Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

26 czerwca 2014

[KP] Północ jest cicha, ona pozwala z lekką pościelą w świat się oddalać.

Aleksy Winogrodzki
Dwadzieścia sześć lat | Zaraz po studiach | Bramkarz w klubie nocnym

Fakt, że nikt nie widział go na świetle słonecznym od prawie roku to kwestia czystego przypadku.
Tak jak i jego blada cera i wiecznie zimne dłonie, całkowity brak potrzeby noszenia swetra najzimniejszą nawet jesienią i wyjątkowo rzadki oddech.
I fakt, że już nie ma kota. Tamten czarnuch po prostu uciekł. Miewał to przecież w zwyczaju. To i tak było irytujące zwierzę. Urocze, łaszące się, wkurwiające zwierzę.
Tak, te rolety muszą być zasłonięte, po ciemku lepiej się myśli. Nie, serio, próbowałeś kiedyś?
Ładne pachniesz. Słodko. To znaczy...
Cokolwiek.

[Owca: Aniela i Feliks
Morowa Panna: Luiza
Nicole: Malwina
Wizerunek: Matthew Daddario]

17 komentarzy:

  1. [hm, ja się w sumie nawet nie zastanawiałam nad wiekiem Anieli, ale raczej jest gdzieś w okolicach ćwierć wieku, mogę to zawsze zmienić. No i akademik wykluczałby Felka, który ma dosyć ograniczoną mobilność ze względów różnych (po prostu bardzo mam ochotę go maltretować i może nawet o tym opowiadanie napisać)]

    Zasadniczo to wracanie do domu o skandalicznej porze jaką jest trzecia nad ranem, kiedy świat ma tę senną szarawą barwę, nigdy nie jest dobrym pomysłem. Nie wtedy, gdy mieszka się w centrum Krakowa i jest lato. Nie wtedy, gdy wraca się samej.
    Aniela jednakże uważała, że ona nie ma się czego obawiać. Zasadniczo, to jej powinni się bać. Szła energicznie, z ogniem w oczach. Nic, ale to nic nie powinno stawać pomiędzy zmęczoną, cokolwiek wstawioną wiedźmą a jej łóżkiem.
    Niektóre żaby mają jaskrawe, ostrzegawcze umaszczenie, jeden gatunek owada upodabnia się wyglądem do swojego groźniejszego kuzyna. Aniela zazwyczaj udawała potężniejszą niż była.
    Wraz z okresem pokwitania przeszły erupcje napędzanej rozchwianymi hormonami i emocjonalnym chaosem mocy. To, co zostało, było... przeciętne. Dobre do znajdywania zgubionych kluczy, niezbyt przydatne gdy trzeba by stanąć do poważnej magicznej walki.
    Dlatego przygotowanie amuletów zajmowało jej tyle czasu. Codziennie, po trochu przelewała w kawałek metalu, drewna czy kości odrobinę swojej mocy. Ale ostateczny efekt był wart wysiłku. No i dzięki temu mogła zaufać swoim amuletom, jeśli chodziło o wszelakie siły nieziemskie.
    Na ludzi miała gaz pieprzowy w kieszeni bojówek.
    Była dosłownie jeden zakręt od swojej kamienicy, wspaniałego miękkiego łóżka i dwóch mruczących kotów, gdy zaczęła ją piec klatka piersiowa. Konkretnie to niewielki jej wycinek, rozmiarów pięciozłotówki. Pieczenie robiło się coraz mocniejsze, Aniela w marszu próbowała wyplątać naszyjnik spod koszuli; w końcu poddała się i wyszarpnęła cały pęczek amuletów. Ten jeden konkretny zaczął już parzyć przez materiał ubrania.
    W słabym świetle latarni ulicznej zdołała ocenić, że to ten informujący o obecności innego odmieńca. Mimo kilku lat praktykowania u sąsiadki z oficyny, naprawdę starej i wielce doświadczonej wiedźmy, nie potrafiła jeszcze stworzyć amuletu, który reagowałby na konkretne rodzaje odmieńców, te potencjalnie niebezpieczne. Również bardziej efekciarska i bezbolesna reakcja, typu emanowanie światłem czy brzęczenie, były poza jej zasięgiem. Dotknęła krążka palcem i syknęła. Czyli odmieniec był bardzo, bardzo blisko. Do dziesięciu metrów?
    - Tylko spróbuj mi coś zrobić a pożałujesz - rzuciła w przestrzeń pozornie pustej ulicy. Lewą rękę, tą nieoparzoną, wsunęła do jednej z rozlicznych kieszeni bojówek, biorąc w garść kilka opiłków żelaza (przeklęte faerie, przez tę całą globalizację również i na nie trzeba być przygotowanym). Druga powędrowała do krzyżyka na szyi, pamiątki Pierwszej Komunii. Mama mówiła, że jest srebrny. Albo ma trochę srebra. Nigdy nie musiała wykorzystać go jako potencjalnej broni, więc nie była pewna.
    Zawsze pozostawało jej też wrzeszczeć jak opętana i biec. Gdy tylko uda się jej dopaść progu mieszkania, będzie bezpieczna. Drzwi antywłamaniowe plus czar powstrzymujący nieproszonych gości - na popiół nie spali, ale kopnie prądem.
    Spięła się cała, gotowa do biegu. Prawda, amulet precyzyjny nie był, nie odczytywał intencji, ale zawsze najlepiej przygotować się na najgorsze.

    OdpowiedzUsuń
  2. [oki, to ja chcę Alka, tylko ty zaczynasz, bo ja muszę ogarnąć Jeana]

    OdpowiedzUsuń
  3. Duża, bardzo ładna i nie do końca normalna sowa z myszą w dziobie przeleciała koło wieży zegarowej ratusza. Musi się pospieszyć, za chwilę świt. Nie miała pojęcia, że tak długo jej zeszło, chociaż musiała przecież przyznać, że to było naprawdę miłe polowanie. No, może poza małym incydentem z driadą, która ją rozpoznała. Wredna zdzira, nie musi budzić całego lasu, tylko dlatego, że sowa nie jest wyłącznie tym, czym się wydaje.
    Sówka zatoczyła koło nad swoją kamienicą i powoli sfrunęła na parapet okna mieszkania numer osiem. Zwykłe ptaki z reguły się nie irytują, ale tego trudno było nazwać zwykłym. I trudno było nie przyznać, że na widok zamkniętych okien w całym mieszkaniu ta biała sowa nie wywróciła zirytowana swoimi wielkimi sowimi oczami. Zahukała z wyrzutem i zakłapała nerwowo dziobem, jakby w nadziei, że ktoś jej jednak otworzy. Bez skutku. Zresztą niczego się nie spodziewała, dobrze wiedziała, że mieszkanie jest puste. W końcu to jej mieszkanie.
    Nie denerwowała się jednak długo. Nie miała na to czasu, słońce już zaczynało wschodzić. Odłożyła ostrożnie martwą mysz na parapet i przeleciała nad dach budynku. Tam zawsze któreś okno od strychu pozostawało niedomknięte. Sowa uśmiechnęła się z ulgą. Było. Obiecała sobie w myślach, że przestanie przeklinać tego idiotę, który nie zamyka porządnie okien. Jest mu teraz winna przysługę.
    Otworzyła łapką szerzej okiennicę i sfrunęła do środka. Zakołowała pod skośnym sufitem strychu zaczepiając skrzydłami o zakurzone pajęczyny. Na podłodze wylądowała jednak nie sowa, ale dziewczyna. Wstała, otrząsając ubranie z pajęczyn, po czym przymknęła okno. Tak dla porządku.
    W końcu Luiza odwróciła się do drzwi. Zamarła. Oba serca przyspieszyły, a drapieżne oczy zrobiły się jeszcze większe i okrąglejsze. Stała twarzą w twarz z nieznanym mężczyzną.

    OdpowiedzUsuń
  4. Och, to nie było bardzo miłe. Aniela tylko ostrzegała, nie trzeba było reagować tak agresywną odzywką; trochę otrzeźwiała, prawda, ale nie na tyle by spożyty alkohol nie potęgował uczucia urażonej dumy. Tak urażonej, że miała ochotę rzucić wszystkim, co miała - to jest opiłkami i krzyżykiem - mniej więcej w stronę nieznajomego odmieńca. Ta bardziej trzeźwa (oraz pożądająca łóżka ponad wszystko) część Anieli jednakże ją powstrzymała zarówno przed tym brawurowym planem, jak i warknięciem czegoś niemiłego i prowokującego. Wciąż ściskając w jednej dłoni opiłki, niebezpiecznie wżynające się w skórę i bliskie jej przebicia, a drugą kurczowo trzymając krzyżyk, uczyniła kilka kroków. I kilka więcej. Była prawie przy bramie wejściowej. Puściła opiłki żeby wolną ręką poszukać kluczy, ale zamarła w pół ruchu, już z kluczami w dłoni, gdzieś pomiędzy kieszenią a zamkiem drzwi. Amulet dalej wydzielał z siebie ciepło, nieznośne ciepło, chyba nawet mocniejsze niż wcześniej. Obróciła się, opierając plecy o drzwi na klatkę schodową - zawsze mogła spróbować je wyłamać jednym mocnym pchnięciem całego ciała, nie były to najmocniejsze drzwi świata. Chociaż wolała tej opcji uniknąć, bardzo trudno byłoby to wytłumaczyć spółdzielni.
    - Przestań za mną iść, do jasnej cholery! - dla nadania sobie większej powagi, oraz żeby cokolwiek zobaczyć, bo fotokomórka od lampy nad bramą znów nie działała, wznieciła obok siebie parę błędnych ogników, które jednak długo nie przetrwały, jednakże ta chwila mdłego światła wystarczyła, by mogła zobaczyć męską sylwetkę stojącą stanowczo zbyt blisko, by czuła się komfortowo. Pchnęła drzwi. Nic. Odsunęła się nieco. Trudno manewrować kluczem za własnymi plecami, więc może jeśli rzuci się na drzwi, mając pewien odstęp...

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie, to nie mogła być prawda. W pierwszym odruchu chciała po prostu udusić faceta. Byłoby po problemie. Na szczęście kobiecy rozsądek wziął górę nad instynktem drapieżnika. Potwora. Raczej drapieżnika, poprawiła w myślach. Gryzonie tak, ludzi nie. Musi o tym pamiętać.
    Skoro chłopak nie uciekł, ani nie zaatakował jej, nie było na razie potrzeby go unieszkodliwiać. Z tym zawsze lepiej poczekać. Jak dotąd stał tylko spokojnie. Za spokojnie. Niepokojąco spokojnie. Więcej, miał na tyle tupetu, żeby się przedstawić. to zaskoczyło Lusię chyba jeszcze bardziej niż jej absolutna porażka, jaką było zdemaskowanie.
    Nie miała zbyt dużego doświadczenia w takich sytuacjach, ale wiedziała przecież, że to chyba ostatnia pasująca w takim wypadku reakcja. Nigdy nie ujawniła się przypadkowo człowiekowi, wystarczyło trzymać się zasad. Cholera, zasad. Dlaczego akurat, teraz, kiedy zapomniała zostawić okien w mieszkaniu, i kiedy nie miała czasu sprawdzić, czy jest sama, dlaczego akurat teraz wszystko musiało wziąć szlag?
    Nadal nieco skołowana obecnością chłopaka i coraz bardziej zdezorientowana jego zachowaniem, z braku lepszych pomysłów uścisnęła podaną dłoń. Zimną dłoń. Jeszcze chłodniejszą od jej własnej. To się nigdy nie zdarzało, chyba, że trzymała trupa. Tylko trupy były zimniejsze od niej. Trupy i… inni nie do końca żywi.
    Zmarszczyła brwi. Stali w pełni zacienionym kącie strychu.
    Kolejny raz tej nocy wywróciła zirytowana swoimi wielkimi oczami. Jak mogła o tym wcześniej nie pomyśleć? Irytacja i tym razem nie trwała jednak długo, bo Lusia uśmiechnęła się z ulgą i odcieniem czegoś między wdzięcznością, a słabo skrywaną niechęcią.
    Nie wyda jej, ona też zna teraz jego tajemnicę. Są kwita. No, a wampir zawsze pozostaje wampirem. Było w nich coś, co zawsze Lusię odpychało. Może to z powodu ich dusz. Ona nauczyła się żyć z dwiema. Za to kwestia jakiejkolwiek duszy u wampirów była… No, co najmniej sporna.
    - Luiza Filin - przedstawiła się, mierząc przy tym podejrzliwym wzrokiem krwiopijcę i jak najszybciej puściła jego dłoń - Zaczyna świtać, lepiej stąd chodźmy.

    OdpowiedzUsuń
  6. Z lekkim ociąganiem weszła do mieszkania wampira. Bogowie, kto by pomyślał, że kiedykolwiek to zrobi? Ale przemogła się, uznała, że taka sytuacja wymaga od niej okazania jakiejkolwiek wdzięczności. A ona, pomimo całej niechęci do jego rasy, naprawdę była mu w jakiś sposób wdzięczna.
    Po jego minie zgadywała, że nie domyśla się jeszcze kim jest. To daje jej przewagę, całkiem dużą. A skoro nie potrafił rozpoznać strzygi, to oznaczało, że jest bardzo młodym odmieńcem. Młodym i niedoświadczonym. Dobrze, jeszcze większa przewaga dla niej. Nie chodziło jej o to, żeby coś z tą przewagą zrobić. Myślała o tym wyłącznie dla własnego bezpieczeństwa. Profialktycznie.
    Rozejrzała się po wnętrzu i szybko przygryzła wargę, żeby powstrzymać się od złośliwego komentarza. Chłopak najwyrażniej tak usilnie starał się zachować pozory normalnego życie, że sterylnie uporządkowane mieszkanie wyglądało jak z magazynu. Nieużywane, pewnie od czasów przemiany kurtki wisiały równym szeregiem na wieszaku przy wejściu. Jasne ściany i meble nawet w bladym półmroku poranka zdawały się emanować bielą. Żadnych brudnych talerzy, ani pozostawionych w pośpiechu kubków z niedopitą kawą. Żadnych zaschniętych krwawych plam na kanapie. Stop, miała być dla niego miła.
    Zmrużyła oczy, kiedy zapalił światło, ale wzrok szybko przyzwyczaił się do światła. Nie, ma pewno nie wie kim jest. W każdym razie, musiała przyznać, że to urocze z jego strony, że pomyślał o czymś tak nieistotnym jak światło dla niej. Zerknęła na niego kątem oka. Wyglądał uroczo mrugając zdezorientowany nagłą jasnością.
    - Zostaw zgaszone - powiedziała nieco rozczulona, bez powodzenia starając się to zamaskować - Dzięki za troskę.
    Może nie powinna tego mówić, ułatwiła mu tylko odgadnięcie kim jest, ale nie potrafiła się powstrzymać. Zresztą od tego jednego faktu przecież nie dozna olśnienia, jeśli nie wywnioskował nic na podstawie dużo oczywistszych i znacznie bardziej charakterystycznych dla strzygi cech.

    OdpowiedzUsuń
  7. Skojarzenia ze zdjęciami z magazynów wnętrzarskich rozwiały się natychmiastowo z chwilą, w której przekroczyła próg sypialni Aleksego. Gdyby tylko miała podać definicję całkowitego przeciwieństwa tych magazynów, znajdowała się ona właśnie za drzwiami jego pokoju. Starając się na nic nie nadepnąć, ani niczego nie strącić, z drwiącym uśmiechem błądzącym od jednego kącika ust do drugiego, usiadła na wskazanym przez chłopaka krześle. Zresztą i tak nie miała zbyt dużego wyboru.
    Wciągnęła głęboko powietrze. Może nie miała aż tak wyczulonego węchu jak on, ale i tak wyraźnie czuła przyjemną woń, zaschniętej już niestety, krwi na ściankach brudnych kubków. No cóż, mogła sobie nie żartować o kawie i plamach na kanapie.
    Jego pytanie nieco ją zdziwiło. I równocześnie rozbawiło swoją naiwnością. Może powinna, ale nie zamierzała mu tego brać za złe. Nie jego wina, najwyraźniej nie wiedział, że popełnia nietakt. Swoją drogą, nie sądziła, że przejdzie do tego tematu tak szybko. Widać nie miał w nowym świecie zbyt wielu znajomych, bo jego brak obycia raczej nie był kwestią krótkiej wampirzej egzystencji. Jego przemiana musiała się odbyć wcześniej niż myślała, bo zdążył już urządzić się całkiem praktycznie w tym mieszkanku.
    Przymknęła na moment oczy, żeby zastanowić się nad odpowiedzią. Ten wszechobecny w pokoju chaos trochę ją dezorientował, a ona wyjątkowo potrzebowała w tej chwili skupienia. Powinna grać z nim czysto, okazać zaufanie i pozostać bez jakiegokolwiek zabezpieczenia, czy wymigać się, przynajmniej chwilowo od jednoznacznej odpowiedzi? Jaką miała pewność, że nie zdenerwuje go, jeśli zacznie uciekać od wyjaśnień? No cóż, wolała nie wkurzać krwiopijcy, na pewno nie w jego własnym mieszkaniu i na pewno nie jeśli ten wampir był jej sąsiadem.
    Zabujała się nerwowo na krześle odpychając to w prawo, to w lewo stopą. Przygryzła wargę z odruchu, ale kiedy dotarło do niej co wyrabia, szybko zerknęła na Alka i zlizała kroplę z ust, mając nadzieję, że mimo wszystko niczego nie zauważył. Idiotka…
    - A jak myślisz? - spytała jak najmniej prowokującym tonem na jaki było ją stać w takiej sytuacji. Czujne sowie oczy śledziły każdy jego ruch, czekając na reakcję.

    OdpowiedzUsuń
  8. Słodki Jezu w morelach (Anielkowe podejście do wiary, jak u większości wiedźm i szeptuch, wahało się od pogardy potępieńca po wręcz dewocję w ludowym wydaniu) i wszyscy święci - jakieś stworzenie nocy w jej kamienicy! Odmieniec, o którym pojęcia nie miała, a za punkt honoru poczytywała sobie posiadanie chociażby podstawowej wiedzy o pozostałych lokatorach. Należałoby to nadrobić, może niekoniecznie w tej chwili, pod wspływem impulsu - byłby to... dziwaczne.
    - Och. Nie wiedziałam - skwitowała wreszcie wypowiedź chłopaka. Jakoś tak oklapła w sobie, stała się mniej nastroszona i poważna, może i nawet trochę zmieszana scenami które przed chwilą odstawiła. Przekręciła się lekko, tak że stała bokiem do drzwi i bokiem do chłopaka. Szczęknął zamek, a wiedźma pchnięciem otworzyła drzwi na oścież. - W takim razie chodź - była przynajmniej na tyle przytomna, by po wypowiedzeniu tych słów chwycić rzemień na którym zawieszony był amulet i odsunąć go od siebie. Metalowy krążek mógł wypalić dziurę w materiale koszuli, a Anielę dotkliwie poparzyć, jeśli chłopak podejdzie zbyt blisko. Będzie musiała popracować nad amuletem w najbliższej przyszłości, jakiś inny sposób na dezaktywację niż zdjęcie naszyjnika - w tej chwili byłoby to trudne, musiałaby pozbyć się z szyi całego splątanego pęku takowych, a to robiła dopiero po wejściu do bezpiecznego mieszkania.

    OdpowiedzUsuń
  9. To nie był dobry pomysł i Lusia wiedziała o tym od pierwszej chwili, kiedy tylko chłopak wciągnął głęboko powietrze delektując się jej zapachem. To już nawet nie było ostrzeżenie z jego strony. Dobrze znała wzrok jakim ją mierzył, w końcu sama przed chwilą wróciła z polowania. Widziała jak Aleksy z rozmówcy zmienia się sprawnie w łowcę, traci pozory człowieka.
    Skończona idiotka, zachciało jej się bawić w zgadywanki z krwiopijcą. Co ona sobie myślała wchodząc za nieznajomym wampirem do jego mieszkania? Że usiądą grzeczne przy szkarłatnej herbatce?
    Ale teraz dziewczyna dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że nie czas na robienie sobie wyrzutów. Jeśli wyjdzie z tego cało, będzie miała na to całe życie. Najpierw przydałoby się w ogóle przeżyć. Było już za późno na ucieczkę, sprowokowałaby go tylko do ataku. Zastygła w bezruchu, uważnie obserwując chłopaka, ale z jego strony nie było żadnego, nawet najmniejszego ruchu i tylko upiorny uśmiech na jego twarzy zdradzał, że coś nie tak. Automatycznie wyprostowała się i napięła każdy mięsień w oczekiwaniu. Mieli wyrównane szanse, przynajmniej teoretycznie, ale Luiza zdecydowanie wolałaby tego nie sprawdzać w praktyce.
    - Aleksy - jej cichy, melodyjny głos był pełen opanowania - Musisz się uspokoić. Nie chciałam z tobą grać, wybacz.

    OdpowiedzUsuń
  10. Puściła drzwi, które trzasnęły głośno; średnio dbała o to, że jest już grubo po ciszy nocnej. Tu jest centrum miasta, tutaj czegoś takiego nie ma. Poza tym i tak już wcześniej darła się na pół ulicy, więc co za różnica?
    - Aniela - nie była aż tak ufna, by podawać numer mieszkania. Zresztą, jeśli Aleksy tak bardzo pożądał tej informacji, to zawsze mógł spróbować ją śledzić aż do trzeciego piętra. Jeśli lubił ryzyko, bo wiedźma nie ręczyła za siebie, gdyby zorientowała się, że coś takiego ma miejsce. Zresztą, bardzo ewentualnie, mogła go jutrzejszej nocy zaprosić do siebie. Przez kilka dobrych lat szpikowała to mieszkanie wszelkimi ochronnymi czarami, było oplecione magią jak ciasnym kokonem. No i miała swoje dwa koty - chociaż tylko jeden dostąpił zaszczytu bycia chowańcem Anieli, to i tak obydwa posiadały ten zwierzęcy szósty zmysł, wyczulenie na nadnaturalnych i niebezpieczeństwo, jakie mogą nieść. Gdyby coś miało się dziać, Czernobog i Freya zapewnią jej chwilę na ogarnięcie się.
    Z drugiej strony, w mieście byłaby wśród ludzi. No ale nocą, więc poprawka - wśród pijanych ludzi, niezbyt skorych do pomocy. Czyli chyba jednak pozostawało zdradzić położenie swego lokum. Znaczy, była jeszcze opcja odmowy, ale na to Aniela była zbyt ciekawska.
    Dobrze jest wiedzieć rzeczy o ludziach z którymi się mieszka.
    - W nocy to ja śpię. Zazwyczaj - minęła chłopaka i zaczęła wchodzić po schodach, jakby to miał być koniec konwersacji. Jednakże przystanęła w pół drogi. - Trzecie piętro, numer 16. Preferuję spotkania na swoim - ruszyła dalej w górę schodów, ale jeszcze, chyba dla efektu, przechyliła się przez balustradę. - Użyj dzwonka, chyba że chcesz żeby magia cię usmażyła.
    To było definitywnie dla efektu. Gdyby usiłował wejść do mieszkania wiedźmy nieproszony, to co najwyżej prąd by go delikatnie kopnął, coś porównywalnego do elektrycznego pastucha. Nieprzyjemne, ale nie zabójcze.

    [icoteras? D: ]

    OdpowiedzUsuń
  11. Kątem oka jeszcze raz zmierzyła odległość dzielącą ją od drzwi. Nie zdąży uciec do oświetlonych pomieszczeń. Łóżko, na którym siedział Aleksy było za blisko wyjścia. Rolety też nie wchodziły w grę. Chłopak pozasuwał je zbyt szczelnie, żeby udało jej się wpuścić światło do pomieszczenia jednym ruchem i spalić go, zanim ją dopadnie.
    Zresztą, nawet jeśli udałoby jej się uciec dzisiaj, nawet gdyby wyprowadziła się natychmiast, jaką miała pewność, że nie będzie jej szukał?
    - Jestem dwudusznicą - wyszeptała w końcu.
    Nagle ściany obwieszone plakatami wydały jej się niesamowicie ciekawe. Wszystko, co pozwalało jej uniknąć kontaktu wzrokowego z Aleksym było w tej chwili niesamowicie ciekawe. Tylko raz, za granicą musiała tłumaczyć niedouczonemu wilkołakowi, że nie jest zwykłą zmiennokształtną. Ani zwykłą wampirzycą. W słowiańskim półświatku każdy wiedział co oznaczają dwie dusze.
    - Strzygą - dodała, po czym zawahała się czy powinna mówić dalej, ale po krótkiej przerwie kontynuowała - No wiesz, dwa serca, dwie dusze.
    Zerknęła szybko na chłopaka. Skoro zaczęła, lepiej wytłumaczy wszystko od razu. Otworzyła szeroko usta. Drugi rząd zębów wysunął się prawie automatycznie.

    OdpowiedzUsuń
  12. Miała intensywny dzień. Przez "intensywny" rozumiała więcej niż trzy klientki pod rząd. Głównie starsze panie, głównie na stawianie tarota. Samo układanie kart i usiłowanie sklecenia czegoś sensownego z ich układu (nie były to porządne, posiadające w sobie moc karty, tylko jakaś bazarowa tandeta) nie było problemem. Gorzej, że starsze panie przychodziły też dla towarzystwa i uwielbiały przeciągać konwersacje z Anielą w nieskończoność, lub póki nie pojawiła się kolejna umówiona osoba. Nie mogła ich po prostu wypraszać, bo straciłaby jedno ze źródeł dochodu. Starała się być wyrozumiała. Staruszki pewnie były samotne, nie miały całymi dniami nic do roboty. A taka wizyta u wróżbitki łączyła w sobie radość plotek z sąsiadką i ulgę odczuwaną po sesji u terapeuty.
    Jednakże po kilku godzinach wysłuchiwania trajkotu o rzeczach mniej lub bardziej ważnych, z tłem w postaci dźwięku mis tybetańskich, a to wszystko siedząc w półmroku, letniej duchocie i oparach kadzidełek, Aniela miała dość. Od wszelakich wonnych wynalazków - kadzidełek, wosków i świec zapachowych - dostawała uporczywego bólu głowy. W uszach wciąż wibrował jej niski dźwięk tybetańskich mis. No ale ta cała oprawa była tym, czego klienci oczekiwali, tak jak pęki suszonych ziół wszędzie (akurat bardzo użyteczne), stare meble (chwała pchlim targom i ludziom wystawiającym meble do wyrzucenia na ulicę, w desie za takie cuda dałaby miliony), stare foliały (kupowała hurtowo, nie patrząc nawet na treść; skórzane grzbiety z tytułem wytłaczanym gotycką czcionką robiły odpowiednie wrażenie nawet z dużej odległości) oraz duże ilości kryształów kwarcu wszędzie. Zasadniczo, salon był fasadą, miejscem pracy. Absolutnie nie odzwierciedlał osobowości czy gustów Anieli.
    Ona sama właśnie w tej chwili wręcz przelewała się przez fotel. Wszystkie okna w mieszkaniu były pootwierane na oścież, do środka wlewało się wciąż nagrzane, wieczorne powietrze, ale przynajmniej nie było czuć już dymu kadzidełek. Aniela zdołała zdobyć się na wygrzebanie z kredensu kilku świec, i rozstawienia ich w salonie. Dawały zdecydowanie miększe światło niż elektryczne lampy, co jej... gość może uznać za plus. Ale też bliskość ognia może zapobiec temu, by poczuł się bardzo mile widziany.
    Innym, równie nadludzkim wysiłkiem, jakiego wiedźma dokonała, było pofarbowanie włosów. Aż tak jej los nie pokarał, nie była ruda naturalnie. Siedziała więc teraz, a raczej zastygła w procesie zsuwania się z fotela, z mokrą głową, w wyszywanym szlafroku, umierając z gorąca. Do umierania przyczyniła się nie tylko pogoda, ale i Freya, kotka Anieli, która postanowiła usadowić się na brzuchu właścicielki i oddać jej całe swe kocie ciepło. Jednakże na odgłos pukania kotka wystrzeliła jak z procy, by znaleźć się pod kredensem, skąd to popatrywała lękliwie. Pseudonim "Wypłosz" nie był przypadkowy.
    Aniela dźwignęła się z fotela i mocno zawiązała szlafrok. W drodze do korytarza wyprzedziła ją kula futrzastej furii - Czernobog. Kocur niezbyt lubił odmieńców i zmieniał się przy nich w czystą esencję agresji. Wiedźma złapała chowańca i usiłowała utrzymać go na rękach, jednocześnie otwierając drzwi i, jak zasłony, uchylając na moment czaru ochronnego.
    - Zapraszam.

    OdpowiedzUsuń
  13. Napięcie powoli opadało, bardzo powoli, ale zauważalnie i mimo, że oboje byli nadal koszmarnie spięci, Lusia nie obawiała się już ataku. Aż tak jak na początku. Nie mogła sobie jednak nadal pozwolić na żaden śmielszy ruch, chłopak ciągle był jeszcze bardziej drapieżnikiem niż partnerem do rozmowy. Z pewnością nie powinna więc śmiać się z pytania Aleksego. A jednak, była na tyle głupia, żeby to zrobić. No cóż, pozostawało jej mieć nadzieję, że wampiry też od czasu do czasu miewają poczucie humoru.
    Spojrzała mu w oczy, uważnie badając reakcję na jej wybryk. Przechyliła delikatnie głowę rozbawiona. Po części ogółem sytuacji w jakiej się znalazła, ale chyba głównie zachowaniem chłopaka. Musiała przyznać, że zrobił na niej wrażenie swoją pewnością siebie, chociaż miejscami graniczyła już u niego z naiwnością. Gdyby nie zaczął się wkurzać o jakąś bzdurę ich znajomość mogłaby się zacząć całkiem przyjemnie, nawet biorąc pod uwagę to, że był w końcu był wampirem. Gdyby tylko nie był takim cholernym sztywniakiem. Ale był nim, a ona nadal była w jego pokoju. Co gorsza, wiedział już kim jest Lusia, co stanowiło dla niego całkiem spore ułatwienie.
    Oblizała wargi, w ostatniej chwili hamując się przed przygryzieniem jej ponownie.
    - Czasami dusze ze sobą nie współpracują. - wzruszyła ramionami i dodała uśmiechając się gorzko - Ale to przeszkadza raczej na dłuższa metę.

    OdpowiedzUsuń
  14. Kot wił się na rękach Anieli jak głupi, wydając z siebie prychnięcia i posykując. Miała ochotę zamknąć go w łazience, ale wtedy kto przyjdzie jej na pomoc, jeśli sprawy przybiorą obrót niekorzystny? No i Czernobog gotów był śmiertelnie się obrazić, zniszczyć ulubiony fotel wiedźmy w ramach nauczki czy coś. Także póki co musiała sobie radzić, trzymając rozszalałe zwierzę pod pachą. Może sam się ogarnie, w końcu bycie chowańcem przydawało wszelkim braciom mniejszym nieco inteligencji.
    Nie była do końca pewna, czym Aleksy jest. Znaczy, miała podejrzenia, skoro nalegał na spotkanie po zmroku - chociaż początkowo myślała, że może po prostu pracuje cały dzień, czy coś, ale wysłanie jednego z kotów na zwiady po kamienicy wskazało, iż chłopak nie opuszczał mieszkania od wschodu słońca.
    Zajęła miejsce na swoim ulubionym fotelu, kota nieomal siłą przyciskając, by siedział na jej kolanach. Co prawda już nie syczał, ale wciąż był spięty i pazury miał wysunięte. Oby nie przyszło mu do głowy wbijać ich w nogi Anieli...
    Na przeprosiny machnęła ręką.
    - A bo i ja byłam szczególnie miła? To normalne, wszyscy mamy większą lub mniejszą paranoję - na przykład ona teraz, oczywiście w tajemnicy przed swoim gościem, dyskretnie wplatała więcej energii w gobelin zaklęć otaczający mieszkanie. Wcześniej jeszcze, w przerwie między wizytami, wpadła do sąsiadki-wiedźmy i niby to mimochodem wspomniała, że będzie miała wieczorem gościa i jeśli jutro koty nie wyjdą na podwórko, to można zacząć się martwić. Oraz szykować arsenał broni na siły nieczyste.
    - Więc, czemu chciałeś się spotkać? - przekrzywiła lekko głowę w wyrazie zaciekawienia.

    OdpowiedzUsuń
  15. [wybacz że odpisuję w tempie ślimaka ;___; ]

    Zauważyła jak Aleksy rozgląda się po jej saloniku. Znała ten rodzaj spojrzenia.
    - To pod klientów - gestem objęła całe pomieszczenie. Czernobog wykorzystał to, by zerwać się z jej kolan, ale zamiast rzucić się na chłopaka, kot wpakował się pod kredens, gdzie siedziała już Freya, i pofukiwał cicho. - Sama preferuję trochę inny wystrój - dodała jeszcze. Nie miała zamiaru rozwijać tematu, przecież Aleksego do swojej wspaniałej, białej minimalistycznej sypialni, gdzie króluje design skandynawski (czyli IKEA, ponieważ tanio i ponieważ nawyki z czasów studenckich) i współczesna beletrystyka (no dobrze, najbardziej współczesny w tym wszystkim to była Chmielewska). Mógłby to... źle zrozumieć. Poza tym, do strefy prywatnej jej mieszkania byle kto nie wchodził.
    Słuchała Aleksa z zainteresowaniem. Ojej, biedaczek był świeżynką, kompletnym żółtodziobem w sprawach nadnaturalnych. Miała ochotę właśnie tymi słowami się do niego zwrócić, trochę się rozczulić, tak z matczyną troską. Ale to mogło być uznane za prześmiewcze i reakcja gościa mogła być nie do przewidzenia. W najlepszym wypadku wyszedłby, trzaskając drzwiami. Kiedy jej na serio było go szkoda. Nie znała się jakoś super na zwyczajach stworzeń nocy, ale z tego co wiedziała... ups.
    - Pierwsza rzecz - starała się brzmieć profesjonalnie, mówić neutralnym głosem. - Nigdy nie przyznawaj się, że jesteś nowy. Druga rzecz. Nie powinieneś mieć... - zamyśliła się na chwilę. - Jak wy to nazywacie, mentora? Tego, kto cię przemienił - dodała na wypadek gdyby chłopak się nie zorientował, o co chodzi. - Powinien ci wszystko wytłumaczyć, jak się nie dać zabić, czy to swoim czy egzorcyście, wprowadzić w,hm, społeczność, załatwić ci dojścia do różnych rzeczy... - przez "różne rzeczy" rozumiała oczywiście krew; pojęcia nie miała, skąd wampiry ją brały. Na pewno nie mordowały ludzi na ulicach, bo o tym już byłoby głośno, zwłaszcza że wampirza społeczność była w Krakowie słusznych rozmiarów. Może jakieś wtyki w szpitalu? - No bo nie jesteś moroi, prawda? Znam jednego i nie wyglądasz jak on, a wszyscy moroi są ponoć toćka w toćkę tacy sami... - dopiero teraz zorientowała się, że mówiła bez przerwy i chłopak nie miał szansy jej odpowiedzieć, więc zamilkła. Zresztą, to powoli zmieniało się w myślenie na głos, a nie po prostu rozbudowaną wypowiedź.

    OdpowiedzUsuń
  16. Skwitowała propozycję Aleksego cichym, melodyjnym śmiechem. Chyba jednak powinna mu jeszcze trochę opowiedzieć o sobie. Ale nie teraz, zbyt dobrze bawiła się obserwując jego niewiedzę. Zresztą, póki nie musi, wolała nie obnażać się przed nim ze wszystkich swoich sekretów. Porozmawiają o niej innym razem, Luiza miała tylko nadzieję, że tym razem będzie to na jej terenie, a nie w tej graciarni.
    - Chyba trochę za wcześnie na coś mocniejszego, dopiero świta. Nie masz pewnie kawy? - spytała bez większej nadziei. Dlaczego miałby mieć? - Oczywiście, że nie masz. Poproszę to co ty.
    Już znacznie pewniejsza, bo chłopak też wyraźnie się rozluźnił, ponownie przekrzywiła głowę w prawo, głupi sowi nawyk, i z niecierpliwością czekała na rezultaty tej prowokacji. Wiedziała, że nie powinna była tego robić ale rozrywka jaką dostarczało jej droczenie się z Alkiem skutecznie odciągała jej myśli od ciągle jeszcze aktualnego zagrożenia z jego strony.
    Wśród normalnych ludzi, nawet tych, których naprawdę lubiła, zawsze pozostawała podświadomie odizolowana. Odmieńców, odkąd przeprowadziła się na studia do nowego miasta, nie poznała jeszcze zbyt wielu. I na pewno nie zbyt dobrze by się z nimi zaprzyjaźnić. Tęskniła za kimś, z kim mogłaby porozmawiać bez obaw, że ucieknie z krzykiem albo uzna ją za konkurencję. Alek może nie był wymarzoną partią na przyjaciela ale nie musiała przed nim grać, a on zdecydowanie nie postrzegał jej jako rywalki. To wystarczało, żeby, pomimo świadomości, że chłopak nadal może się na nią rzucić, Lusia odprężyła się nieporównywalnie bardziej niż przy kimkolwiek inny od dobrych dwóch tygodni, jakie minęły od jej przeprowadzki. Co oczywiście nie oznaczało, że ufa mu całkowicie. W dalszym ciągu zamierzała zatrzymać niektóre tajemnice dla siebie.
    Przechyliła się w fotelu aby lepiej widzieć malutką lodówkę. Skoro nie ma żadnych kontaktów w półświatku ani, jak się domyślała, mentora - musiał pewnie zostać porzucony zaraz po przemianie, to była ciekawa skąd brał krew. Sama nie była uzależniona od niej jak Aleks, ale nadal pozostawała stworzeniem wampirycznym i krew stanowiła w pewnym sensie luksus, na który zwykle nie miała czasu.

    OdpowiedzUsuń
  17. Zdziwiona mina Luizy nie była grą, chłopak naprawdę ją zaskoczył, ale pozwoliła łatwo zamaskować złość. Przełknęła ślinę. Krew nie była jej potrzebna, to tylko przyjemność, po prostu dawno już nie miała dobrej okazji się napić. Oczywiście nie winiła go za nic, nie miała powodu, chociaż gdyby tylko znalazła wygodny pretekst do zrzucenia na niego winy za pogorszenie Lusiowego nastroju, z pewnością nie wahałaby się. Ale nie miała żadnego pretekstu poza posiadaniem przez Alka kawy, co jednak, mimo wszystkich zdolności manipulatorskich i perfekcyjnego opanowania sztuki odwracania kota ogonem nie nadawało się na powód do obwinienia chłopaka.
    Wzięła spokojny, głęboki wdech, który klasycznie pomógł tyle co pigułki przepisywane na terapiach. Wypuścić powietrza nie była już w stanie z takim opanowaniem. Miłe zaskoczenie szybko poddało się wściekłości. Na Aleksego, na cholerną kawę, na samą siebie. Zamknęła oczy i zacisnęła dłonie na skroniach, jakby to miało cokolwiek zmienić. Wiedziała, że cała drży, tylko do cholery nie potrafiła z tym nic zrobić. Drugi rząd zębów czekał już w gotowości. Nie, tylko nie to. Miała ochotę krzyczeć, ale z jej ust wydobył się tylko stłumiony jęk. Dlaczego musiały się rozrywać teraz? Tutaj? Po co tu w ogóle przyszła? Do wampira? Była w tej chwili zupełnie zdana na niego.
    Rozerwanie skończyło się równie szybko jak zaczęło. Zaciśnięte kurczowo mięśnie rozluźniły się. Zamiast szumu w uszach słyszała już tylko swój nieregularny oddech. Otworzyła oczy, ale wolała nie patrzeć na Aleksego. Po takim upokorzeniu nie widziała jeszcze sensu tu siedzieć. Wstała spokojnie. Była jeszcze trochę roztrzęsiona, ale z powrotem miała pełną kontrolę nad sobą.
    - Chyba już pójdę - powiedziała powoli odwracając się w stronę drzwi.
    Osobowość borderline? Tak to nazywał ten idiota? Chyba tak. Jeszcze jedna ładna nazwa, którą kolejny lekarz próbował zastąpić jej problemy. Nie starła się nawet zaprzeczać, co miałaby powiedzieć? Że to nie schizofrenia, osobowość dwubiegunowa ani borderline. Spod pozornego zmartwienia jej stanem psychicznym, przy każdej nowej diagnozie przebijała z nich taka duma, że nie miała nawet zamiaru kłócić się. Brawo, wreszcie znalazł pan jeszcze jedną śliczną nazwę w tych zakurzonych tomach, moje nowe zaburzenie, gratki, poważnie, świetna robota.

    OdpowiedzUsuń