie grupę?! – wrzasnął, zdyszany.

      Usuń
  60. Wiedział, że ten dupek coś wymyśli. Że znowu ich coś wpakuje. Po prostu to wiedział! Dlaczego ci „z góry” przydzielili go akurat do grupy Yashanova? Dlaczego? Czym aż tak bardzo zawinił?
    Miał ochotę go rozszarpać na tysiąc maleńkich kawałeczków. Mogli siedzieć cicho na dupach, przy odrobinie szczęścia szwaby daliby im spokój na co najmniej godzinę, może dwie, zanim ogarnęliby ten swój burdel. Ale nie, Mikha Zbawca Świata musiał rozewrzeć dziób.
    Taa, przyda się im. Przez pięć minut. A potem będzie mógł sobie zdechnąć, bo na pewno z racji osłabienia nie dostanie lepszego żarcia ani znośniejszych warunków podróży. Jak dojadą na miejsce, zapewne będą musieli rozpakować Niemcom większość sprzętu. Jeżeli nie da rady czegoś przenieść… Nie tak dawno na własne oczy widział, jak jeden z esesmanów zastrzelił podwładnego Yashanova tylko dlatego, że tamten upadł, przenosząc jakąś cholernie ciężką skrzynię.
    Przygarbił się, widząc wycelowaną w nich broń. Z tego, co mówił po niemiecku Mikha, rozumiał piąte przez dziesiąte, miał jednak na tyle rozumu, by się nie awanturować. Przynajmniej nie tak, by Niemcy mogli zrozumieć, bo gdy popychany zimną lufą karabinu wlókł się obok Yashanova, nie omieszkał syknąć po rosyjsku:
    - I po kiego żeś prawdę powiedział?! Wroga jeszcze będę wzmacniać! Swoim kosztem. – Najbardziej chodziło oczywiście o to ostatnie.
    Żołnierze doprowadzili ich na miejsce, ani na chwilę nie przestając w nich celować. Jakby mogli teraz cokolwiek zrobić! Morozov powiódł zaszczutym wzrokiem od niemieckiego lekarza do rannego. Szlag. Ten oficer.
    W pierwszej chwili można było pomyśleć, że nie żyje.
    Schurz leżał nieruchomo, blady jak topielec. Ściółka wokół niego była czerwona, rozmiękła od wsiąkającej w nią krwi. Rozdarty pospiesznie, wyglądający teraz jak mokra, posklejana szmata mundur odsłaniał opatrunek nieco poniżej prawego płuca, przez który, mimo starań lekarza, przesączało się coraz więcej krwi. Dopiero z bliska dało się zauważyć płytki, niespokojny oddech i kurczowo zaciśniętą na ziemi dłoń, jakby ranny w ten sposób starał się choć częściowo panować nad bólem. Jeszcze nie stracił przytomności. Jego zamglone spojrzenie błądziło po ich twarzach, nie mogąc rozpoznać żadnej z nich. Pojękiwał, ale tak cicho, że w trakcie bitwy nikt by tego nie usłyszał.
    - Który z was? – pytanie Rungego padło szybko, nie zamierzał teraz rozważać żadnych polityczno-rasowych teorii. Grupa krwi się zgadzała i to się liczyło. Podobno się zgadzała. Pewności nie miał, ale czasu, by się upewnić, brakowało. Musiał zaryzykować. Bez transfuzji Schurz z pewnością umrze. Liczyły się minuty, sekundy. Pokazał gestem, by Rosjanin usiadł. Sprzęt już czekał. Rungemu po raz pierwszy od lat trzęsły się ręce. Z każdym tygodniem tej chorej wojny próbował ratować ludzi w takich warunkach, o jakich za czasów praktyki lekarskiej w szpitalu nie śnił nawet w najgorszych koszmarach. Mimo to wiedział, co robi. Problem w tym, że krew to dopiero początek. Musiał go jeszcze połatać, a zwalniający oddech Schurza nie wróżył dobrze. Runge kątem oka zauważył, że spojrzenie oficera na moment się wyostrzyło. Poznał kogoś. Tego drugiego Rosjanina, Yashanova. Dziwne.
    - Poznał cię, mów do niego coś – polecił. – Cokolwiek. - Istniało ryzyko, że po morfinie serce Schurza się zatrzyma, ale gdyby robił wszystko na żywca, ból by go wykończył. Musiał ryzykować. Znów. – Nie przestawaj, jak odleci, może się nie obudzić.

    OdpowiedzUsuń
  61. - Sam będziesz workiem, jak z tobą skończę – głos Morozova brzmiał mniej pewnie, niż powinien. Z niepokojem obserwował, jak Niemiec zakłada mu opaskę uciskową, a potem wkłuwa igłę. Schurz był już podpięty. Przeciągnięta między nimi rurka wypełniła się krwią. Rosjanin wziął głębszy wdech, usiłując zachować całkowity spokój. Nie ufał temu ichniemu lekarzowi. Szwab to zawsze będzie szwab, nawet jeśli z opaską czerwonego krzyża na ramieniu.
    Nie widział dokładnie, co Runge robi przy rannym. Z ilości przekleństw (o ile to faktycznie były przekleństwa, domyślał się głównie z tonu głosu) wnioskował, że z rannym jest bardzo źle, no chyba, że ten lekarz zawsze tak klął przy operacjach. Wychwycił coś o pokruszonych żebrach, pierdolonym Mosinie (domyślił się, że partyzant, który trafił oficera strzelał właśnie z Mosina, a lekarz wyjmował Schurzowi pocisk) i szczęściu, że nie poszło w kręgosłup. Był moment, w którym myślał, że Yashanov się nie odezwie, choćby Niemcy mieli go zastrzelić na miejscu, więc teraz, słysząc ten cały monolog, gapił się na niego w coraz większym osłupieniu.
    Trudno było powiedzieć, czy Schurz faktycznie słyszał, że Mikhail coś do niego mówi. Wyglądał na całkowicie zamroczonego bólem, niemal zupełnie nieprzytomnego, jak ktoś, kogo przy życiu trzyma jedynie cienka nić jakiejś obsesji. Od czasu, kiedy Runge wstrzyknął mu morfinę, tkwił nieruchomo, osłabła dłoń nie miała siły dalej zaciskać się w pięść. Nadal oddychał, naga klatka piersiowa unosiła się nieznacznie. Był moment, że próbował coś powiedzieć, jego wargi poruszyły się, ale nie uleciało z nich żadne zrozumiałe słowo. Po kilkunastu minutach Morozov przestał słuchać. Teraz skupiał się już głównie na tym, by nie zemdleć, bo zaczynało mu niebezpiecznie szumieć w głowie. Oparł się dodatkowo na rękach, nie chcąc się przewrócić, choć było mu coraz bardziej słabo. Akurat w tym momencie obejrzał się na niego Runge. Przez twarz Niemca przebiegło wyraźne wahanie. Studiował medycynę jeszcze zanim na uczelniach rozsiadł się nazistowski substytut nauki. Wpajano mu, by ratował życie. Każde życie. Wyjął Rosjaninowi igłę i pośpiesznie wcisnął mu gazę na opatrunek.
    - Dajcie mu czekolady. Dwa pudełka. Bez żadnego gadania, już! – krzyknął, z powrotem pochylając się nad rannym. Dwóch esesmanów przyglądających się temu wszystkiemu niechętnie wygrzebało z chlebaków będące na wyposażeniu każdego żołnierza pudełeczka i podało je jeńcowi. Nie podobało im się to, ale przecież nie lekceważy się poleceń jedynego człowieka w promieniu dziesiątek kilometrów, który może uratować ci życie. To byłoby co najmniej… nierozsądne. – Yashanov, powiedz tej sierocie bożej, żeby to zżarł. – Runge nawet nie podniósł głowy, pochłonięty zakładaniem jakiegoś szwu. Dziesięć minut później ostatecznie opatrzył Schurzowi ranę. Wstał, cały upaprany krwią, ze zmęczeniem wypisanym na przedwcześnie pomarszczonej twarzy.
    - Ma bardzo, podkreślam, bardzo małe szanse. Żeby w ogóle przeżyć, powinien… - „natychmiast trafić do specjalistycznego szpitala”, dokończył w myślach, bo mówienie tego na głos było bez sensu. Nie było takiej opcji, nie tutaj. - Po prostu przenieście go gdzieś, gdzie będzie miał znośne warunki. Zrobiłem, co się dało. Teraz już wszystko zależy od jego organizmu i szczęścia. I niech siedzi przy nim ten jeniec, skoro jakkolwiek na niego reaguje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ***
      Podczas przenosin na pakę opróżnionej ze sprzętu, okrytej plandeką ciężarówki, Schurz stracił przytomność. Oderwany od jakiegoś innego pacjenta Runge wstrzyknął mu coś mającego pobudzić do działania serce.
      Dwie godziny później ocknął się nagle, mamrocząc coś nieprzytomnie. Rzucał się po prowizorycznym posłaniu, majacząc. Oprzytomniał tylko na moment.
      - Fuchs. Muszę natychmiast… rozmawiać z Fuchsem – upierał się. Uspokoił się dopiero, gdy zjawił się adiutant. Zostali sami, bo Fuchs natychmiast kazał Rosjanionowi i pilnującemu go szeregowemu się wynosić. Nachylił się nad przełożonym, słysząc, że ten próbuje coś powiedzieć.
      - Ilu… ilu naszych?
      - Ośmiu zabitych, sześciu lżej rannych i pan. To nie była duża grupa, daliśmy się podejść.
      - Czemu… stoimy?
      - Pański stan nie pozwala jechać dalej – Fuchs jak zwykle zachowywał opanowanie. – Ruszymy dalej, gdy przyjedzie po pana konwój.
      Ranny skrzywił się, usiłując się poruszyć.
      - Durniu. Sowieci znają naszą pozycję. Wystarczy, że jeden uciekł. Zrobią nalot i zginiecie wszyscy – wyrzucał z siebie kolejne słowa szybko, jakby bojąc się, że nie zdąży. - Musisz podejmować… mądre decyzje. Zrozumiano? – jęknął.
      Fuchs zacisnął wargi. Był blady, spięty. Milczał.
      - Odpowiadasz za tych ludzi.
      Adiutant patrzył na niego bez słowa. W półmroku nie było widać dokładnie jego twarzy. Mrugał częściej, niż zwykle. Przełknął ślinę.
      - Tak jest, herr obersturmführer – obiecał ciszej, niż zwykle.
      - Uważaj na Freischera – ranny z coraz większym trudem wymawiał poszczególne słowa. – We Francji… Résistance. Freischer nawiązywał kontakt. Widziałem.
      Fuchs próbował jeszcze o coś zapytać, ale Schurz stracił przytomność, nim zdążył dokończyć. Adiutant przez dłuższą chwilę patrzył w upstrzoną zaciekami plandekę. Potrząsnął gniewnie głową. Wyszedł, zatrzymując się przy Yashanovie i pilnującym go żołnierzu. Spojrzał z obrzydzeniem na Rosjanina.
      - Jeśli w czymkolwiek zaszkodzisz, będziesz marzył o rozstrzelaniu.
      Gestem pokazał szeregowemu, że mogą wrócić do rannego. Odszedł pośpiesznie. Dziesięć minut później ruszyli w dalszą drogę.

      Usuń
    2. ***
      Hałas atakował stopniowo, na równi z palącym bólem. Słyszałem otumaniający warkot. Silnik? Wiele silników. Trzęsło. Odetchnąłem ciężko. Jechaliśmy. Spróbowałem przełknąć ślinę. W ustach miałem suchy, metaliczny smak. Naciągnięta, popękana skóra warg szczypała. Było mi zimno. Oddałbym wszystko za kawałek koca. Za ciepło… odrobinę ciepła. Wdech. Wydech. Tak ciężko… Jakby na piersi leżał ciężki kamień. Wdech. Leżałem na czymś miękkim. Jakiś materiał kleił się do mnie, cały wilgotny. Wydech. Wdech… czemu oddychanie jest takie trudne..? Chciałbym odpłynąć… Spokoju. Ciszy. Choć na chwilę. Drżałem z zimna. Gorączka? Wydawało mi się, że ktoś tu jest. Ostrożnie uchyliłem powieki. Ta sylwetka. Serce zabiło mi mocniej. Spróbowałem dojrzeć twarz. Kładące się wszędzie cienie mieszały się z obrazami z przeszłości. Miałem wrażenie, że słyszę głos matki, że ona tu jest. Jakbym się obudził, a ona znowu siedziała w oknie, grając na skrzypcach. Uśmiechnąłem się lekko. Z pękniętej wargi popłynął mi po brodzie strumyczek ciepłej krwi. Gdzieś z daleka dobiegały podniesione głosy, komendy. Pamiętałem, że… ktoś do mnie strzelał. Więc… front? Spiąłem się cały. Obrazy walki, echo wrzasku Rosjan i widok spadających do dołu trupów nakładały się na siebie. Zmrużyłem oczy. Twarz. Znam tego kogoś. Powinienem go znać. Pamiętać.
      - Mikhail.
      Jest Rosjaninem. Jest…ważny. Ale dlaczego ważny? Mikha. Jego głos. To tylko jeniec. Wspomnienie dotyku. Szybsze bicie serca. W trakcie operacji… był tam. Mówił do mnie. Mówił… Poszczególne elementy złożyły się w całość.
      - Chciałeś… rozmawiać – wyszeptałem z trudem, tak cicho, że żeby zrozumieć, musiałby chyba czytać z ruchu moich ust. Zawiodłem go. Zakpiłem, zachowałem się jak skurwysyn, wyłącznie przez idiotyczną dumę, przez chęć zemsty za zniewagę, a on tu był. I wtedy też... Oblizałem spierzchnięte, nieposłuszne wargi. – Wybacz… mi… - Przez moją twarz przeszedł skurcz, ból się nasilał. Przymknąłem oczy. Zacisnąłem palce na posłaniu, starając się nie wydać żadnego dźwięku zdradzającego słabość.

      Usuń
  62. „Nie chcę, nie z tobą”.
    Nie byłem w stanie powstrzymać grymasu bólu. Zamknąłem oczy, chcąc choć częściowo ukryć przed nim emocje, słabość, to wszystko. Tak bardzo chciałem, żeby nie odchodził, żeby po prostu był przy mnie. Jego obecność była chyba jedyną nicią, jaka pozwalała mi się trzymać świadomości. Wszystko mi się mieszało, nie potrafiłem rozróżnić, co jest prawdą, a co majaczeniem. Każdy oddech wydawał się wyczynem na miarę zdobywania Mont Blanc. Ucichłem, po prostu słuchając. Kłamał. A ja głupi, przez chwilę… Jak w ogóle mogłem myśleć, że on mógł…
    Szumiało mi w głowie.
    Osiągnąłem swój cel..?
    Bardziej niż kiedykolwiek, chciałem po prostu umrzeć. Niech to wszystko się skończy. Najlepiej teraz. Psuję wszystko, za co się biorę. Moje… zasługi. Draństwa, nie zasługi. Każda jedna. Same draństwa, przez całe życie. Wieczne kłamstwo. Wieczne ukrywanie się.
    „Jestem jak inni”.
    O to mi zawsze chodziło. Ukryć się, schować w tłumie. Niech nie widzą, że coś jest nie tak. A przecież, wciąż pamiętałem tamten moment sprzed lat. Grałem. Spojrzenia ludzi mi pochlebiały, nie bałem się ich. Grałem nie gorzej, niż moja matka, za rok miałem wyjechać do Wiednia. Występować. Głupi, nastoletni dzieciak. Na przemian próby i piłka na zapyziałym podwórku. Idiotyczne bijatyki o jeszcze durniejsze sprawy… Twarz zdolna do śmiechu, z której można czytać jak z otwartej księgi… wszak arystokratą urodziłem się tylko w połowie.
    To wszystko było tak dawno.
    „Nie wymagaj wybaczenia za coś czego nie żałujesz”.
    Miałem ochotna niego krzyknąć, potrząsnąć nim. Bo żałuję. Żałuję bardziej, niż czegokolwiek.
    Nie odezwałem się. Nie potrafiłem wyrażać emocji, mówić o nich.
    Słyszałem, że razem z nami jest ktoś jeszcze. Próbowałem dostrzec, kto. Zrozumienie dotarło do mojego otępiałego, przegrzanego mózgu dopiero po dłuższej chwili. Przecież nie zostawiliby mnie samego z jeńcem. Ten, który nas pilnował, musiał być dość daleko, bo ledwie wyczuwałem jego obecność.
    Uspokoiłem się, czując łagodny dotyk materiału na skórze. Odchyliłem głowę, nie miałem siły, by ją unieść.
    - Dziękuję – wyszeptałem. Na wpół bezwiednie odszukałem jego dłoń, nim zdążył ją zabrać. Złapałem go za rękę, ale uchwyt był tak słaby, że w każdej chwili mógł się od niego uwolnić. Zmarszczyłem lekko brwi, zastanawiając się, jak powiedzieć mu coś tak, by nikt inny tego nie usłyszał. Hałas trochę zagłuszał, ale… Nie dało się. Westchnąłem.
    - Jeśli umrę, proś lekarza, niech cię uczy medycyny – odezwałem się cicho, pawie niesłyszalnie, po rosyjsku. - Od pół roku potrzebuje pomocnika. Po tym, jak zginął mój brat, ma jeszcze mniej ludzi. Jest zdesperowany. W ten sposób przeżyjesz – mówiłem z wysiłkiem, nawet nie starając się o akcent. Nie byłem pewien, czy zdążę mu powiedzieć wszystko, ale musiałem przekazać choć część. – Jeśli Rzesza wygra… - znów dotknąłem jego dłoni. – Jeśli przeżyjesz… - Łagodnie przesunąłem kciukiem po jej wierzchu. Leżałem w poprzek ciężarówki, sylwetka Yashanova odrobinę nas zasłaniała. Przeniosłem jego dłoń pod koc, na swoje biodro, tam gdzie było czuć wsuniętą do kieszeni spodni, złożoną na czworo kartkę z notesu. Spojrzałem na niego, licząc, że zrozumie. Weź to.
    - Pierwszy adres… Fałszerz. Wyrobi ci ausweis. Powiedz, że przychodzisz ode mnie… - moje spojrzenie zamgliło się z bólu, który powracał falami, w miarę, jak morfina przestawała działać. - …w sprawie spłaty… długu. – Z każdą chwilą było mi ciężej mówić. – Drugi… moje mieszkanie – syknąłem, walcząc z odruchem, by skulić się w kłębek. - Klucz… - Zacisnąłem pięść, zapominając, że nadal mam obandażowaną dłoń. Dygotałem, nadal było mi zimno. Jęknąłem głucho z bólu, niechcący napinając mięśnie tułowia. - Zaszyty w wycieraczce – dokończyłem, zaciskając powieki. – Wezwij Rungego. Proszę – zabrzmiało rozpaczliwie, z trudem powstrzymywałem się przed krzykiem. Emocje i fizyczne cierpienie, większe niż kiedykolwiek, wycisnęły kilka cholernych łez, których nie miałem nawet jak otrzeć. Czułem się upokorzony, beznadziejnie żałosny w swojej słabości i nieprzydatności.

    OdpowiedzUsuń
  63. Słysząc jego głos, tym razem łagodniejszy, uśmiechnąłem się lekko. To był zaledwie moment, ułamek sekundy, nim zatarł go skurcz bólu.
    „Nie dziękuj”.
    - Chcę ci dziękować – mruknąłem. Gardło miałem dziwnie zaciśnięte, ale nie miało to nic wspólnego z moim stanem. Czułem wobec niego jakąś nieopisaną wdzięczność, za samą obecność tutaj, za głos, którym mnie cucił, za wszystkie drobne gesty. Za to, że, w jakimś sensie, mnie nie zostawił. Żałowałem, że nie potrafię, nie jestem w stanie, mu tego powiedzieć. Ubrać w słowa, w dźwięk, w cokolwiek. Jednocześnie wiedziałem, że brakuje czasu. Są istotniejsze rzeczy. Sprawy, o których trzeba było powiedzieć.
    Więc mówiłem – jak zwykle skupiony na konkrecie, na tym, co trzeba zrobić, by osiągnąć cel.
    „Nie umrzesz, wydobrzejesz... nikt tutaj nie da ci umrzeć”.
    - Na to liczę – mruknąłem tonem kpiny. Chciałem, mimo wszystko zachować twarz. Nie byłem pewien, czy się boję. Chyba nie bardziej, niż w trakcie walki… nie bardziej, niż zwykle. Najgorzej czułem się z tym, że muszę na kimś polegać, że jestem obciążeniem.
    Odetchnąłem z ulgą, kiedy zrozumiał i w mało rzucający się w oczy sposób przełożył kartkę. Nie mogłem zrobić dla niego nic więcej.
    Nie byłem pewien, czemu tak mi zależy, by żył. W tej chwili czułem po prostu, że muszę go ocalić, że to ważne. Nie dla kogoś, nie dla narodu czy Rzeszy. Po prostu… Dla mnie. Po raz pierwszy od lat nie rozważałem za i przeciw.
    Czując to splecenie dłoni i to, jak całował moje palce, spojrzałem na niego, oszołomiony. Nie sądziłem, że on w ogóle tak potrafi. Gdyby ktokolwiek powiedział mi, że ktoś potraktuje mnie w ten sposób… tak po prostu, chyba bez celu, bez ukrytych korzyści, nie uwierzyłbym. W moich oczach, przez chwilę, prócz bólu, było widać jakieś specyficzne przywiązanie, diametralnie różne od pożądania. Kiwnąłem głową, usiłując nadal trzymać się przytomności, mimo, że czułem się, jakby ktoś rozrywał kolejno moją skórę, mięśnie, drapał nagie kości. Wytrzymam..
    To, że otarł mi łzy, zarejestrowałem zaledwie strzępkami zmysłów. Mój umysł uciekał w lepką mgłę nieświadomości, odgradzał się od bodźców. Zacisnąłem zęby. O tym, że przygryzłem sobie język, uświadomił mnie dopiero słodkawy smak w ustach. Zakaszlałem, chcąc przynajmniej wypluć spływającą mi do gardła krew.
    Słyszałem coraz bardziej niewyraźne echo całego zamieszania. Ciemniało mi przed oczami. Poczułem, że ktoś się nade mną pochyla. Mikha..? Nie, Runge. Zerknął na ranę, chyba zmierzył mi temperaturę. Przez ten cały chaos, na który moje nerwy chyba nie wiedziały już, jak reagować, prawie nie poczułem ukłucia igły.
    - Daję panu znieczulenie połączone ze środkiem obniżającym temperaturę. Pomoże na kilka godzin.
    Kiwnąłem głową, mógł mi dać cokolwiek, było mi wszystko jedno, byle tylko choć trochę mniej bolało.
    - I-ile mi zostało? – wydyszałem, czemu te cholerne środki nie działały szybciej..?
    - Herr obersturmführer, wyzdrowieje pan.
    Skrzywiłem się, bezwiednie zaciskając z bólu pięści.
    - Mówże, ile – warknąłem.
    - Wyzdrowieje pan – powtórzył z uporem. Nie uwierzyłem mu. Chciałem się skulić. Przytrzymał mnie. Zagryzłem wargę do krwi. Powoli, straszliwie powoli, środek zaczynał działać. Czułem chłodny bezwład, stopniowo ogarniający całe ciało.
    - Ufa pan temu jeńcowi na tyle, by tu był?
    - Nikomu nie ufam – jęknąłem. – Ale on… pomaga. – O mało nie powiedziałem: jest dla mnie dobry, albo innej frazy zakrawającej na zwierzenie. Coraz mniej nad sobą panowałem. To przez leki? Czułem, że Runge robi coś przy mnie, chyba zmienia wierzchnią warstwę opatrunku. Coraz mniej do mnie docierało. Odpływałem, tym razem w sen.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ***
      Runge obejrzał się na jeńca, wyraźnie zaskoczony. To nie było częste zachowanie. Zwykle schwytani Rosjanie starali się zniknąć, zejść z oczu. Zwykle nie przebywali z żołnierzami tak długo: ich los rozstrzygał się w kilka dni. Albo szli do transportu, do obozów, albo do piachu. Jego twarz przybrała opanowany, choć nie wrogi wyraz. Stopniowo przyzwyczajał się do towarzystwa tych dwóch, każdy miał coś, co czyniło go pomocnym. Pierwszy, ten bardziej niepozorny, robił co trzeba bez gadania, ten tutaj… miał odwagę.
      - O co chodzi? Ty jesteś… - zmarszczył brwi, usiłując sobie przypomnieć nazwisko, które powiedział mu Schurz, kiedy przyprowadził jeńców. Kojarzył wygląd i charaktery, personaliów jeszcze nie. - …Yashanov, tak?

      Usuń
  64. Runge, zwykle nie przykładający wagi do imion i nazwisk, tym razem postarał się zapamiętać. Miał przeczucie, że stojący przed nim Rosjanin jeszcze sporo namiesza… a na takich ludzi lepiej zawczasu zwracać baczniejszą uwagę.
    Spodziewał się wielu pytań, ale tego najmniej. Nie zdziwiłby się, gdyby rozmawiał teraz z Niemcem, ale… dlaczego tego jeńca to interesuje? Siedzenie przy rannym mogło być upierdliwe, ale w obliczu tego, co spotykało go na co dzień, można było interpretować je jako czas odpoczynku… Rosjanie to podobno leniwy naród.
    - Jakieś szanse są zawsze – odpowiedział z ociąganiem. Zmierzył jeńca uważnym spojrzeniem. Westchnął. – Choć w tym wypadku bardzo niewielkie – dodał ciszej. W jego głosie odbił się smutek, jakaś nostalgia. Starszego Schurza znał głównie z opowieści Egona i tych krótkich chwil, kiedy wizytował szpital polowy. Nigdy nie znaleźli wspólnego języka, być może on był na to zbyt ostrożny… a może Sigmar zbyt zaślepiony swoją wizją świata. Runge czasem zastanawiał się, jak to możliwe, że jeden dom wychował dwóch tak różnych synów.
    – Miał zginąć na miejscu. – Nie był pewien, czemu w ogóle zagłębia się w szczegóły. Zazwyczaj prawdziwym sensem pytań o czyjś stan zdrowia było to, jak szybko będzie mógł wrócić do walki. Ale tutaj..? - Strzelono do niego dwa razy, ale pierwszy pocisk tylko go drasnął. Drugi rozdarł mięśnie, zrykoszetował o żebro, krusząc jeszcze dwa inne, uszkodził jelito i zatrzymał się przy kręgosłupie. Obersturmführer Schurz ma olbrzymie szczęście, że nadal żyje. Wystarczyło, żeby pocisk przemieścił się odrobinę inaczej i najlepszy chirurg nie mógłby mu pomóc. Jego stan… W normalnych warunkach, w dobrze wyposażonym szpitalu z kompetentnym personelem, przeżyłby. Tutaj… Ja nie chcę niczego przesądzać, bo nadzieja jest zawsze. I chyba tego powinniśmy się trzymać… a najbardziej sam obersturmführer. Na razie jego organizm walczy, coś go tu trzyma.
    ***
    Ocknąłem się, czując, jak moje opuszczone powieki drażni jakieś światło. Zamrugałem, usiłując odegnać to wrażenie. Nic z tego. Wsłuchałem się w otoczenie, czujnie, jak zwykle. Cisza. Gdzieś nade mną skrzypiało cicho drewno, chyba stare belki. Chłodne powietrze ułatwiało oddychanie. Otworzyłem oczy. Przez zamknięte, połowicznie zasłonięte wypłowiałą kotarą okno wpadał blask księżyca. Leżałem w jakimś niedużym pokoju. Powiodłem wzrokiem od miejscami nadpleśniałych boazerii na ścianach do nielicznych, ocalałych mebli. Drewniana, zawilgotniała szafa, odstawione w ciemny kąt krzesło… pajęczyna u sufitu, kolekcja motyli w rozbitej gablocie… Prawie gotycyzm.
    Odetchnąłem, usiłując zrozumieć, gdzie i dlaczego jestem. Ucisk w piersi nieco się zmniejszył. Zimno nie dokuczało, bo ktoś okrył mnie grubą kołdrą i jeszcze jakimiś kocami. Zastrzyk przeciwbólowy jeszcze działał, ranę dawało się ignorować. Spróbowałem otrzeć sobie pot z czoła. Uniesiona ręka opadła w pół drogi. Byłem wyczerpany, wyzuty z sił. Gdyby przyszło co do czego, chyba nawet nie mógłbym nikogo zawołać. Drzwi na korytarz były uchylone. Dobiegało stamtąd ciche skrzypienie schodów. Ktoś szedł na górę. Odruchowo poszukałem dłonią kabury. Oczywiście, zabrali mi broń, pomyślałem gorzko. Czekałem więc, nic innego mi nie pozostało.

    OdpowiedzUsuń
  65. Na jego widok uśmiechnąłem się niewyraźnie. Jego obecność w jakiś niewytłumaczalny sposób dodawała mi otuchy. Nie rozumiałem tego, to było zupełnie nieracjonalne, tak mentalnie kleić się do kogoś. I to jeszcze do kogo… dlaczego tak trudno było mi pamiętać, że on jest po prostu jeńcem? Tak naprawdę, nie powinienem nawet na niego patrzeć wtedy, przy tamtych skrzyniach. To było w gruncie rzeczy niesamowite, te wszystkie zbiegi okoliczności. Przypadki.
    Obserwowałem, jak podchodzi do okna. Po raz pierwszy od postrzału byłem w stanie jako tako skupić wzrok, choć obraz nadal był nieco rozmyty, szklisty. Przez dłuższą chwilę po prosu patrzyłem, jak srebrzysty blask wyodrębnia z mroku jego sylwetkę, kładzie się na ramionach, oplata rysy twarzy. Poczułem ukłucie w sercu, jakby tęsknotę.
    - Przecież widzisz – poruszenie zesztywniałymi wargami okazało się trudniejsze, niż sądziłem. Przekręciłem nieco głowę, nie czułem się pewnie, gdy ktoś znajdował się poza zasięgiem mojego wzroku. Słysząc ciche pytanie, uniosłem nieznacznie brew. Już myślałem, że te gesty i słowa w ciężarówce mi się przyśniły.
    - Jakby mnie zmoczyli, wyzęli, wytarli podłogę i powiesili. Mniej więcej – mruknąłem, siląc się na cień żartu. Rozejrzałem się po pomieszczeniu.
    - Gdzie jesteśmy? – Zaraz też zadałem następne pytanie, nie dawało mi to spokoju: - Tak po prostu cię tu wpuścili?
    Umilkłem, przez kilkanaście minut zbierając siły na cokolwiek poza oddychaniem. Nie spuszczałem z niego wzroku.
    - Mikha, nie podejdziesz..? – pytanie padło tak cicho, że nie byłem pewien, czy je usłyszał. Przez wyschniętą na wiór krtań mógł się wydobyć jedynie ochrypły szept. Zabrakło mi odwagi, żeby powtórzyć. Przymknąłem oczy, ale nie chciałem zasypiać. Jeszcze nie.
    - Mógłbyś… mi dać wody? Choć trochę. – Dziwnie się czułem, musząc prosić o tak prozaiczną rzecz, właściwie… musząc prosić o cokolwiek.

    OdpowiedzUsuń
  66. Nie mogłem widzieć dokładnie jego twarzy, ale usłyszałem, że jest rozbawiony. Uśmiechnąłem się półprzytomnie. Czułem się znacznie gorzej, niż twierdziłem, ale nienawidziłem uchodzić za słabego. Słabymi się gardzi.
    Śledziłem wzrokiem jego gest. Przez to wszystko, włącznie z moim obecnym skołowaniem, zaczynałem patrzeć na niego jakby stał się nagle kimś innym, jeszcze bardziej interesującym.
    Skrzywiłem się nieznacznie, słysząc odpowiedź na swoje pytanie.
    - Tyle to sam zauważyłem - mruknąłem. – Usłyszałeś może, co to za miejscowość? Coś tu w ogóle stoi poza tą ruderą, jakieś domy, coś? Ile czasu minęło, czy były jakieś postoje? – Na podstawie tego mógłbym wywnioskować, ile kilometrów przejechaliśmy. Niewiedza z każda minutą bardziej doprowadzała mnie do szału. Przywykłem do ciągłego orientowania się w terenie, zbierania i analizowania informacji, do planowania… Nie do bycia zdanym na innych i czekaniem nie wiadomo na co. Po to poszedłem na front, żeby nie czekać.
    Nie widziałem tego dokładnie, ale miałem wrażenie, że jego spojrzenie mnie omija. Powstrzymałem westchnienie rezygnacji. Jak to możliwe, że w jednej chwili jest dla mnie wręcz… czuły, a niedługo później znów tak bardzo obojętny? Jak to możliwe, że nadal nie mogę przestać o nim myśleć? Przecież… Nie mogłem być zakochany. Miłość to mit, naiwna pożywka dla pisarzy. Gdyby istniała, przez tyle lat znalazłbym przecież kogoś, kto znaczyłby dla mnie odrobinę więcej, niż chwilowy kochanek. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Może chodziło o to, że Mikhail był w pewnym sensie nieosiągalny? Pociągał mnie jako nowy, niepoznany dotychczas wariant zakazanego owocu? Żałosne w swojej małostkowości, ale… jak to inaczej wyjaśnić?
    Słysząc z jego strony przytyk, poczułem się, jakby jakiś brakujący element właśnie wskoczył na swoje miejsce. Ledwie powstrzymałem uśmiech.
    - Że niby ja potrzebuję? – upewniłem się, doskonale odgrywając niedowierzanie. – Ależ ja tylko dbam, żebyś za mną nie tęsknił.
    Zmrużyłem podejrzliwie oczy, słysząc, jakie otrzymał polecenie.
    - Liczą, że jednak mnie wykończysz..? – zamyśliłem się. Poniekąd, wyszłoby to na dobre. Pozbyliby się obciążenia. Zagryzłem wargę. Powinni mnie tam zostawić, spowalniam całą kompanię. Mądrzej byłoby mnie dobić, nie ratować. Ale dlaczego pozwalają mu… Coś sobie nagle przypomniałem. Runge. Wtedy, na ciężarówce… pytał, czy ufam Mikhailowi. Co mu odpowiedziałem..? Usiłowałem przywołać tamte słowa. Bezskutecznie. Moja pamięć rozchodziła się jak strzępy porannej mgły. Czułem rosnący niepokój. Coś mówiłem, na pewno. Byłem wtedy ledwie przytomny, nie myślałem rozsądnie. Mogłem powiedzieć cokolwiek. Cholera. Czy Runge coś wiedział, czegoś się domyślał? Zacisnąłem palce na wierzchnim kocu. Było źle.
    Słysząc ciąg dalszy, ze złości mało nie udławiłem się powietrzem.
    - Nie. Jestem. Bezbronny – warknąłem. – I nigdy nie będę. Jedno moje słowo, a zleci się tu pół kompani. Jeden mój rozkaz, a będziesz martwy, tak jak od dawna powinieneś. – Kierowany bardziej impulsem, niż myślą, chciałem usiąść. Ruch okazał się zbyt gwałtowny. Ból był tak silny, że pociemniało mi w oczach. Z głuchym jękiem opadłem na poduszkę. Zmęłłem w ustach wiązankę dosadnych bluzgów.
    Usłyszałem, jak żołnierz na korytarzu przeładowuje broń.
    - Wszystko w porządku – burknąłem na tyle głośno, by usłyszał. – Nie ma sensu zawracać sobie głowy… - wolę sobie zdechnąć w ciszy, dokończyłem zgryźliwie w myślach. Szeregowy okazał się bystrzejszy, niż myślałem. Szybko, ale ostrożnie, stając nieco z boku drzwi, by chroniła go futryna, zerknął, co się u nas dzieje. Niemal czułem wwiercające się we mnie spojrzenie. – Powiedziałem, wszystko jest w porządku – powtórzyłem spokojniej. Przynajmniej miał na tyle rozsądku, by domyślić się, że mogę, na przykład szantażowany, kłamać. Dobre i to, może jednak będą z niego ludzie, jak się trochę wyrobi na polu walki.
    Odczekałem, aż szeregowy sobie pójdzie. Przynajmniej miałem chwilę, by się uspokoić. W ciszy obserwowałem, jak Rosjanin ostrożnie przy mnie siada. Skrzywiłem się.
    - Nie musisz tak uważać, ze szkła nie jestem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo wszystko, pomoc przyjąłem z cichą ulgą, że sam o tym pomyślał. Inaczej nie dałbym rady. Przełknąłem kilka przyjemnie chłodnych łyków, najpierw z pewnym trudem, potem, gdy już zwilżyłem gardło, coraz łapczywiej. Dopiero zaspokoiwszy pragnienie, zdałem sobie sprawę z wyczucia, z jakim trzymał naczynie, z samego faktu, że oto on, do niedawna śmiertelny wróg, opiekuje się mną jak żaden z moich ludzi. Poczułem się tym wręcz onieśmielony. Potrzebowałem go, lgnąłem do niego, jak do nikogo wcześniej, nawet jeśli sam przed sobą nie chciałem się do tego przyznać. Dość niepewnie spojrzałem mu w oczy. Zamiast powrotem opaść na poduszkę, oparłem głowę o jego ramię, półleżąc.
      Zaskoczyło mnie jego pytanie, ale nadal nie zmieniałem pozycji.
      - Od początku– odpowiedziałem niemal natychmiast, pewien swego i dopiero po chwili precyzując: - Od utworzenia naszej dywizji w obecnym kształcie, od 40’ roku. – Zmarszczyłem nieco brwi, usiłując dociec, skąd to pytanie. Przyjemne ciepło pod policzkiem w właściwy dla całego Mikhaila sposób utrudniało mi koncentrację. – Myślisz że… Ten atak? Że on jest… waszym… sowieckim agentem? – parsknąłem. Niemożliwe.

      Usuń
  67. Skupiłem się na tym, co mówił, usiłując wychwycić jak najwięcej istotnych konkretów. Miejscowość kilometr stąd… ciekawe, czy rzeczywiście miejscowość, czy pogorzelisko. Im dalej na wschód, tym częściej zastawaliśmy wsie zrównane z ziemią do tego stopnia, że brakowało choćby marnej wiaty, która mogłaby pozwolić się nam skryć przed deszczem w czasie postoju, nie mówiąc już o zdobyciu jakiegokolwiek dodatkowego prowiantu. Podejrzewałem, że było to częścią większego planu, a tamtej miejscowości, w której byliśmy ostatnio, Rosjanie nie zdążyli zniszczyć. Na pewno nie zdążyli, zdałem sobie sprawę, przypominając sobie naczynia, które stały na stole w kuchni, kiedy po raz pierwszy wszedłem do swojej katery. Wtedy domyślałem się, co się wydarzyło, ale w ogóle się nad tym nie zastanawiałem. W końcu nie pierwszy i na pewno nie ostatni raz, to wojna dwóch ras. Dlaczego nagle zacząłem to rozważać?
    Usiłując zająć się czymś bardziej konstruktywnym, spróbowałem odtworzyć, jaką pokonaliśmy odległość. Skoro był tylko jeden postój, strzelanina miała miejsce koło piętnastej, na całym zamieszaniu straciliśmy ze… dwie godziny? a teraz jest noc, to jechaliśmy jakieś… cztery godziny? Załóżmy. Konwój bez czołgów, ale na takich drogach… czy może raczej imitacji dróg… mogliśmy jechać średnio 40 km na godzinę. Cztery razy 40… Przypomniałem sobie mapę, której nowego odcinka uczyłem się na pamięć na każdym postoju. Zawahałem się, czy podzielić się swoimi przypuszczeniami z Mikhą, ale… coś mu się należało za znoszenie mnie przez ten cały czas.
    - Obstawiałbym, że jesteśmy kilkanaście, może kilkadziesiąt kilometrów za Safonowem.
    Słysząc ripostę, nie potrafiłem już powstrzymać uśmiechu. Za bardzo lubię tego drania, przeszło mi przez myśl. Zdecydowanie za bardzo.
    Odchyliłem się nieco na poduszce.
    - Dziwiłbym się, gdybym komuś nie nadepnął – mruknąłem z pewną dozą rezygnacji. Nie miałem dziś sił na złośliwości. Ale, czy na pewno chodziło o to, by się mnie pozbyć? Przecież było tyle łatwiejszych, szybszych sposobów. Właściwie, wystarczyłoby nie udzielać mi pomocy. Próbowałem przypomnieć sobie, co się wtedy działo. Ledwie kontaktowałem, ale… Coś nie dawało mi spokoju.
    Słysząc jego dalsze słowa, z trudem powstrzymałem się przed jeszcze bardziej nerwową reakcją.
    - Przymknij się – burknąłem na niego, z trudem panując nad sobą na tyle, by żołnierz na korytarzu nas nie usłyszał. Najgorsze było to, że miał rację. Ta świadomość paliła mnie jak rozżarzone żelazo.

    - Nie, sądzę, że jest na to za głupi i zbyt mało ważny.
    Przymknąłem nieco oczy, by nie raziło mnie światło. Leki chyba stopniowo przestawały działać, czułem rozchodzące się po całym tułowiu ukłucia bólu.
    - Nie jest głupi – mruknąłem. – Po prostu prostolinijny... Życie nie zdążyło go jeszcze zniszczyć. – Sam nie wiedziałem, czemu poczułem się w obowiązku stanąć w obronie Fuchsa. Ten rok wspólnych walk chyba jednak do czegoś zobowiązywał. Mimo to, spojrzałem na Yashanova uważniej. – Robił coś nietypowego? – mimo wszystko, chciałem wiedzieć. Zdawałem sobie sprawę, że właśnie przywiązałem jakąkolwiek wagę do ostrzeżenia jeńca, ale, do diabła, skoro ten jeniec myślał trzeźwiej, niż niejeden z moich ludzi… Może było warto. Ostatecznie, to, że się dowiem, niekoniecznie znaczy, że uwierzę.

    OdpowiedzUsuń
  68. - Jak chcesz – westchnąłem, właściwie, jaki sens miało go przekonywać? Niech sobie myśli, co chce, i tak różni nas tak wiele… Być może zbyt wiele? Przyglądałem mu się z rosnącym zaintrygowaniem. Nie podobał mi się ten błysk, podejrzewałem, że zapowiadał jakiś całkowicie niewygodny temat. Ale, z drugiej strony, nie mogłem twierdzić, że to spojrzenie na mnie nie działa. Było w nim coś hipnotyzującego, podobnie jak w tym niebezpiecznym uśmiechu. Czekałem.
    Kiedy stopniowo się do mnie zbliżał, znieruchomiałem. Niepokój, ciekawość i cicha fascynacja walczyły o miejsce pod maską chłodnego opanowania. Starałem się całkowicie skupić na jego słowach, ale mimo to w momencie, w którym poczułem go tak blisko, ogarnęło mnie przyjemne ciepło. Stłumiłem absurdalną chęć, by go do siebie przyciągnąć. Kiedy zacząłem rozumieć, co ma na myśli, popatrzyłem na niego jak na wariata. Mimo to, od tego „chyba masz powodzenie, Sigmar” aż dreszcz mi przeszedł po plecach i to bynajmniej nie ze strachu. Kretynie, teraz pewnie wszystko po tobie widać, skarciłem się w myślach. Zacisnąłem palce w pięść, tak, by tego nie widział. Słuchałem jego śmiechu z coraz większym niedowierzaniem, że właśnie posunął się do tak taniej zagrywki. Krzywiąc się z bólu, odwróciłem się bardziej w jego stronę.
    - To niemożliwe – stwierdziłem spokojnie, również ściszonym głosem. Nie byłem pewien, czego się spodziewał, ale raczej nie całkowitego spokoju. Liczył, że przyprawi mnie o paranoję? Że będzie miał ubaw, obserwując, jak sprawdzam kogoś ze swoich? – Po co mi to mówisz? - mój głos stwardniał, pojawiła się w nim nuta rezerwy, chłodu. - Zauważyłeś, że Fuchs cię nie lubi, więc próbujesz doprowadzić do tego, żebym wysłał go do obozu? A może udupić nas obu, jeżeli rozniosłoby się, że o czymś wiedziałem i to zataiłem? Jeśli tak, to muszę cię rozczarować. Fuchs ma narzeczoną. Ma swoje powody, żeby czuć wobec mnie wdzięczność, może nawet jakieś przywiązanie, ale nie ma w tym niczego więcej. Akurat za niego mógłbym poręczyć.

    OdpowiedzUsuń
  69. „W takich czasach i w takim miejscu nie ma rzeczy niemożliwych”.
    - Wariat – mruknąłem, ale mój głos zabrzmiał dziwnie miękko, wręcz czule, aż sam się zdziwiłem, bo to było do mnie zupełnie niepodobne. Marzyciel, psia jego mać. – To jest front, Alicjo.
    Bezwiednie dotknąłem opatrunku, ból zaczynał wracać, ale na razie dawało się z tym wytrzymać. Runge może sobie schować swoje powątpiewanie w wiadomą część ciała, wyzdrowieję i koniec. Złego diabli nie biorą.
    Zmarszczyłem lekko brwi.
    - Rozumiem, że nie jestem z tego grona wyłączony? – zapytałem, patrząc na niego uważnie. Byłem więc niż pewien, że wykpi się od odpowiedzi jakąś złośliwa ripostą. Tak naprawdę, nie byłem pewien, dlaczego w ogóle o to pytam.
    Zastanowiłem się nad tym, co powiedział. Nad pytaniem. Uciekłem spojrzeniem w bok, wpatrując się w ciemność gdzieś obok niego. Niechciane obrazy wracały, choć od lat starałem się zamknąć je w najgłębszym kącie świadomości, by nigdy z niego nie wyciekły. Nie chciałem o tym pamiętać. Milczałem przez długą chwilę. Kiedy w końcu się odezwałem, mój głos był cichy, jakby schrypnięty.
    - Miałem taką możliwość. – Zagryzłem wargę, zły na siebie za tę słabość, za to, że nie potrafiłem przejść nad tym do porządku dziennego, zobojętnieć. – Znaliśmy się od dziecka. Była taką trochę chłopczycą, jeszcze jako czternastolatka miała wiecznie pościerane kolana… Kochała się we mnie właściwie od początku. Była naiwna, świetnie nadawała się na zasłonę. – Przełknąłem ślinę, nie chcąc okazywać więcej emocji. Wziąłem głębszy wdech. – Więc patrzyłem w te jej roziskrzone na mój widok oczy i całowałem ją na powitanie, wyobrażając sobie na jej miejscu kogoś innego. Była jedyną osobą, której kiedykolwiek… ufałem. I tak nie do końca. Dowiedziała się przypadkiem. Myślałem, że na mnie doniesie. Bałem się tego, tak postąpiłaby chyba każda normalna kobieta. Ale ona się otruła. Więc nie, nie zrobiłbym tego ponownie żadnej kobiecie – mój głos stwardniał, dopiero teraz byłem w stanie na niego spojrzeć, a i to zaledwie na chwilę. – W świecie, w którym upadły wszystkie wartości, trzeba znaleźć coś, co spróbuje się jednak ochronić. Więc zamierzam być przynajmniej lojalny, na tyle, na ile się da. Nie obiecywać więcej czegoś, czego nie mogę dać. – Umilkłem na chwilę. Spojrzałem na niego, dłużej zatrzymując wzrok na jego twarzy. – Twoja narzeczona… była przykrywką?
    Drgnąłem, słysząc kroki na schodach. Nie chciałem niczyjej obecności, może z wyłączeniem Mikhi. Niechętnie przekręciłem się z powrotem na plecy, ból w okolicy żeber na chwilę zamglił moje spojrzenie, ale dość szybko się pozbierałem.
    Powstrzymałem się od reakcji, widząc Fuchsa. Byłem zaskoczony, owszem, ale póki co nie na tyle, by nie dało się tego ukryć. Zapewne czegoś potrzebował, czegoś nie wiedział, może nie mógł znaleźć.
    Runge podszedł bliżej, bezceremonialnie odchylając koce i sprawdzając opatrunek. Zauważyłem, że się skrzywił.
    - Coś nie tak?
    - Bez przesady – mruknął, nie podnosząc na mnie wzroku.– Muszę panu zmienić opatrunek. To zaboli – uprzedził. Przygotowałem się na ból, ale w chwili, gdy zaczął oddzielać przesiąknięty zaschniętą krwią bandaż od rany i tak nie udało mi się powstrzymać głośnego syknięcia. Zacisnąłem zęby, kiedy dotknął skóry wokół rany. Jego palce wydawały mi się lodowate. Usiłowałem skupić się na czymś innym, myśleć o czymkolwiek. Czułem jak uciska brzegi rany, coś tam majstruje, okrywa całość czymś miękkim, chyba gazą.
    - Chodź tu, pomożesz – Runge zwrócił się do Rosjanina dość bezosobowo, ale nie było w tym zwyczajowej niechęci. Zerknąłem na Fuchsa. Trzymał się z boku, obserwował. – Unieś go trochę, muszę przełożyć bandaż.
    Pomyślałem o dotyku Mikhaila na swojej nagiej skórze.
    To zdecydowanie nie byłby dobry pomysł.
    - Nie rób ze mnie kaleki – burknąłem do Rungego. – Poradzę sobie, nie musi mnie macać żadna ruska menda.

    OdpowiedzUsuń
  70. Znów mnie podpuszcza, czy naprawdę tak sądzi..? Przemknęło mi przez myśl. Problem z Mikhailem polegał na tym, że nigdy nie mogłem być co do niego stuprocentowo pewny… i poniekąd była to również największa zaleta naszej relacji.
    „Relacja”. Właściwie kiedy zacząłem tak to postrzegać? Czy w ogóle może zaistnieć relacja z kimś, kto nie był nawet do końca… człowiekiem?
    Zauważyłem gwałtowną zmianę w jego zachowaniu. To pytanie miało być właściwie żartem, może trochę podpuszczaniem go, ale nie spodziewałem się niczego innego, jak riposty. Zmrużyłem nieco oczy. „Ty mi powiedz”. A wcześniej te wszystkie drobne gesty… Nie miałem odwagi, by uwierzyć, że to nie jakaś forma ukrytej kpiny, podstępu, czegokolwiek. Jednocześnie, ten jego głos… To chyba nie była gra. Poczułem nagłą potrzebę okazania mu w jakiś sposób, że nie chcę być jego wrogiem, ale nie byłem w stanie dobrać żadnych słów, które nie byłyby płytkie, które naprawdę cokolwiek by wyrażały. Dotknąłem lekko jego dłoni… i niemal natychmiast cofnąłem palce. Nie chcę, nie oznacza mogę. Przysięgałem wierność, tym razem całemu narodowi, partii, Führerowi. Nie być wrogiem Rosjanina, oznaczało zostać zdrajcą.
    - Daj mi spokój – szepnąłem. Nie miałem siły, by o tym mówić. Nie teraz, nie mając to wszystko przed oczami… i nie z nim.
    …czy w ogóle, z kimkolwiek..?
    ***
    - Twoja samowola przekracza właśnie ostatnie granice – warknąłem na Rungego, ale lekarz albo niespecjalnie się przejął, albo doskonale udawał. Odebrałem to jako jeszcze jedno upokorzenie. Zacisnąłem zęby, starając się nie myśleć, nie czuć, nie reagować. Po prostu czekać, usiłując zapomnieć o wszystkich momentach, w którym po cichu marzyłem o dotyku tego jeńca. Sprawę ułatwiła niewygoda, moje ciało nie było jeszcze przygotowane na jakiekolwiek obciążenie. Z zewnątrz pewnie wyglądało, jakbym czuł awersję do samego faktu, że robił coś przy mnie Rosjanin.
    Mogąc z powrotem opaść na posłanie, już owinięty czystym bandażem, poczułem cień ulgi. Runge przyjrzał mi się uważnie.
    - Zaaplikuję panu nową porcję leków, herr obersturmführer. Poprzednia dawka była wystarczająca?
    W pierwszej chwili nie zareagowałem, usiłując dosłyszeć, co mówi Mikhail, ale Runge skutecznie go zagłuszył. Spojrzałem na niego, zirytowany. Skojarzyłem, o co chodzi.
    - Żadnych leków, Hans. Chcę być przytomny.
    - Jak chce pan wyzdrowieć, skoro…
    - Powiedziałem, żadnych leków! – podniosłem głos, ale zabrakło mi energii, by naprawdę się na niego wydrzeć. – I to jest rozkaz, do ciężkiej cholery! – Jak miałem się im na coś przydać, będąc nieprzytomny? Powiodłem wzrokiem kolejno od Rungego, przez Mikhaila do Fuchsa. – Zostawcie nas samych – zwróciłem się do Rungego i Mikhaila. Wychwyciłem pytające spojrzenie Rungego. – Yashanov może potem wrócić – omal nie dodałem „jeśli chce”.

    OdpowiedzUsuń
  71. Zamorduję, syknąłem w myślach, ale nie odważyłem się powiedzieć tego na głos. Gdybym odezwał się teraz po rosyjsku, nikt poza Yashanovem by nie zrozumiał, ale istniała obawa, że któryś z Niemców jeszcze posądziłby mnie o jakieś kombinowanie za ich plecami. W końcu mówiłbym coś do wroga tak, by nie rozumieli mnie moi towarzysze broni. Dla mnie przekaz byłby oczywisty. Gdybym wypowiedział tego typu groźbę po niemiecku, Fuchs mógłby zechcieć pomóc w jej wypełnieniu. Wybrałem więc opcję najbezpieczniejszą: udawałem, że nie słyszę.
    Kiedy wyszli, gestem pokazałem Fuchsowi, by podszedł bliżej. Dopiero teraz zmniejszył dzielący nas dystans. Stanął tuż obok łóżka, ale nie usiadł. Przyjrzałem się jego twarzy uważniej, niż zwykle. Dopiero teraz zauważyłem rysujące się pod jego zielonymi oczami szarawe sińce.
    - Masz dużo roboty – ni to stwierdzenie, ni to pytanie. Skinął głową.
    - Przeczytałem materiały z teczki. Wie pan, której. Wszyscy są pod stałą, ale dyskretną obserwacją.
    Wykrzywiłem jeden kącik ust w krzywym uśmiechu.
    - Jak przykładny gestapowiec… – mruknąłem.
    - Dokładnie tak jak mnie pan nauczył, herr obersturmführer.
    - Właściwie od kiedy ty mi się odszczekujesz, co?
    Detlef odsunął się o półmroku, jakby spłoszony.
    - Tamci wyznaczeni do pilnowania…? – zawiesiłem głos.
    - Sami pewni.
    - Nie ma pewnych, Fuchs. Ile razy ci to mówiłem? Najpewniejsi są ci, którym dałeś nadzieję. Cała reszta odwróci się od ciebie, gdy tylko wypadniesz z łask Führera… a o to dziś nietrudno.
    Zapadła między nami niezręczna cisza, którą ostatecznie przerwał Fuchs.
    - Jak się pan czuje? – zapytał, wydawało mi się, że słyszę w jego głosie autentyczną troskę. Zmarszczyłem lekko brwi. To, co usłyszałem od Yashanova nie chciało mi wyjść z głowy. Dureń.
    - Lepiej – wzruszyłem ramionami, niemal natychmiast krzywiąc się z bólu, gdy uszkodzone mięśnie tułowia nieco się rozciągnęły. Fuchs drgnął, jakby chcąc coś zrobić, ale ostatecznie nie ruszył się z miejsca.
    - Dlaczego pozwala pan temu ruskowi… - zaczął nagle. W jego głosie usłyszałem niechęć, której nawet nie starał się ukryć.
    - …być tutaj?
    Skinął głową. Milczałem przez chwilę, zastanawiając się, ile prawdy mogę zdradzić.
    - Bywa przydatny.
    - Bo dał mu pan nadzieję – jakby dokończył. Zaskoczył mnie. Usiłowałem patrzeć na to jedynie w kontekście wcześniejszej rozmowy.
    - Poniekąd.
    Patrzył na mnie uważnie, z nieprzeniknioną twarzą.
    - Czy mogę wiedzieć, co mu pan obiecał? Mógłbym…
    - Nie uwierzy ci, jest na to za cwany. – Wziąłem głębszy wdech. – Obiecałem mu życie.
    - Uwierzył?
    Uśmiechnąłem się leniwie.
    - Bardzo wielu wierzy.
    Powoli odwzajemnił uśmiech. Przez jakiś czas rozmawialiśmy o bieżących wydarzeniach, chciałem wiedzieć, jak się sprawy mają. Na koniec, kiedy Fuchs miał już wyjść, zatrzymałem go. Zawahałem się na moment. To jedyne, co w tej sytuacji możesz zrobić, przekonywałem się.
    - W Linz czeka na mnie dziewczyna. – Odwróciłem wzrok, nie chcąc widzieć jego reakcji, jeżeli jakakolwiek była. Z ponurą premedytacją gapiłem się w sufit. – Nie zdążyłem wysłać do niej listu. Koperta jest w kieszeni plecaka. Mógłbyś to dla mnie załatwić?
    Kątem oka widziałem jak sięga do wsuniętego pod łóżko plecaka i wyjmuje stamtąd mój list do Grety, ukochanej mojego brata. Ten sam, który trzymałem wcześniej w szufladzie, nie potrafiąc go dokończyć.
    Kiedy wyszedł, pozwoliłem sobie na płytki sen.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ***
      Obudziło mnie ciche skrzypnięcie drzwi i kroki. Czułem się dziwnie słabo… pewnie dlatego, że jeszcze nie do końca przegnałem senność. Spojrzałem na wchodzącego. Powstrzymałem uśmiech. Mikha. Bezwiednie pomyślałem, że lubię się budzić, widząc go gdzieś niedaleko.
      - Otwierałeś okno? Strasznie tu zimno. – Na tyle, na ile mogłem, podciągnąłem wyżej koc. Zastanowiło mnie, że Rosjanin trzyma się dalej. Próbowałem mu się przyjrzeć, ale obraz jakoś się szklił. Zamrugałem. Miałem wrażenie, jakby ktoś nasypał mi piasku pod powieki. Zmarszczyłem brwi, przypominając sobie o czymś.
      - Dali ci chociaż coś do jedzenia?
      Właściwie przypuszczałem, jaka padnie odpowiedź.
      - Zanim… zanim to wszystko się stało, miałem ci coś dać. W moim plecaku jest owinięta w szary papier paczka. Weź ją.
      Do tej pory nie wiedziałem, co mną wtedy kierowało, ale… chyba chciałem, żeby miał coś swojego. Więc wyprałem mu ten jego cholerny bolszewicki mundur, dołożyłem trochę niepsującego się żarcia w płaskich konserwach, cywilny koc z mojej kwatery, żyletkę do golenia, takie nic wartościowego, namiastkę rzeczy osobistych. To chyba miały być przeprosiny.

      Usuń
  72. - Głupio to bym zrobił, gdybym nie kontaktował, gdy przyjedzie Freischer i wyznaczy jakiegoś dupka na moje miejsce – prychnąłem na tyle cicho, by poza pokojem nie było mnie słychać. – Pojutrze rano, według planu, dołączy do nas grupa dowodzona przez Freischera – wyjaśniłem. Więcej nie mogłem mu powiedzieć, powinienem był zachować w tajemnicy nawet te strzępki informacji, liczyłem jednak, że zrozumie, co to oznacza dla mnie i, pośrednio, dla niego. Fuchs miał zbyt niski stopień, by dowodzić kompanią. Wyznaczając go na swojego adiutanta, poważnie naruszyłem regulamin. Nie pierwszy raz. Póki pełniłem rolę dowódcy, układ się sprawdzał. Teraz wszystko brało w łeb. Jeżeli nowy dowódca kompanii zdecyduje się rozstrzelać obu jeńców, nie będę mógł nic zrobić. Jeżeli okaże się imbecylem bez szkoły oficerskiej i zmysłu taktycznego, który dochrapał się stopnia dzięki kontaktom, wytraci mi ludzi w pierwszej bitwie. Póki będę przytomny, mógłbym przynajmniej przekazać mu swoje wytyczne… które być może i tak puści mimo uszu, robiąc swoje. Kurwa mać. Nic nie mogłem zrobić. Nic.
    Odetchnąłem ciężko, próbując się uspokoić. Ucisk na klatkę piersiową powrócił. Nerwy? Pewnie tak, bo co innego… Przecież czułem się nieźle, jak na to wszystko.
    Kątem oka obserwowałem, jak odpakowuje paczkę. Widziałem, jak gładził materiał i przez chwilę, zaledwie krótki moment, wszystkie jego emocje wydawały się wręcz obnażone, wyłożone jak ciało na stole operacyjnym, prosto pod nóż chirurga. Spuściłem wzrok, nie mogąc znieść tego widoku. Nie byłem do tego odpowiednim człowiekiem. To nie ja powinienem go takim widzieć.
    Po raz pierwszy w życiu doszedłem do wniosku, że to ja nie mam do czegoś prawa. Że nie zasługuję.
    Czemu mi to dajesz?
    Myśli kłębiły mi się w głowie, wszystkie z rodzaju tych, których nie wypowiada się na głos. Bo przecież nie można. Nie mi. Nie, bo…
    - Mikha… - zacząłem i zabrakło mi słów. Odchrząknąłem cicho. – Uratowałeś mi życie. Zaufałeś.

    OdpowiedzUsuń
  73. Nie mogłem nic poradzić, że słysząc coś, co wskazywało na jakąś… chyba troskę z jego strony, w moich oczach pojawiły się iskierki. Jednak. Miałem ochotę śmiać się jak jakiś idiota, jakby nie było wojny, jakby nic nam nie zagrażało, jakby faktycznie możliwe było jakieś „my”.
    A potem wrócił rozsądek. Zacisnąłem dłoń w pięść. Mniej niż dwa dni i to wszystko się skończy. On nie przeżyje tej wojny, a ja…
    Dlaczego to wszystko musi być takie skomplikowane? Dlaczego on nie może być Niemcem? Ostatecznie nawet Belgiem, Francuzem, Norwegiem! Przełknąłbym to. Wszystko byłoby wtedy o tyle prostsze. Ale… czy potrafiłbym o nim zapomnieć? Zignorować tą burzę emocji i postępować jak zwykle, jak powinienem?
    Spojrzałem na niego, na tą głupią, sentymentalna paczkę…
    Miałem ochotę przywalić sobie w łeb. W myślach wyzywałem się od najgorszych, krzywiłem, bo jak można być takim debilem, ale i tak nie żałowałem.
    - Wydawało mi się, że to dla ciebie ważne – mruknąłem tonem usprawiedliwienia, dodatkowo się pogrążając. I szczerze mówiąc… pierwszy raz w życiu miałem to gdzieś. Coś we mnie pękło, skorupa zasklepiająca się od lat prawie się rozprysła.
    Zmarszczyłem brwi, słysząc to wyznanie. Spojrzałem na niego z niedowierzaniem. Coś… uderzył się za mocno w łeb, czy jak? Śniłem może? Ale nie, to się działo naprawdę. Otworzyłem usta, mając w głowie całkiem ładną odpowiedź... I zaraz je zamknąłem, bo wszystkie słowa wyparowały, pozostawiając durnowatą pustkę i trzepoczące się w rozmrożonym sercu szczęście.
    …Jesteś cholernym zaprzeczeniem tego wszystkiego.
    - Ty też – wydusiłem, nie potrafiąc dojść do ładu z własnymi uczuciami.
    Doskonale, Sigmar, najgłupsza odpowiedź w historii świata właśnie padła. I ty się dziwisz, że nigdy nie miałeś nikogo na dłużej? Z taką porażającą elokwencją w sprawach sercowych..? - kpiłem z siebie, bo co innego mi pozostawało?
    Zmiąłem w palcach krawędź koca. Zakochałem się jak cholerny gówniarz. Błądziłem spojrzeniem wszędzie, byleby zbyt długo na niego nie patrzeć.
    - Myślałeś o tym, co zrobisz… co potem?

    OdpowiedzUsuń
  74. - Znając ciebie? Nawet bardzo – mruknąłem, nadal nieco zmienionym głosem, choć już nie tak, jak poprzednio. Uśmiechnąłem się nieznacznie, widząc, jak odrobinę się przybliża. Zazwyczaj wolałem, gdy od ludzi dzielił mnie pewien dystans, właściwie w każdej sferze… Ale on, konkretnie on okazywał się wyjątkiem od wszelkich reguł.
    Umilkłem, słysząc jego następną wypowiedź. Przysięgałem wierność. Jednocześnie, żeby być lojalnym wobec Rzeszy, muszę pozwolić, by Mikhail zginął. Nawet, jeśli jakimś mało prawdopodobnym zrządzeniem losu nie zadecyduje o tym mój następca, ten moment kiedyś nastąpi i albo stanie się to bez mojej wiedzy, albo sam będę musiał podjąć decyzję. Odwlekanie niczego nie da. Będzie tylko gorzej. Okażę się tylko większym hipokrytą.
    Powiodłem wzrokiem do drzwi, jakby upewniając się, czy nikt nie może nas usłyszeć. Szukałem wymówki, wybawienia od decyzji. Jak tchórz.
    Przez całe życie byłem tchórzem. Żeby uniknąć ryzyka, nie dopuszczałem nawet myśli, że mogłoby mi na czymś, na… na kimś zależeć. Bo przecież wtedy strata boli mniej. Tak naprawdę, co dał mi ten kraj, ta wielka Rzesza Niemiecka, dla której ryzykowałem wszystko? Prestiż, stanowisko. Szacunek. Poczucie, że robię coś ważnego. Że robię to… dla kogoś. Że nie żyję sam dla siebie. Świadomość bycia kimś, ważnym, wyjątkowym. Potrzebnym?
    Potrzebnym tylko dopóki mogę walczyć, być trybikiem w całej maszynie systemu.
    Wystarczy, że obejrzę się na niewłaściwą osobę, a cały szacunek zniknie. Trafię na przesłuchanie a potem do obozu, dokładnie tak samo, jak jakieś radzieckie czy polskie ścierwo. Prawie jak Żyd.
    A przecież ja nie zdradziłem podczas pierwszej wojny. Mój ojciec produkował dla Rzeszy bombowce. Moja matka przed wojną grała w filharmonii, w której bywali najwyżsi dygnitarze. Ja ryzykowałem życie w każdej bitwie; gdyby kazali mi wystawić się na cel, żeby moi ludzie mogli zwyciężyć, zrobiłbym to. Tymczasem niemieccy cywile, swego czasu także niektórzy Francuzi, oni wszyscy byli usłużni nie tyle wobec mnie, ile mojego esesmańskiego munduru.
    Munduru, który mogłem nosić, póki nikt nie znał prawdy. Nie znał mnie.
    Ten jeden Rosjanin, zwykły jeniec, był bodaj jedynym, bo nawet co do Fuchsa nie miałem tej pewności, który widział po prostu mnie. Raczej nie szanował. Może nawet gardził, dogryzał na każdym kroku, stawiał się… ale uratował mi życie. Bo przecież nikt z kompanii nie miał mojej grupy krwi. Widziałem go tam, nie miałem co do tego wątpliwości. Pomógł mi, po tym, jak go zawiodłem, jak zakpiłem z jego emocji, chwili zapomnienia, z jego… zaufania.
    - Nie za dwa dni – odezwałem się z uporem. W moim głosie odbiła się ta sama determinacja, z jaką wydawałem rozkazy na polu bitwy. Uniosłem się na łokciach, krzywiąc się z bólu. Zaciskając zęby, by nie krzyknąć, przytrzymałem się oparcia krzesła na tyle, by podnieść się do siadu. Ten prosty ruch wymagał tak wielkiego wysiłku, że na chwilę pociemniało mi w oczach. Oparłem się bokiem o drewniane pręty, oddychając ciężko. Koce opadły, odsłaniając mój tors, ale zupełnie się tym nie przejąłem. Spojrzałem na Yashanova, licząc, że w moich oczach nie widać bólu, przez który miałem ochotę jęczeć jak panienka w chorobie. Wziąłem głębszy wdech. – Musisz stąd uciec. To cholernie ryzykowne, wiem. Jeżeli ktoś się zorientuje, rozstrzelają nas obu, ale… - Popatrzyłem mu w oczy. Nie myślałem o tym, co robię, co mówię. – Kocham cię, Mikhail.

    OdpowiedzUsuń
  75. - Wiem – szepnąłem. - Przecież nie mówię, że teraz. – Czułem na sobie jego wzrok, ale nie przeszkadzało mi to. Dotknąłem jego ramienia i lekko przesunąłem po nim palcami. – Razem z ludźmi Freischera, przyjadą jacyś nowi. Podobno Wehrmacht. – Zawahałem się, mówienie mu o tym już było zdradą… a żeby mu pomóc, nie mogłem na tym poprzestać. Jedyne, czym się usprawiedliwiałem, to fakt, że Yashanov nie mógł wrócić do swoich. Nawet jeżeli ucieknie, Sowieci niczego się nie dowiedzą, a sam fakt ucieczki jeńca nie pogorszy sytuacji moich ludzi. Jedynym, co mogłoby naprawdę podkopać morale, byłoby odkrycie, że jestem zdrajcą… a do tego nie zamierzałem dopuścić.
    Jestem zdrajcą. Dziwne uczucie. Mieć się jednocześnie za drania i tłumaczyć sobie, że robi się to dla kogoś.
    - Zapanuje bałagan, bo nie będą się znali i rozpoznawali – dokończyłem, jeszcze bardziej ściszając głos.
    Zamarłem, widząc jego reakcję na swoje wyznanie. Na te kilka głupich, naiwnych słów, których za nic nie chciałbym cofnąć. Kilka słów, nieudolnie próbujących wyrazić to, co we mnie obudził.
    Nie kochasz, tylko znów gadasz głupoty... pewnie przez gorączkę”.
    Spuściłem wzrok, próbując zachować resztki godności, którą przed chwilą sam położyłem przed nim, nieomal na podłodze, do podeptania. Sam się o to prosiłem. GŁUPI! Gapiłem się w półmrok obok niego, w jakiś fragment odłażącej od ściany, brudnej boazerii… ale tak naprawdę nie widziałem nic. Jak mogłem się łudzić..?
    - Pewnie tak – słowa padły głucho, jakby bez udziału świadomości. Wydawały się martwe. Spojrzałem na niego krótko, nieufnie, słysząc ten nagły wybuch złości. Zostaw mnie. Chciałem się odsunąć. Po wojnie. Czy dla któregoś z nas będzie jeszcze jakieś „po wojnie”? Dotyk sprawił, że znieruchomiałem. Zastygłem, stężałem, jak przygotowane na ucieczkę zwierzę. Skamieniały z zaskoczenia, nie czułem, że bandaż zaciśnięty na moich żebrach powoli nasiąka wilgocią. Czego ty w końcu chcesz, Mikha? Niechętnie pozwoliłem mu się położyć. Właściwie… Nie, nie było mi wszystko jedno. Świadomość tego bolała jeszcze bardziej.
    Moje usta mimowolnie drgnęły do uśmiechu, gdy się pochylił. Wyciągnąłem rękę, chcąc na chwilę uchwycić przynajmniej jego dotyk, przedłużyć to zapewne pozbawione dla niego znaczenia zetknięcie warg, skoro nie mogłem zatrzymać jego.
    Usłyszysz to. Przysięgam, że usłyszysz. Nawet, jeśli to dla ciebie nic nie znaczy.
    - Nie musiałeś udawać. Ani teraz, ani… wcześniej. Pomógłbym ci i tak.

    OdpowiedzUsuń
  76. - Wcale nie chcę – syknąłem z naciskiem, oburzony samym takim przypuszczeniem. „Chcę”. A to dobre. Musiałbym chyba być nienormalny, żeby chcieć. – Po prostu nie mam innego wyjścia, idioto. – Końcowe wyzwisko brzmiało zdecydowanie zbyt czule, bo nawet, jeśli aktualnie mówił bzdury, to przecież nadal był on. Jedna z trzech osób, na które było mi znacznie trudniej się złościć, niż na inne. Jedyna z tamtych trzech osób, która nadal żyła. – Obaj wiemy, że to w końcu wyjdzie na jaw. Nie pasuję tu. Nigdy nie pasowałem i tylko udawałem sam przed sobą, że jest inaczej. - Zachciało mi się… przynależeć gdzieś, dokończyłem w myślach. Jakby to w moim wypadku było w ogóle możliwe.
    Odwzajemniłem pocałunek, przez moment po prostu rozkoszując się chwilą. Nie myśląc, co dalej. Tak naprawdę… kto to może wiedzieć, co będzie? Równie dobrze za kilka godzin wszyscy możemy być martwi. Wystarczy jeden nalot. Nigdy nie czułem się nieśmiertelny, zbyt wielu umierających widziałem… a ostatni atak, te chwile na skraju życia, to wszystko jeszcze dobitniej uświadomiło mi, jak niewiele mogę mieć czasu.
    „Nie udawałem, ani teraz nie wcześniej”.
    Wlepiłem w niego wzrok, niedowierzając. Kolejne kłamstwo?
    Westchnąłem, czując ciepło jego oddechu i to lekkie przygryzienie.
    - Kiedyś cię nie puszczę – mruknąłem, przesuwając dłonią od jego karku na plecy. Uśmiechnąłem się na to muśnięcie w policzek. To było tak bardzo nie w jego stylu… tak bardzo nie w stylu kogokolwiek, kto był ze mną bliżej.
    - Mikha? – Spojrzałem na niego spod zawadiacko przymrużonych powiek. – Ale to będzie realne. Przysięgam ci to, jakem Sigmar Schurz. - Wykrzywiłem wargi w bezczelnym, przepełnionym pewnością siebie uśmiechu. – Ode mnie się tak łatwo nie uwolnisz.
    Kiedy dostrzegłem, gdzie wędruje jego spojrzenie, chciałem go ubiec i przykryć się, nim uzna, że coś jest nie tak. Nie zdążyłem.
    - Mikha, do cholery, to tylko trochę krwi! – warknąłem. Znając Rungego, nafaszeruje mnie tak, że przez tydzień będę przejawiał funkcje życiowe warzywa. – Nic mi nie będzie.
    Dotknąłem opatrunku, był mokry. Przez to wszystko sam już nie wiedziałem, kiedy mnie boli, a kiedy nie. Teraz czułem się po prostu nieco rozkojarzony. Rana dziwnie mrowiła, skóra pod krawędzią bandażu była gorąca, ale przecież gdyby działo się coś naprawdę poważnego, poczułbym.

    OdpowiedzUsuń
  77. Chciałem ucisnąć ręką ranę, żeby chociaż trochę zatamować krew. Cholerny szef musiał puścić... na pewno nie na całej długości, wtedy raczej darłbym ściany z bólu. Pewnie tylko kawałek, jedno, dwa miejsca… Odrobinę mocniejszy dotyk sprawił, że syknąłem, na moment przestając się kontrolować.
    - Niech ci będzie, wzywaj tego konowała – mruknąłem, kiedy i tak już wychodził. Szlag by to wszystko trafił! Sowietów pierdolonych… mojego pecha… Freischera… ich wszystkich, psia ich mać!
    Czekałem, usiłując się nie przejmować czerwienią na bandażu. Skoro wtedy przeżyłem, nic mi nie będzie. Na mnie zawsze wszystko goiło się jak na psie.
    Zniosłem cierpliwie minę Rungego, gdy wchodził do pokoju, najwyraźniej już wiedząc, że nie leżałem jak kłoda. Powstrzymując komentarze, zgrzytanie zębów i zaciskając palce na krawędzi łóżka, żeby się nie drzeć, kiedy lekarz odklejał ode mnie cały na wpół przesiąknięty, a na wpół przyklejony szajs, zniosłem wstępną fazę „zajmowania się mną”. Widziałem, jak Runge zerka na ranę. Nie miałem pojęcia, gdzie nauczył się kląć, ale słowa, które padły, przekonały mnie, że najwyraźniej w o wiele bardziej plugawym towarzystwie, niż ja. Spojrzał na mnie z jawną złością.
    - Do wyra za… - zdał sobie chyba sprawę, do kogo mówi, ale i tak dokończył: - przywiązać. – Ucisnął brzeg rany, tym razem zaciśnięcie ręki na materacu nic nie dało. Syknąłem z bólu. Z rany pociekła gorąca ropa. – Nic pan nie czuł?! Brzegi spuchnięte, wszystko się rozłazi, ropy aż tylko, a pan w zaparte – burczał. Przypuszczałem, że gdyby nie mój stopień, darłby się na mnie w najlepsze.
    Milczałem, bo co miałem powiedzieć? I tak nie pozwolę, żeby znowu mnie uśpił na ileś godzin, nie w obecnej sytuacji.
    Oczyścił ranę, przyjrzał się szwom.
    - Nie mógłbyś tego jakoś tak zszyć, żebym przynajmniej siedzieć mógł?
    Postukał się w głowę, jakby miał do czynienia z idiotą. Miałem ochotę walnąć go w ten nafaszerowany mądrościami łeb.
    - Nie dam panu przeciwbólowego. Wystarczy? – Widocznie rozumiał, że w tej kwestii nie wygra. Opatrzył mnie, nakładając nieco więcej bandaży, by bardziej usztywnić żebra. – Nie może pan wstawać, żadnych gwałtownych ruchów. Rano dostanie pan lekkie śniadanie, do tego czasu musi pan po prostu odpoczywać.
    „Odpoczynek”. Słowo, którym niedługo będę rzygać, pomyślałem gorzko.
    Zerknąłem na Mikhaila. Czuwał przy mnie prawie cały czas. Nie spał, nie jadł. Otwierałem już usta, by wydać Rungemu polecenie w tej sprawie, ale lekarz mnie ubiegł.
    - Yashanov, starczy tego dyżuru. – Skinął na niego, pokazując mu, by się wynosił. - Przyślę do pana jednego z moich sanitariuszy, lepiej, żeby był z panem ktoś przeszkolony w medycynie.
    Kiwnąłem niechętnie głową.
    - Coś do jedzenia mu chociaż daj, to on się uparł, żeby po ciebie iść.
    Runge spojrzał na mnie, jakby zaskoczony. Kiwnął wolno głową. Odprowadziłem ich wzrokiem.
    ***
    Runge z pełnym znużenia westchnieniem zamknął drzwi.
    - Z obersturmführera raz wyszedł człowiek – mruknął tak cicho, by przebywający w sąsiednim pomieszczeniu Schurz nie mógł go usłyszeć.

    OdpowiedzUsuń
  78. Runge zawahał się, zdając sobie sprawę, że powiedział za dużo. Spojrzał uważnie na jeńca. Ten raczej nie donosi… Chociaż, kto go tam wie. Dziś każdy mógł kapować, szpiclem zostawało się za choćby za cień nadziei na cokolwiek… Westchnął. Popieprzona ta wojna.
    - W sensie, że wilk Hitlera ma jednak jakieś ludzkie odruchy – stwierdził cicho. – Czasami.
    Poprawił torbę z medykamentami. Bezwiednie potarł przybrudzony, czerwony krzyż na jej wierzchu.
    - Wiem, że będzie. Gdyby nie to, że domyślam się, czemu chce być przytomny, wcale bym go nie pytał o zdanie – westchnął ciężko. Chwilami nienawidził tych wszystkich gierek, których był świadkiem. Przyjechał tu ratować żołnierzy, nie uprawiać politykę.
    - Pracowałem z jego bratem. Dobry, pomocny chłopak, z oczu był bardzo podobny do ciebie. Nietypowy… Nawet na was patrzył jak na ludzi. Do tej pory nie wiem, jak ich dwóch – nieznacznym ruchem brody wskazał na drzwi - żyło w jednym domu…
    Spojrzał na jeńca, jakby otrząsając się z zadumy.
    - No chodź, na co czekasz. Zaprowadzę cię z powrotem na tą ciężarówkę, jakieś jedzenie ci zorganizuję… - urwał, jakby sobie o czymś przypominając. - Ten twój kolega. Trzyma się jakoś?

    OdpowiedzUsuń
  79. Morozov zerknął na zewnątrz zaraz po Mikhi. Zacisnął palce na desce.
    - Skąd te skurwysyny… - Nie dokończył, zresztą mówił bardziej do siebie, niż do towarzysza. Przyglądał się temu wszystkiemu z niedowierzaniem. Na początku myślał, że to przebrani Niemcy, ale… Był niemal pewien, że jeden z tamtych mówił coś ze wschodnim akcentem. Na jeńców nie wyglądali, nikt ich nie popychał, nie trzymał na muszce… Szlag by…
    Wkurzało go, że Yashanov przez te ostatnie dni jakby się poddał. Przecież musiała być jakaś szansa, nawet jeżeli ten cholerny szwab od papierzysk wyzionie ducha! Spojrzał na Mikhę.
    - Nie mów tylko, że się martwisz o tego swojego Romeo – mruknął. Od czasu, kiedy obaj siedzieli w baraku, Yashanov zachowywał się coraz dziwniej. Nieszczególnie rozumiał, o co chodzi, przecież ich sytuacja cały czas była tak samo parszywa, ale jednak zawsze mogło być gorzej. Żyli. Przy odrobinie szczęścia może nadal trochę pożyją.
    Słysząc szmer uchylanej plandeki, odskoczył od szpary jak oparzony. Zamrugał, gdy ostre światło poraziło go w oczy. W ponurym milczeniu wygramolił się z ciężarówki. Rozwalą nas? Kątem oka niespokojnie obserwował, co dzieje się dookoła. Prowadzili ich do budynku… czyli raczej nie na rozstrzelanie, to chyba zrobiliby na zewnątrz… prawda? Szedł w milczeniu, na coraz bardziej miękkich nogach. Udawanie bohatera nigdy specjalnie mu nie wychodziło. Odwzajemnił to krótkie spojrzenie, licząc, że może Yashanov coś wie, w końcu często bywał u tamtego szwaba.
    ***
    Freischer czekał w pomieszczeniu, które musiało być kiedyś gabinetem, może biblioteką. Podłogę pokrywały porozrzucane, przegniłe kartki z nieodwracalnie zniszczonych książek. Na regałach nie ostało się prawie nic. Ktoś robił tu rewizję? Podniósł jakiś oprawiony w lakierowaną skórę tomik i zważył go w ręku. Puszkin. Z pogardą puścił książkę. Hałas, z jakim upadła na podłogę nie był w stanie zagłuszyć dobiegających z dołu odgłosów odpoczywającego oddziału. Skrzywił się. Luksus, jakim były osobne kwatery dla oficerów został jakieś kilkaset kilometrów na zachód. Gdyby stacjonowali tu dłużej, kazałby komuś posprzątać ten chlew…
    Tak nawet nie miało to sensu.
    Z powrotem usiadł na krześle przy ocalałym głównie dlatego, że wykonanym z ciężkiego, solidnego drewna biurku. Oparł łokcie na blacie, splótł palce. Czekał.
    Ciche pukanie rozległo się szybciej, niż się spodziewał.
    - Wejść.
    Drzwi uchyliły się z głośnym skrzypnięciem dawno nie oliwionych zawiasów.
    - Herr hauptsturmführer, jeńcy są do pańskiej dyspozycji – młody, pełen dyscypliny głos wydawał się znajomy. Ten smarkacz, adiutant Schurza. Jak mu tam było… Fuchs?
    - Daj mi… - zerknął na leżącą na blacie notatkę, by przypomnieć sobie nazwisko – Yashanova. Drugiego na razie trzymajcie na dole.

    OdpowiedzUsuń
  80. Posłał Rosjaninowi lekceważące spojrzenie. Nie zaproponował, by usiadł, choć w rogu pokoju stało drugie krzesło. Odchylił się nieco, napawając się sytuacją. Świadomością, że może zrobić cokolwiek, że ta i inne radzieckie szumowiny są całkowicie zależne od jego woli. Uśmiechnął się ponuro. Wytrzebimy tą czerwoną zarazę… Szkoda tylko, że ku chwale kogoś takiego, jak Hitler.
    Niedbale złożył leżącą przed nim kartkę, nadal ignorując jeńca. Jeżeli do wyboru jest komunizm i faszyzm, trzeba wspierać faszystów… Do tego wniosku doszedł już podczas wojny domowej w Hiszpanii, zaciągając się do Gruppe "Imker".
    Posłał pełne odrazy spojrzenie Rosjaninowi.
    - Byłeś w kadrze dowódczej Armii Czerwonej – to nie było pytanie, raczej stwierdzenie. Jeszcze po drodze poukładał sobie wszystkie informacje od Schurza i dodał do tego obserwacje swoje i Meyera. – Ilu miałeś pod sobą ludzi, gdzie walczyłeś i co dokładnie robiłeś. – Ton jego głosu jednoznacznie wskazywał, że rozmowę z Sowietą traktuje jako dopust boży i po cichu liczy na pretekst, by natychmiast ją zakończyć. Najchętniej na tyle definitywnie, by Rosjanin skończył z kulką we łbie.

    OdpowiedzUsuń
  81. Spojrzenie Freischera stawało się coraz uważniejsze, w miarę, jak słuchał. Polska, Finalandia… Polska była osłabiona, Finalandia… przy takim stosunku sił mogliby ich roznieść w pył… ale to kwestia decyzji na najwyższych szczeblach. Zapowiadało się nieźle, warto było go jakoś sprawdzić.
    Skrzywił się, słysząc taką bezczelność.
    - Stul pysk, to ja tutaj zadaję pytania. Albo na nie odpowiadasz i korzystasz z tego, że chcę ci dać szansę, albo za pięć minut będziesz trupem, zrozumiano?
    Zmierzył go przepełnionym nienawiścią wzrokiem. Wolno wstał i rozłożył zwiniętą dotąd w rulon mapę taktyczną, przedstawiającą tereny wokół Kijowa. Gestem pokazał Rosjaninowi, by podszedł bliżej.
    - W tej miejscowości wróg zgromadził ważne zasoby. – Wskazał odpowiedni punkt na mapie. Małe miasto musiało leżeć jakieś pięćdziesiąt kilometrów na zachód od Kijowa. - Musisz zdobyć to miasto, ale tak, by go nie zniszczyć. Masz do dyspozycji dwustu ludzi z piechoty zmotoryzowanej. Do tego kilka czołgów. Jakbyś to zrobił?
    Był ciekaw odpowiedzi, jednocześnie, póki nie wiedział, czy jeniec się do czegoś przyda, nie zamierzał mu niczego wyjaśniać.

    OdpowiedzUsuń
  82. Nieco zdziwił się, że Yashanov nie potrzebował żadnej dodatkowej zachęty, by przedstawić plan. Na jego czole pojawiła się pionowa bruzda, kiedy analizował całą strategię, jednocześnie wychwytując wszystkie jej słabe punkty. Tych, na szczęście dla Rosjanina, było niewiele. Wydawać by się mogło, że w miarę upływu czasu, humor Freischera jakby się poprawiał. Zdecydowanie podobało mu się to, co usłyszał, ale nie zamierzał dawać tego po sobie poznać. Przybrał taki wyraz twarzy, jakby plany przedstawione przez jeńca zakrawały co najmniej na miano kretynizmu.
    - Oczywiście wszystko to bez rozpoznania – mruknął ironicznie. - Kwintesencja Armii Czerwonej –dokończył z wyraźnym grymasem wyższości. – Wygrałbyś. Pod warunkiem, że żaden z wrogów, choćby cywili, mieszkających na obrzeżach, nie dotarłby w tym czasie do Kijowa. Prawdopodobnie, zanim wytłukłbyś ich wszystkich, ktoś z ichniego sztabu zadzwoniłby do Kijowa. Obojętne, który z tych wariantów by się sprawdził, w przeciągu jakichś dwóch godzin miałbyś na karku co najmniej drugie tyle wrogów, zachodzących twoich ludzi od tyłu, być może okrążających was... Chyba, że wcześniej zniszczyłbyś zaplecze komunikacyjne. Jakieś… pomysły? Zastanów się dobrze, gra toczy się o twoje życie, Yashanov – dokończył zjadliwie. Rosjanin mógłby być najlepszym strategiem pod słońcem, ale to i tak nie sprawiłoby, że Freischer poczułby względem niego choć namiastkę sympatii.

    OdpowiedzUsuń
  83. Skinął głową, jakby z namysłem.
    - Cwany jesteś… ale to dobrze. – Zwinął mapę i niedbale odłożył ją na bok. Wrócił na swoje miejsce, zastanawiając się, nim podejmie ostateczną decyzję. Akurat tego jednego jeńca bardzo chętnie wysłałby przyśpieszonym kursem na tamten świat, ale…
    - Te czasy mogłyby wrócić… w pewnym zakresie, oczywiście – stwierdził. – Formujemy pluton złożony z ochotników ze wschodu – ostatnie słowa wymówił z tak jawną pogardą, że nie dało się jej wyraźnie nie poczuć. – Pięćdziesięciu ludzi. Ukraińscy ochotnicy, dezerterzy z Armii Czerwonej, kilku, którzy zmądrzeli w obozie… Potrzebny jest dowódca, a ty przed chwilą udowodniłeś, że się nadajesz. – Co do tego, że Yashanov zapanuje nad całą tą zgrają nie miał wątpliwości. Wielokrotnie był świadkiem jego uporu, teraz także… No i sam fakt, że Meyer go nie złamał, choć bardzo chciał. – Co ty na to, Yashanov? Zrobisz z tej pięćdziesiątki żołnierzy, jakich potrzebuje Rzesza… a ja raczej zapomnę o fakcie, że jako radzieckiemu podoficerowi, należy ci się kulka w łeb.

    OdpowiedzUsuń
  84. - Jak sobie chcesz – mruknął, wzruszając lekko ramionami. – Jeżeli nie ty, to może ten dureń Morozov… albo, ostatecznie, któryś z tamtych. Mi nie zależy, by którykolwiek z nich przeżył pierwsze natarcie. – Zawiesił na chwilę głos, zastanawiając się, jakiego argumentu najlepiej będzie użyć... czy może jednak odpuścić i faktycznie mianować kogoś głupszego, ale niesprawiającego problemów. W najgorszym razie, mógł nawet oddelegować któregoś z Niemców, choć to dopuszczał w ostateczności. Nie zamierzał bynajmniej zgadzać się na żadne ustępstwa wobec Yashanova. Albo rusek zgodzi się grać na jego zasadach… albo znajdzie kogoś innego, kto to zrobi. Osobiście uważał, że tworzenie jakiegokolwiek oddziału z sowietów to strzał we własne kolano, ale nie mógł zakwestionować rozkazów. A te były jasne: sformować pułk. Taki, a nie inny.
    - Chociaż nie powiem, trochę mi szkoda. Zwłaszcza po tym, jak obersturmführer Schurz bardzo przekonująco wmawiał mi, że nie jesteś bezużyteczny, kiedy mimochodem wspomniałem, że zamierzam dziś rozstrzelać ciebie i tą polityczną wesz. To było doprawdy rozczulające… Oczywiście, mógłbym uznać, że gorączka zaćmiła mu umysł – dodał, jakby po chwili namysłu. Uważnie obserwował reakcję Rosjanina. – Choć, skoro tak stawiasz sprawę, chyba nie uznam – dokończył cicho.

    OdpowiedzUsuń
  85. Słysząc ten bezczelny i w jego odczuciu zdecydowanie zbyt głośny śmiech, Freischer zacisnął szczęki, z trudem powstrzymując się od gwałtowniejszej reakcji. Sam fakt, że jakiś żałosny Sowieta, komunista, ważył się…
    Miał ochotę go złamać, zgnieść jak robaka. Niecierpliwie postukał palcami w blat biurka. I na to przyjdzie czas. Nie ma umysłów niezniszczalnych. Niekiedy po prostu trzeba nad nimi dłużej popracować.
    Zauważając to napięcie na twarzy Rosjanina, nie potrafił powstrzymać wypływającego mu na twarz uśmieszku pełnego satysfakcji. Zaryzykował… i widocznie trafił. Pytanie tylko, jak bardzo w cel.
    „To groźba?”
    I tu cię mam, pomyślał. Temat zdecydowanie było warto podrążyć. Który jeniec, w normalnej sytuacji, zareagowałby w ten sposób, słysząc o swoim potencjalnym oprawcy?
    Poczuł się mniej pewnie, poznając ciąg dalszy. Czyżby się jednak pomylił? Rosjanin potrafił być przekonujący. Choć, z drugiej strony, jeżeli się mylił, to i tak w niczym mu nie zaszkodzi. Jeżeli Yashanov mimo wszystko odmówi, jeszcze dziś trafi do piachu z przestrzeloną czaszką. Nikt inny nie będzie wiedział o całej rozmowie. Fuchsowi i reszcie wystarczy informacja, że jeniec nie przyjął oferty. Przecież poniekąd tego się spodziewają… A Schurz? Jego i tak będzie trzeba się pozbyć, zwłaszcza, jeśli Moskwa upadnie. Wtedy, we Francji, popełnił błąd, za który nie miał zamiaru płacić życiem. Schurza oczywiście będzie mu trochę szkoda, był jednak nieco bystrzejszy, niż większość hitlerowskich ideowców… Ale, trudno. Od zawsze dzielił ludzi na nic nie znaczących, tymczasowo przydatnych, oraz takich, których wprawdzie lepiej nie tracić w byle akcji, ale których czasem można poświęcić w imię wyższego celu.
    Zastanowił się przez chwilę, jak najlepiej rozegrać tę partię.
    - Ależ skąd – stwierdził niemal serdecznie, nadal jednak świdrując Rosjanina spojrzeniem. – Po prostu w podróży miałem czas na skojarzenie pewnych… zależności – uśmiechnął się złośliwie. – Schurz samowolnie wybiera dwóch jeńców do pracy przy papierach. O dziwo, tym razem robota idzie jakoś mało efektywnie… przedłuża się…. jeńcy nie mówią nic ciekawego… oczywiście, może nic nie wiedzą. Po twoim pierwszym przesłuchaniu u Meyera, Schurz twierdzi, że chce cię dostać z powrotem, kiedy skończymy… i faktycznie cię zabiera, chociaż obiektywnie rzecz biorąc, nie jesteś do niczego potrzebny. Potem ten szyfr, to oczywiście było imponujące. Dziwnym zrządzeniem losu, dzień przed tym, jak chciałem się ciebie pozbyć, dostałeś przydział do Rungego. Wtedy uwierzyłem, że to przypadek, ale teraz… Schurz zostaje ranny, prawie umiera, a jedyną osobą, którą poznaje, jesteś ty. Wasza współpraca musiała rzeczywiście układać się nad wyraz… pomyślnie. – Urwał na moment. Wstał i spokojnym ruchem wyjął z biurka szarą kopertę. – Widzisz, zajęło kilka dobrych godzin, zanim w to uwierzyłem. Ostatecznie Schurz był zawsze takim nieskazitelnym nazistą… Aryjczyk z dziada pradziada, w połowie arystokrata, w SS od 36’ roku… - urwał przybierając taką minę, jakby naprawdę było mu żal. W istocie biografia Schurza go bawiła. Jak naiwnym trzeba być, by już w trakcie studiów wstąpić do partii i autentycznie wierzyć w te wszystkie rasowe dyrdymały..?
    - Ale, przecież ciebie to nic nie obchodzi… W końcu mi odmówiłeś – stwierdził, udając, że dopiero sobie o tym przypomniał. – Tak sobie myślę, że chyba dam ci wybór. – Upuścił kopertę na blat w taki sposób, by wysypało się z niej parę zdjęć, o które poprosił kilka miesięcy temu, uznając, że świetnie nadają się na straszak dla kilku tchórzliwych podoficerów, niemających ochotę na walkę w ZSRR. Zastępca komendanta Auschwitz spisał się aż nazbyt dobrze. – Ostatecznie, skoro i tak będziemy mieli jednego pasażera w drodze na zachód, drugi nie zaszkodzi. To jak, Yashanov, wolisz umrzeć tutaj, czy tam? Wiesz co, nie jestem pewien, jak w tych obozach wyglądają poszczególne strefy… ale chyba czasami widzielibyście się przez druty. To by było w sumie ciekawe doświadczenie, sprawdzić, który z was zdechnie szybciej.

    OdpowiedzUsuń
  86. Freischer przez krótką chwilę myślał, że nic nie ugra. Że nawet jeżeli miał rację co do motywów Schurza, ten tutaj okaże się zupełnie obojętny na jego los. Ostatecznie, prawdopodobieństwo, że Rosjanin w jakikolwiek sposób przywiązał się emocjonalnie do Niemca, było znikome.
    Kiedy usłyszał głębszy wdech i pytanie, dokładnie to, które chciał usłyszeć, aż się uśmiechnął. Był autentycznie zaskoczony, że mu się udało.
    - Tak. – Oszczędził jeńcowi d