Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

26 czerwca 2017

[KP] Nie pytaj, to cię nie okłamię.





Luiza Filin 


Strzyga? Dwudusznica?
Nie słyszałam nigdy… Klasyczny przypadek rozdwojenia jaźni. Osobowość naprzemienna. Ciężka choroba, ale przecież da się z nią żyć, prawda? Jakieś leki, sesje u specjalisty; dzisiejsza medycyna przecież sobie z tym radzi. Chyba nie powiesz mi, że przy postępie jaki osiągnęła w ostatnim wieku psychologia, można nadal wierzyć w coś takiego jak dwie dusze w jednym ciele?

Niestety, nasza wspaniała dzisiejsza medycyna nie radzi sobie jeszcze z dwoma sercami. Trudno… W takim razie Lusia poradzi sobie bez zbyt częstych wizyt u kardiologa. No, do dentysty też lepiej za często nie zaglądać, jeśli masz dodatkowy rząd zębów. I nie uśmiechać się za szeroko.

Nie tak długo po tym, jak podwójne mleczaki skończyły jej wypadać, Luiza pożegnała swoje dziecięce marzenia o zostaniu anestezjologiem (Nie, nie miała zamiaru nikogo dusić! To jest naprawdę poważna praca). Zajęła się swoją drugą, nieco wygodniejszą pasją i skończyła jako szczęśliwa studentka ornitologii. Na tyle szczęśliwa, na ile może być dwudusznica, czyli jakoś połowę mniej niż człowiek. Przynajmniej nie musi się już tłumaczyć z porozrzucanych wszędzie sowich piór.

Teraz, na studiach jest już wszystko w porządku. Tylko, na bogów, co jest takiego dziwnego w żywieniu się surowym mięsem? Sushi jest z surowej ryby, no nie? Znaczy, taaa, pewnie, że jem też inne rzeczy… yyyy… czasami.


wątek z
Nicole [Aleksy] [Malwina]
Owca. [Aniela] [Feliks]


23 komentarze:

  1. [cześć, dzień dobry, kogo wolisz - Anielę czy Felka? Czy obydwoje, bo czemu nie? :D ]

    OdpowiedzUsuń
  2. [ależ to zrozumiałe, Felek jest przerozkosznym stworzeniem :'D Czy byłabyś tak dobra i zaczęła (znaczy, ja mogę, ale to raczej jutro popołudniu/wieczorem)? Tak tylko podkreślę, Feliks rzadko bywa gdzieś indziej niż antykwariat czy przestrzeń kamienicy, od piwnicy po dach.]

    OdpowiedzUsuń
  3. [ hmm, kwestia Felkowego szefa... Felek oczywiście zieje doń niechęcią, ale teraz to już chyba trochę z przyzwyczajenia. Na pewno czarnoksiężnik wydaje się być w wieku ponad trzydziestkę (lat zapewne ma więcej) i zajmuje się sprzedawaniem/szukaniem artefaktów i różnych przeklętych przedmiotów, a poza tym robi jakieś podejrzane rzeczy w piwnicy (przyzywa kolejne demony żeby je w sprytny sposób uwięzić i zabrać im moc? bawi się w nekromantę? robi kamień filozoficzny? albo coś innego, bardzo pokręconego?). A, i czasami zwraca się do Feliksa różnymi imionami których ten używał na przestrzeni dwóch stuleci. Chyba tyle, ogólnie zostawiam ci wolną rękę.]

    OdpowiedzUsuń
  4. [Wybierz sobie towarzysza też i u mnie, bu!]

    OdpowiedzUsuń
  5. To bardzo efektownie, za przeproszeniem, jebnie. Takie było jedyne stwierdzenie (i ogólne podejście) Feliksa do nowego projektu jego mistrza. Nie zamierzał w tym uczestniczyć, przynajmniej nie w swojej formie fizycznej. Bo moc, jaką demon normalnie by dysponował, miała zostać wpakowana właśnie w to. Oczywiście, w swoim czasie i nie cała na raz. Czarnoksiężnik aż tak szalony nie był.
    Chociaż Feliks nie był pewien, czy to już szaleństwo czy jeszcze ambicja. Granica jest cienka i trudna do rozróżnienia dla kogoś, kto człowiekiem nie jest i kontakty z rasą ludzką ogranicza do minimum. On sam nie miałby problemów z pełnią swojej mocy, ta nie wyrządziłaby mu żadnej krzywdy - ale gdyby ją posiadał, to byłby bezcielesną manifestacją energii w innym wymiarze, więc ludzkie pojęcia i tak nie opisywałby jego stanu.
    Trochę, bardzo głęboko, tkwiła w nim obawa, że jeśli coś pójdzie nie tak, to nie tylko czarnoksiężnik zginie (nie, żeby akurat tym się przejmował), ale też i jego demoniczna moc zniknie, ergo - on, Feliks, się rozwieje. Ewentualnie zostanie na zawsze uwięziony w fizycznej manifestacji swojego bytu, z wszystkimi jego ograniczeniami. Starzeniem. Śmiercią. To już natychmiastowa anihilacja byłaby lepsza.
    Nie, żeby teraz był w najlepszej pozycji swego życia; nie starzał się, to fakt. Z dużą dozą wysiłku, ale mógł zmieniać swoją fizyczną formę (co było warte zachodu jedynie przy przenoszeniu się na nowe miejsce). Jeśli w pobliżu było źródło ognia - kominek, odpalona zapałka, zapalniczka, kuchenka gazowa - wtedy mógł się trochę pobawić z żywiołem. Nic wielkiego, ale wciąż dającego to komfortowe uczucie, że nie jest ś m i e r t e l n y.
    Chyba, że kamienica efektownie się zawali, gdy machina planu czarnoksiężnika ruszy. Nawet jeśli nie zginie natychmiast to nie był pewien, czy wytrwa pod gruzami.
    To nie były miłe myśli i należało się ich jakoś pozbyć. Papieros (dwa, cztery, ups, poszło pół paczki) na ukojenie nerwów? Może tym razem nikt się nie zacznie na niego wydzierać gdy będzie sobie spokojnie kopcił na podwórku.
    Nie spodziewał się napotkać nikogo na swojej drodze o tej porze dnia. A nawet jeśli - większość sąsiadów do rozmowy z Feliksem się nie garnęła, bardzo ciekawe dlaczego... Chyba nie z powodu aury "Podejdź, a odgryzę ci rękę" którą to roztaczał niemal bez przerwy?
    Cóż, właśnie wyciągnięto do niego rękę. Postanowił jej nie odgryzać. Póki co. Może da się to powitanie załatwić szybko, bezboleśnie i chłodno, żeby utrudnić jakiekolwiek próby nawiązania głębszego kontaktu. I będzie sobie mógł zapalić.
    - Feliks - rzucił, uścisnąwszy i szybko puściwszy dłoń dziewczyny; na marginesie, dziwacznie zimną, a może to demon był nienaturalnie ciepły. Nazwiska, czy też numeru mieszkania nie zamierzał podawać, to byłyby tylko przyczynki do dalszej rozmowy, będącej mu w tej chwili bardzo nie na rękę - Pani wybaczy, nałóg wzywa - w drugiej ręce trzymał paczkę papierosów. Wykonał nią bliżej nieokreślony gest w stronę bramy na podwórko.

    OdpowiedzUsuń
  6. Aleksy spędził ten tydzień zdecydowanie zbyt przyjemnie, żeby równie przyjemnie mógł go zakończyć. W końcu spotkał się z koleżanką z liceum, a ona nawet nie zauważyła, że coś z nim nie grało. Wreszcie przyszedł kurier z jego kolekcjonerską edycją Władcy Pierścieni, więc mógł zrobić sobie mały maraton i spędzić nad nim dzień i noc i nie zepsuło tego nawet podejrzliwe spojrzenie na twarzy kuriera, gdy wchodził do zaciemnionego nieskończoną ilością rolet domu Aleksego. Do tego dostał jeszcze kartkę od swojej siostry, która mówiła, że Brazylia jest nawet fantastyczniejsza, niżby się mogło zdawać i że do Polski wróci dopiero za dwa lata, ale już niesamowicie tęskni i na pewno będzie mu słała listy. Wszystko to było więc tak miłe, że musiało się źle skończyć. Ale oczywiście Aleksy znów dał się, cholera, nabrać Losowi. Tak, przez wielkie L, choć Aleksy w Los nie wierzył. W los zresztą też nie.
    Bo to przecież oczywiście była Jego wina, a nie biednego mężczyzny, który poszedł na strych po komiksy, które, jak sobie przypomniał, właśnie tam zostawił, gdy przed Przemianą (też przez wielkie P, ale w Przemianę akurat Aleksy wierzył) sprzątał swój pokój i zauważył, że na ten wielki karton przestało mu starczać miejsca dobre parę miesięcy temu. Wybrał się więc w wielką wędrówkę na strych. Oczywiście łażenie nocą po korytarzu nie było specjalnie niebezpieczne ze wszystkich przyczyn, począwszy od tego, że nie było komu nęcić go zapachem krwi, kończąc na tym, że słońce mu nie groziło. Ale ktoś mógł przypadkiem otworzyć drzwi. I wtedy pięknie skrzyczeć go za naruszanie ciszy nocnej. W końcu nikt nie zrobiłby tego specjalnie. Kolejny profit bycia wampirem. Nie było takiej opcji, żeby ktoś go usłyszał, bo i poruszał się zbyt bezszelestnie. No, ale pani z dwójki kiedyś już go skrzyczała, że za głośno tak łazi po nocy. Aleksy nigdy nie rozkodował, czy chodziło o hałas spowodowany bezdźwięcznym chodzeniem, czy może raczej nieoddychaniem. Na razie trzymał się wersji, że oboma, w końcu minus i minus daje plus.
    Nie przewidział jednak, że na samej górze zostawił najlepszy komiks. Albo raczej ten, do którego miał najgłębszy sentyment. Mianowicie pierwszy tomik Opowieści Jedi. Aleksy nie mógł powstrzymać się od zaczęcia, ale tylko pierwszych stron. Albo tomików. Z każdym następnym obiecywał sobie, że to ostatni, jednak obietnice te robiły się, według niego samego, coraz zabawniejsze z każdą chwilą. Ale oczywiście komiksy komiksami, a Aleksy mimo to był osobą inteligentną i wiedział, że utknięcie na strychu na wiele godzin i ryzykowanie, że ktoś go na tym strychu zobaczy i zacznie się zastanawiać, czemu po prostu nie wyjdzie, jest nieco niebezpieczne. Wrzucił je więc do wielkiego pudła i już, już chciał iść, aż do środka wleciała sowa. Mężczyźnie aż ślinka pociekła, w dużej mierze także dlatego, że krew ptaka pachniała jak ludzka, a była tak blisko niego. Wodził za nią chwilę wzrokiem, rozważając pomoc sowie w wydostaniu się, ale zaraz zrezygnował.
    Nie, nie dlatego, że zdrowy rozsądek poradził mu cenić swój czas wolny wyżej od zbłąkanej sówki. Raczej dlatego, że zbłąkana sówka przed nim zmieniła się w człowieka, którego Aleksy kojarzył. W nową mieszkankę jego kamieniczki. Popatrzył na nią i odchrząknął głośno.
    – Dzień dobry – powiedział z westchnieniem. – Chyba nie mieliśmy okazji się przywitać, jestem Aleksy Winogrodzki.
    Z tymi słowami wyciągnął dłoń w jej stronę. Za mało chyba jednak cenił swój czas wolny.

    OdpowiedzUsuń
  7. Aleksy powiódł wzrokiem po dziewczynie. Przyjrzał się jej, jej spojrzeniu, wyrazie twarzy, gdy szybkim ruchem zabrała dłoń. Nawet ludzie nie reagowali tak szybko. Ba, wręcz przeciwnie, nierzadko jakiś dziwny, nie do końca zrozumiały nawet dla Aleksego wpływ przyciągał do niego innych; tylko niektórzy wydawali się odepchnięci jego naturą. Tym razem ewidentnie przeliczył się, myśląc, że ktoś z problemami zbliżonymi do jego podejdzie do niego inaczej.
    Coś w jego spojrzeniu zmieniło się, wyostrzyło, odezwała się wampirza natura, której Aleksy jakoś nie miał ochoty wstrzymywać. Oczywiście, co nieco nad tym panował. Na tyle, żeby nie zaatakować panienki przed nim, która najwidoczniej czuła się od niego, z jakichś przyczyn, lepsza. Mężczyzna wiedział o tym świecie od tak niedawna, że niewiele znał ras, a jeszcze mniej ich przedstawicieli. Czuł jednak wyraźnie, że w dziewczynie coś jest innego. Skupił się na jej figurze, pal licho i północnice, będzie musiał przeżyć ten strych. Bo coś nadmiernie go w tej osóbce intrygowało.
    I wtedy to do niego dotarło. Słyszał bicie nie jednego serca, a dwóch. Cholera, co?
    – Zapraszam do siebie – powiedział mężczyzna z przekąsem, biorąc ponownie swój karton pełen komiksów, nie próbując ich nawet ukrywać.
    Co mu, kurwa, do głowy strzeliło, żeby się ujawniać? Przecież dobrze wiedział, że tak to się skończy. A jednak miał tę swoistą nadzieję, że może ktoś inny w ten durny, nadprzyrodzony sposób go zrozumie. Ale okazuje się, że jego fantastyczna rasa nie ma lżej nawet w nadnaturalnym świecie. Nie no, cholera, niesamowicie. Nie czekał nawet na odpowiedź Luizy, wyszedł tylko ze strychu z kartonem w rękach i ruszył w stronę swojego mieszkania niespiesznym – jak na siebie, czyli generalnie raczej normalnym – tempem, ale zostawił drzwi otwarte.
    Przedpokój, a raczej przedpokoik, w jego mieszkaniu był urządzony w sposób przemyślany, tak jak zresztą całe wnętrze poza jego sypialnią. Głównie dlatego, że jego sypialnia była jego małym, porządnie zaroletowanym królestwem, a reszta pokoi była w stanie nienaruszonym od tego, w jakim zostawiła je jego siostra parę lat temu, gdy uparła się, że jeśli on sam się za to lepiej nie zabierze, to ona to zrobi. I zrobiła.
    Dlatego Aleksy stał teraz nie w obskurnym, nieodmalowywanym od wieków przedpokoiku (bo tak by było, gdyby on miał to ogarnąć, a teraz żal mu było nie dbać o to, co mu zostawiono), w którym wszystko się kruszyło i waliło, a w przemyślanym, ewidentnie niedawno malowanym i przykładnie wysprzątanym pomieszczeniu w klasycystycznym stylu. Nawet kurtki wisiały tam w zbyt idealnym porządku, ale to głównie dlatego, że nie były używane od ponad roku. Te wnętrza zbyt kojarzyły się Aleksemu z siostrą, żeby nie dbał o nie w tak absurdalnym stopniu. Mężczyzna zapalił tak rzadko używane światło i aż zamrugał z odruchu. Owszem, był naprawdę nieprzyzwyczajony do aż takiej jasności w tych jasnych pomieszczeniach. W końcu nawet w klubie, w którym czasem bywał nie jako pracownik, zawsze było ciemniej.

    OdpowiedzUsuń
  8. Swego czasu Feliks miał odrobinę więcej szacunku i sympatii dla palaczy niż innych przedstawicieli gatunku ludzkiego – wciąż było to niewiele, ale zawsze jakieś osiągnięcie, jeśli chodzi o zblazowanego demona. Palący zazwyczaj byli ludźmi nietuzinkowymi, intelektualistami, artystami, w akcie palenia – zwłaszcza przez kobiety, trzymające papierosa w długiej fifce – było coś bardzo estetycznego. W palarniach odbywały się najciekawsze rozmowy, nie palić w towarzystwie to było niemal faux paux.
    Obecnie jednak czasy się zmieniły i palił każdy, niezależnie od statusu społecznego i poziomu intelektualnego – nałóg przestał być wyznacznikiem osób cokolwiek wartościowych. A już najgorsi byli ci, co pozowali na intelektualistów. Nic tak Feliksa, hipokryty jednego, nie irytowało jak udawanie. I to udawanie nieumiejętne.
    Także ostatnimi czasy unikał towarzystwa innych palaczy, zawsze starał się mieć przy sobie zapałki czy zapalniczkę, żeby, upokorzony, nie musiał nikogo prosić o ogień. Czynność palenia mogła stracić swój dekadencki urok, ale przyzwyczajenie – w życiu nie użyłby słowa uzależnienie, na to był zbyt dumny – pozostało. A że należało do niewielu przyjemności, jakich mógł doświadczyć w tym nudnym świecie, to sobie na nie pozwalał.
    A teraz ta dziewczyna chciała się do niego przyłączyć. Zabronić jej nie mógł, bo coś czuł, że i tak zanim pójdzie, nawet gdyby mieli sterczeć na dwóch przeciwległych końcach podwórza. Z miną cokolwiek cierpiętniczą wzruszył ramionami – że niby mu wszystko jedno, co dziewczyna zrobi. Żeby nie dać jej satysfakcji z tego, że jednak postawiła na swoim.
    - A kto by kradł książki? - cóż, on w sumie by się pokusił. Jakiekolwiek książki, jeśli tylko ich wcześniej nie czytał. Miał ochotę podejść i zajrzeć, co też za tytuły kryją się w siatkach, ale chęć zapalenia była jednak silniejsza. Wyszedł na podwórze, nawet nie oglądając się, czy dziewczyna za nim idzie, i przysiadł na zardzewiałej ławce stojącej pod ścianą.

    OdpowiedzUsuń
  9. W pierwszej kolejności Aleksy chciał odstawić swój wielki karton, którego podniesienie oburącz pewnie wymagałoby od niego kiedyś sporego wysiłku. Teraz jednak miał wrażenie, że trzymał coś równie lekkiego i nieistotnego co jedna książka – owszem, czuł, że trzymał coś, i na tym się kończyło. Zanotował w pamięci, żeby później ustawić go mądrzej w sypialni.
    Teraz zaś już chciał skierować się do salonu, aż w ostatniej chwili zdał sobie sprawę z jednej drobnostki. To, że miał gościa nie zmieniało bynajmniej faktu, że nadal był poranek. Nie czuł może obezwładniającego zmęczenia, w końcu rzadko mu się to zdarzało, a jeśli chciał, mógł nie spać parę dni z rzędu i niespecjalnie to odczuwał, ale na pewno odczuwał znacznie wzmocniony instynkt samozachowawczy na sam tylko widok promieni słonecznych. W tej też chwili uświadomił sobie, że przecież nie może pójść z Luizą do salonu, bo rolety są odsłonięte. Zresztą, to samo w sobie byłoby niewygodne. Zaklął w myślach; za późno przypomniał sobie, że jego mieszkanie nie jest specjalnie przystosowane do goszczenia kogokolwiek z rana. A dziewczyny nie mógł o to poprosić z wszelkich oczywistych przyczyn.
    Ruszył więc w stronę swojego szczelnie zaroletowanego królestwa; przełożył karton do jednej ręki, otworzył drzwi i wszedł do środka. Ich oczom ukazała się pogrążona w absolutnej ciemności, zarzucona wszystkim sypialnia. Aleksy postawił komiksy w wolnym rogu i, wskazując na krzesło obrotowe przy biurku, powiedział chłodno:
    – Witaj w moim wampirzym leżu, Luizo.
    Jego ton wcale nie miał w sobie nic z żartobliwości, gdy siadał na pościelonym niedbale łóżku. Teraz otaczało ich kilka plakatów, powieszanych tam zarówno przed, jak i po Przemianie, ustawione stosy książek na biurku, rzędy płyt na półkach i kilka zabarwionych mniej lub bardziej intensywnym odcieniem czerwieni kubków, które mniej lub bardziej pachniały zatęchłą krwią. Nadal jednak nie był to zapach wyczuwalny dla przeciętnego człowieka, ani kolor dla takowego rozpoznawalny. Aleksy oblizał się delikatnie i przygryzł wargę. Nie był specjalnie spragniony, pił już. Ale wampirzego pragnienia nie sposób całkowicie ukoić, o tym mężczyzna wielokrotnie się już przekonał. Teraz rozważał więc otwarcie małej lodóweczki pod biurkiem, z której docierał go zapach w miarę świeżej krwi nawet mimo szczelnego jej zamknięcia.
    Powstrzymał się. Nawet mimo faktu, że był pewien, że jej gościa nie zaskoczyłoby to nadmiernie, wydawało mu się to cokolwiek nieuprzejme. Zgarnął więc kubki i przestawił je nieco dalej od Luizy, żeby niepotrzebnie nie przyciągały jej spojrzenia. Mimo że nie wątpił, że już zauważyła nieprawidłowość w barwie ich zawartości. Gdy już to zrobił, usiadł ponownie na łóżku i oparł się o nieco przybrudzoną już ścianę.
    – A ty, Luizo? – spytał, niby bezwiednie. Nie ignorował jej zapachu, wręcz przeciwnie, upajał się nim, bo i pachniała naprawdę ładnie. Choć, oczywiście, w bardzo nieostentacyjny, raczej niezauważalny nawet dla istot nadnaturalnych sposób. No, może poza wampirami, które zauważyłyby to na pewno. – Czym jesteś?

    OdpowiedzUsuń
  10. Z niejakim zdziwieniem i uznaniem przywitał w myślach pojawienie się wpierw papierośnicy, potem zaś wymyślnego papierosa. Ta marka chyba zaczęła działać zaraz po wojnie? Chyba zdarzyło mu się je palić, w Stambule, na europejskim brzegu, w roku pięćdziesiątym którymś? Albo te były jedynie podobne, kto wie. Może pozna po zapachu dymu. Stosunek Feliksa do dziewczyny stał się minimalnie bardziej przychylny.
    A może by tak poprosić o jednego? Chociaż nie, już było za późno. Między palcami trzymał odpalonego niepostrzeżenie, ukraińskiego papierosa. Straszne paskudztwo, smakowało jakby ktoś dodał do niego żużlu. Może i rzeczywiście tak było? Ale dało się je kupić po taniości pod Halą Targową - to był dodatkowy plus, bo blisko. Chyba że może przerzuci się na tytoń, jak kiedyś?...
    Miał skłonność do zapadania się we własne wspomnienia - rzecz normalna dla kogoś, kto przeżył dwa intensywne stulecia. Tylko że nie wszyscy musieli o tym wiedzieć i dla większości wyglądało to jakby Feliks kompletnie odpływał lub bardzo złośliwie ignorował swoje otoczenie.
    Otrząsnąwszy się nieco, wyciągnął z kieszeni pudełko zapałek i bez słowa podał je dziewczynie. Nie czekając na zwrot, skupił całą swoją uwagę na papierosie, zaciągnął się. Zdecydowanie za mocno, miał wrażenie jakby gardło i płuca ktoś mu wypełnił smołą. Powstrzymał kaszel. Te pety to chyba robili z krakowskiego smogu. Powoli, usiłując się nie zakrztusić, wypuścił dym.

    OdpowiedzUsuń
  11. Aleksy dobrze wiedział, że jego pytanie zabrzmi nieuprzejmie. Pytanie do istoty cokolwiek świadomej, zaczynane od „czym” w żadnych warunkach przecież nie mogłoby zostać odebrane neutralnie. Ale mężczyzna był już nieco podenerwowany postawą swojej towarzyszki, jakby sam fakt, że wiedziała więcej od niego – co było oczywiste i łatwo zauważalne – stawiało ją parę poziomów nad nim. Dlatego właśnie Aleksy unikał dbale kontaktów z istotami nadprzyrodzonymi i ograniczał je do niezbędnego minimum. Co w jego obecnej sytuacji generalnie brzmiało brak. Do teraz przynajmniej, bo skoro już miał obok kogoś mieszkać, to musiał nieco orientować się w sytuacji.
    Musiał przyznać, że bicie dwóch serc u jednej osoby było dekoncentrujące, ale na swój dziwny sposób przyjemne, na co zwracał uwagę nawet bardziej, gdy skupiał na Luizie wzrok. Patrzył, jak jej zaskakująco ostre, białe kły opierają się, jakby odruchowo, na intensywnie czerwonej i wardze i dokładnie widział, jak ją przekłuwają. To znacząco ułatwiło mu powstrzymanie odruchu, więc gdy zapach krwi dotarł do niego, kły nie wysunęły mu się, choć odruchowo powiódł po ich okolicach językiem. Tym razem nie mógł, choć mogło mieć to związek z faktem, że specjalnie się nie starał, powstrzymać głębokiego odetchnięcia, pozwalając słodkiemu, całkowicie nowemu zapachowi wypełnić nozdrza i podsycić zmysły. Instynkt drapieżcy odzywał się w nim, na razie cicho, ale nieustępliwie. Dopiero teraz poczuł dokładnie różnicę w krwi Luizy a przeciętnego człowieka; dostrzegł kontrasty, których normalnie być nie powinno i dominującą słodycz, którą wcześniej wziął po prostu za indywidualną cechę dziewczyny.
    Na jego usta wypłynął niehamowany uśmiech, nieco przyjazny, choć było w nim coś dzikiego, upiornego. Kojarzył się z tajemniczym osobnikiem, którego widywało się w snach i który budził nieuzasadnioną obawę. Już oparty o ścianę, Aleksy nie ruszał się w ogóle, co w jego wydaniu było bardzo dosłowne, wziąwszy pod uwagę, że był już trupem. Patrzył tylko na Luizę swoimi czarnymi oczami, w których bunt niedoświadczonego mieszał się z groźnym, nieubłaganym spojrzeniem bestii.
    – Nie pytałbym – zaczął spokojnie, tylko półświadomie próbując już przygasić budzącego się w nim drapieżnika – gdybym to wiedział.

    OdpowiedzUsuń
  12. Aleksy znów rozważył otwarcie swojej lodóweczki, ale tylko przez chwilę. W końcu to mogłoby być nieuprzejme wobec jego gościa. Nabrał już nieco wprawy w panowaniu nad swoimi instynktami, bo i nic znacznie bardziej zajmującego nie miał z reguły do roboty w czasie wolnym. I nauczył się przy tym, że ich całkowite ugaszenie jest niemożliwe. Wiedział tylko, jak nie dać im przejąć nad sobą kontroli. Oczywiście, nikt nie był idealny. I swojego mężczyzna nauczył się na błędach. Wampirza natura odzywała się w nim jednak w inny sposób – Luiza była do niego nastawiona cokolwiek ofensywnie, a on zamierzał się bronić. Tym bardziej, że był na swoim terytorium.
    A jednak był drapieżnikiem i potrafił wyczuć strach. I choć dziewczyna nie była z pewnością całkowicie przerażona, to niewątpliwie się obawiała. W końcu ona była pierwszą osobą, która dowiedziała się o jego wampiryzmie. Nikt nigdy wcześniej nie bał się go – nie licząc oczywiście tych, których musiał spacyfikować czasami w klubie. Ale to był strach innego rodzaju. Nauczony, gdy już zobaczono, na co go stać. Teraz jednak Luiza bała się, gdy Aleksy nie zrobił absolutnie niczego. Bała się, bo znała jego możliwości. To wydawało mu się nieco dziwne, ale nie to było najgorsze. O nie, najgorszy był fakt, że jemu ten strach się podobał. Sprawiał mu pewien dziwny rodzaj przyjemności. Ale słyszał jej głos. Przypominał mu, że już pił. Że ma skąd pić, a polowanie w jego własnym terytorium byłoby zbyt bliskie zabawą swoją ofiarą. Tym bardziej, że miałby się z czego tłumaczyć, gdyby policja ją znalazła. Z drugiej strony, w jej interesie było nietrafienie do szpitala…
    Nieco niechętnie uspokoił jednak bestię w sobie. Innym razem, powiedział sobie cicho w myślach, niby składając obietnicę. Uśmiech nie zrzedł mu ani odrobinę i nie zmienił się specjalnie, ale w jego oczach pojawiła się odrobina podirytowania. Słodki zapach dźwięczał mu w myślach, sugerując, że właśnie tego powinien sobie teraz życzyć Aleksy, ale zadowolił się samym tylko zapachem.
    – Jestem śmiertelnie spokojny – powiedział nieco chłodno, patrząc w oczy dziewczynie. – A ty nadal mi nie odpowiedziałaś.
    Jedno mu się nie podobało i również skutecznie powstrzymywało go od uwolnienia całkowicie swojej bestii. Nie tylko nie znał możliwości swojej przeciwniczki, ale dodatkowo na zewnątrz wschodziło słońce. Czuł to, wiedział instynktownie. Luizie byłoby łatwo uciec.

    OdpowiedzUsuń
  13. Również zauważył siedzącą w oknie kotkę. Miał ochotę jakoś ją przepłoszyć, byle tylko się na niego nie gapiła. Nie lubił kotów. Te przeklęte sierściuchy wyczuwały, że z Feliksem jest coś nie tak. Często reagowały agresywnie, jak kocur wiedźmy z trzeciego piętra, agresywna kula czarnego futra. No i samej wiedźmy też szczególnie nie lubił; niby zajmowała się ezoteryką w stylu New Age i ogólnie jakimś hochsztaplerstwem, to on był pewien, że wiedźmą jest autentyczną. Sposób, w jaki na niego patrzyła przy tych rzadkich okazjach, gdy się mijali, to zdradzał. Miała wtedy oczy kota - pełne zastanowienia, niepokoju, ale i dumy z tego, że widzi więcej.
    - To zależy - nie zamierzał dać się wmanipulować w noszenie komuś książek. Już odwalał taką niewdzięczną robotę kompletnie za darmo w antykwariacie, mógłby chociaż raz coś z tego mieć. Nawet coś niewielkiego. Jak tureckie papierosy, przywołujące miłe wspomnienia. Ten ukraiński szajs zamierzał trzymać na specjalne okazje, chociażby zadymianie mieszkania.
    Poza tym, dziewczyna przypomniała mu, że ludzie (?) czasami bywają zabawni. Zwłaszcza z tą potrzebą tłumaczenia się z rzeczy, których wcale nie powiedzieli. Ale które mogli chcieć wyrazić w domyśle, ale wcale tego nie zrobili, próbują po prostu być jeden krok przed rozmówcą, by uniknąć kłopotliwych sytuacji, a i tak wychodzą z tego zawstydzeni. Zabawnym było zarówno obserwowanie, jak i prowokowanie takich sytuacji. - Zależy, czy będę coś z tego miał. Nie należę do szlachetnej rasy altruistów.

    OdpowiedzUsuń
  14. Luiza odciągała od niego spojrzenie, skupiała się na wszystkim, byle nie na nim. Zauważył to, nie żeby było to trudne nawet dla przeciętnego człowieka, nie wspominając już o wampirze. Dziewczyna rozglądała się uważnie, zatrzymywała wzrok na nim, ale nie na jego oczach, drzwiach, roletach. Oceniała otoczenie? Możliwości ucieczki? Jej strach wydawał się go nakręcać, a do tego nie był przyzwyczajony. Można powiedzieć, że Luiza w tym wypadku dopiero uczyła go o reakcjach na otoczenie. Mimo wszystko jednak coś mu wyjaśniała. Nie tylko o sobie, ale o nim samym.
    Teraz Aleksy już świadomie uciszył szepcący mu coś inny, ale niewątpliwie należący do niego głos w myślach. Musiał ogarnąć, jak to działa. Nauka na błędach, hem, przeszło mu przez myśl, ale zignorował to. Mówiła, wreszcie przestała się z nim bawić. Przestała uważać za nierównego sobie, którym może pogrywać. Przestała traktować z góry, wręcz przeciwnie, obawiała się go. To wszystko tworzyło zgrabny obraz, który pozwolił wampirowi nieco dostroić się do strzygi. Strzygi, strzygi, strzygi. Aleksy powtórzył to słowo kilka razy. Owszem, odkąd dowiedział się, że w Polsce istnieje prawdziwe multum istot nadnaturalnych, wyszukał wiele informacji o wszelakich istotach, a strzyga była przecież jedną z najpopularniejszych z tych, o których można było usłyszeć w słowiańskim folklorze. Zaklął brzydko w myślach, gdy uświadomił sobie, że powinien był zdać sobie sprawę z rasy Luizy dobrą chwilę wcześniej.
    Za dużo informacji, za mało praktyki. Gdy tak myślał, uświadomił sobie, że nie wie o żadnych słabościach strzyg. Oczywiście, zalety powinny iść z wadami po równo, prawda? Szkoda, że najwidoczniej niekoniecznie, wziąwszy pod uwagę, że on sam miał wrażenie, że u niego nie do końca tak się to pokrywa. Za mało plusów za tak bolesne minusy, powiedziałby.
    Teraz przyglądał się Luizie z nieskrywanym zainteresowaniem, zastanawiając się, czy chce iść o krok dalej. Wiedział, że nie powinien, że to byłoby nieuprzejme. Ale chyba nie było to porównywalne z przyzwalaniem swojej bestii na takie rozpanoszenie się po jego myślach i zmysłach. Pozwolił więc sobie na niemały nietakt:
    – Czy strzygi właściwie mają jakieś istotne słabości? – spytał chłodnawo, utraciwszy jednak w dosyć dużym stopniu na drapieżności. Ale tylko dosyć. Aleksy musiał bronić się na swoim terytorium, w razie gdyby Luiza zareagowała w niewygodny sposób.

    OdpowiedzUsuń
  15. [Teraz zrobię ci takie superodnośniki, hura. Hint: sowa to Luiza, żeby nie było ^^]
    Malwa
    Kotka od czasu do czasu miewała dość Adama. Wtedy podżerała mu te jego kwiatki, które ponoć były tak ważne do jego mikstur. Ha, alchemicy. Zawsze pochłonięci wszystkim, tylko nie tym, co miało sens. No, ale szczęśliwie albo jej organizm miał na nie magicznie wykształconą odporność odkąd tylko stała się chowańcem, albo sama ją wykształciła procesem wielu prób. Nie pamiętała jednak, żeby kiedykolwiek jej szkodziły, zakładała więc to pierwsze.
    Tego konkretnego dnia Adam jednak nie zirytował jej w klasycznym tego słowa znaczeniu. O nie, wręcz przeciwnie, gdy przyjechała klientka, która miała odebrać zestaw mikstur upiększających halucynogennych i zaczęła, ku Malwy szczeremu zdumieniu, flirtować z alchemikiem, on zignorował ją. I to kiedyś zirytowałoby kotkę, teraz po prostu olałaby to. Już przywykła przez te wszystkie lata. Problemem było, że on zrobił coś innego. Ona, wtedy jako dziewczyna, zahaczyła tylko o gabinet Adama z pilną sprawą (no, może nie do końca, ale lubiła przeszkadzać mu w pracy i obserwować jego klientów; kiedyś go to irytowało, ale już zupełnie przywykł). Wspomniana klientka zainteresowała się i powiedziała coś w stylu:
    – Śliczna jesteś. To twoja siostra?
    Malwa uśmiechnęła się wdzięcznie i wzruszyła ramionami; już otwierała usta, żeby się odezwać, aż stało się to. Adam się odezwał. Głębokim, ładnym w sumie głosem, który jednak z reguły przeznaczony był tylko dla niej.
    – Owszem. Pomaga mi dbać o to miejsce.
    Wtedy Malwa zamrugała z zaskoczeniem, podziękowała za komplement i wyszła. Wyszła, wściekła na wszystko i wszystkich. Na siebie, że nie odezwała się wcześniej. Na tą głupią, niezbyt ładną klientkę, która do nich przyszła. I oczywiście na Adama, że się odezwał. Nawet na te mikstury była zła, tylko już nie wiedziała za co. Pewnie za to, że przez nie klientka przyszła, a Adam się odezwał, a ona nie.
    No, cholera, co by to nie było, już po chwili wylazła z domu w kociej postaci, ignorując pomysł zamykania drzwi. Wylazła i ruszyła do lasu, nie wiadomo czemu. Dotarła, delikatnie mówiąc, późnawo, ale dotarła. I miała niesamowitą ochotę coś zabić. Nie żeby była wprawioną łowczynią, ale myszy łapać potrafiła, więc za to się zabrała. Z dala od jakichkolwiek ścieżek, ludzi czy czegokolwiek, co mogłoby jej wadzić.
    Zabrała się do poszukiwań i uświadomiła sobie, że wcześniej tego jej brakowało. Że utraciła trochę na tej wcale miłej dzikości. Gdy więc wytropiła już jakąś mysz, zasadziła się na nią, oblizując się cichutko. Już, już miała skakać, gdy nagle jakaś sowa zaatakowała z impetem zaraz przed nią. Malwa poczuła, jak ogarnia ją wściekłość. Gdyby byli tam jacyś ludzie, obozowicze nielegalni chociażby, zobaczyliby ją wtedy, bo nawet się nie rozejrzała. Zmieniła się jednak w człowieka i rzuciła w tą cholerną sowę, która nawet ten skrawek przyjemności jej odebrała.
    Nie trafiła, oczywiście, zaklęła więc tylko siarczyście, już przez łzy.

    OdpowiedzUsuń
  16. Aleksy

    Aleksy patrzył, jak Luiza znów oblizuje wargę, jak zbliża się do przygryzienia jej. Widział, jak bieleje i już, już czuł, że zamiast znów nasyci się zapachem świeżej krwi, ale się przeliczył. Wraz z tą myślą inna odezwała się głośniej, intensywniej.
    Pić. Pić. Pić. Rozbrzmiało to w głowie Aleksego, spokojnym, miarowym, ale nieustępliwym tonem. Krew miał już w lodóweczce, która kusiła go z każdą chwilą coraz bardziej. Pragnienia nie dało się może nasycić, ale mógł je nieco przyciszyć. Oczywiście, mógł tego nie robić, wiele by nie zmienił. Ale mimo to… jego gość najwidoczniej sam miał swoje dziwactwa, mógł zrozumieć także te jego. Prawda?
    Uśmiechnął się znów na słowa Luizy, tym razem krzywo, ale już niemal całkowicie ludzko. Krew raczej nie poprawi tego stanu, szepnął sobie, ale z drugiej strony… Wiedział, jak nad tym panować. Musiał tylko liczyć, że jego gość nie postanowi zrobić nagle niczego głupiego, w końcu Aleksy był wampirem. Dziewczyna niewątpliwie wiedziała, jak szybkie mogą być jego reakcje, a także jak wiele miałby możliwości w takiej sytuacji. Był w lepszej pozycji, bo i był na swoim terytorium. Nigdy nie spodziewał się, że będzie musiał korzystać ze swojego leża w taki sposób, toteż niewiele dawało mu to przewagi, ale zawsze wiedział, na jakim terenie się znajduje.
    – Cóż. – Odchylił się nieco na łóżku, już właściwie półleżąc. – Dziękuję pięknie za wyjaśnienia. Ja rozumiem, że nic tłumaczyć nie muszę? – dodał wręcz retorycznie.
    W końcu Luiza raczej wyraźnie pokazała, że wie, czym on jest i bardzo pokaźnie zna podania o braku uczuć wampira, a nawet te o uspokajaniu go. Szkoda, że przynajmniej w jednej kwestii definitywnie się myliła. Dziwne; powinna raczej wiedzieć, że wampira nie da się uspokoić, póki obie jego części sobie tego nie życzą, a zdarza się to raczej rzadko. Rzucił kolejne spojrzenie na lodówkę. Przejechał językiem po podniebieniu, po czym oblizał się.
    – Nie miałabyś ochoty na coś do picia, skoro już tu jesteś? – zaproponował. – Wody, herbaty, ewentualnie spirytusu?
    Kiedyś nie lubił nawet wódki. A raczej miał na nią zbyt słabą głowę. Teraz niespecjalnie miał wybór, wziąwszy pod uwagę, że poza spirytusem nic nie uderzało go nawet na parę sekund, chyba że w krwi jego żywiciela. Wtedy rzeczywiście potrafił znów poczuć wirowanie w głowie i odurzenie nawet na parę minut.

    OdpowiedzUsuń
  17. Malwa

    Najpierw długą chwilę dziewczyna obserwowała, jak sowa zmienia się częściowo w człowieka. I w sumie zaskoczyło ją to niemal równie bardzo, co, zapewne, przeciętnego śmiertelnika, jeśliby tam jakiś akurat przechodził. Bo po prawdzie prawie zapomniała, że istnieją jakieś inne niż ona i Adam istoty nadnaturalne. Dawno żadnych nie spotykała.
    Ale wtedy naszła ją inna, znacznie intensywniejsza myśl. Cholera, naprawdę? Ze wszystkich istot, w jakie mogła walnąć tym kamieniem, ze wszystkich sów, jakie polowały w tym lesie, Malwa musiała trafić akurat na zmiennokształtnego? Albo strzygę, po chwili przyszło jej do głowy. Cokolwiek, istota o ludzkiej świadomości. Która zdawała się niespecjalnie przejęta jej obecnością, więc z jakiegoś powodu musiała wiedzieć, że Malwa też nie jest po prostu człowiekiem, który przypadkiem trafił do tego lasu. A to może akurat na plus, przemknęło jej przez myśl, ale niewiele się nad tym rozwodziła. Otarła tylko łzy, natychmiast pozbywając się ochoty do płaczu.
    Wzrok dziewczyny dosyć wyraźnie wskazywał na to, czego oczekiwała. Albo Malwa nie potrafiła oceniać mowy ciała nikogo poza Adamem, co też było wcale możliwe. Przyglądała jej się jednak uważnie, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że skądś ją jednak kojarzy. Sowie oczy niewątpliwie utrudniały zidentyfikowanie owej osobniczki, ale Malwa nie miała teraz czasu na roztrząsanie tego nadmiernie. Choć naprawdę bardzo, ale to bardzo chciała. Uznała jednak, że spyta później. Oczywiście o ile nie zostanie w międzyczasie rozszarpana na strzępy, bo z dala od Adama była tylko zwykłym człowiekiem, który wyczuwał magię znacznie intensywniej i który mógł zmieniać się w kota. Czyli nic przydatnego. Choć, cóż, nawet przy nim mogła niewiele więcej, ot, zwykła, maleńka magia, choćby niewielkie płomyki czy drobniutka iluzja. Raczej jarmarczne sztuczki niż coś przydatnego.
    Popatrzyła więc spłoszona na zmiennokształtną-lub-strzygę, przygryzając wargę. Czuła się jak mysz w cieniu jastrzębia. Miała wrażenie, że stwór zaraz rzuci się na nią i rozerwie na strzępy. Pewnie rzeczywiście byłaby w stanie to zrobić. Chociaż… Może w razie realnego zagrożenia Malwa zawołałaby Adama? Zaklęcie, które ich związało, raczej by jej na to pozwoliło, jeśliby się wysiliła. Choć najpewniej nawet by nie przyszedł, łajza.
    – Wybacz – mruknęła dziewczyna niepewnie, ocierając nogę o nogę. – Byłam wściekła i, cóż, nie spodziewałam się, że chociażby zrozumiałabyś moje ewentualne przeprosiny – dodała ze słabawym uśmiechem na ustach.

    OdpowiedzUsuń
  18. [wybacz późny odpis D: ]
    - Niekoniecznie gustuję w takich wymyślnych wynalazkach - zmienił front, udawał że mu aż tak bardzo nie zależy, że niby weźmie, skoro nic lepszego nie ma. Znów zaciągnął się paskudnym ukraińskim papierosem, jakby chcąc wzmocnić przekaz, że nie pali byle czego. A raczej byle co, byle mocne. - Tylko dokończę - dodał, wypuszczając gryzący dym i po chwili zaciągając się znowu. Starał się nie palić ani wolno, ani szybko, ale raz czy dwa zdarzyło mu się połknąć dym, jak licealiście który próbuje pierwszego w życiu papierosa. Chociaż to akurat porównanie było przestarzałe, teraz dzieciaki zaczynają palić wcześniej - chociaż w sumie Feliks nie był pewien. Jak już zostało wspomniane, kontakt z ludźmi starał się ograniczać. O ile to, co ludzkość tworzyła, i dostęp do tych dzieł stawały się coraz lepsze, tak coraz więcej przedstawicieli gatunku było średnio znośnych. Nie, żeby to akurat odnosiło się do jego rozmówczyni. Poza tym, że póki co wmanipulowała go w dwie sytuacje, na uczestnictwo w których ochoty nie miał, to była w porządku.
    Niedopałek wrzucił do donicy z uschniętym, bliżej nieokreślonym krzaczkiem.
    - To na którym piętrze mieszkasz?
    Oby się nie okazało, że na trzecim. I jeszcze od strony podwórka, tak że trzeba wyjść na zewnętrzną galeryjkę. O nie. Nie miał zamiaru targać tego wszystkiego aż tak wysoko i daleko.

    OdpowiedzUsuń
  19. Aleksy uśmiechnął się gorzko na jej „dopiero świta”, nie skomentował tego jednak ani słowem. Nie chciał dawać jej tej satysfakcji. Przeszkadzała mu w jego domu w jakiś naprawdę interesujący sposób. Gdy już Aleksy wykluczył całkowicie zaatakowanie jej, bestia w nim zaczęła domagać się czegoś innego. Może nie żądała krwi, ale niewątpliwie pozbycia się zbędnego intruza ze swojego terenu. To też Aleksy już dawno zauważył – jego wampirza natura była dziwacznie terytorialna, stąd rzadko kiedy w ogóle pozwalał gościom zbliżyć się do swojego domu. Teraz jednak sytuacja była dosyć wyjątkowa – nadnaturalny gość nie mógł przecież czekać, a gdziekolwiek poza swoim mieszkaniem nie mógłby czuć się bezpieczny za dnia. Tu wiedział, jak długo zajmie mu dotarcie od jednego miejsca do drugiego, gdzie może ukryć się przed światłem i gdzie powinien uciekać, gdyby było to potrzebne. Albo raczej gdzie zagonić ofiarę, żeby nie uciekła mu na dobre.
    Zaraz uciszył te myśli, znów zaznaczając sobie, że Luiza w żadnym wypadku nie jest ofiarą. Niezależnie od cudownego dźwięku jej dwóch bijących, choć spowolnionych, serc, który rozniecał apetyt, szczególnie, jeśli się na nim skupić…
    – Tak właściwie mam kawę – powiedział, przerywając swoje niewygodne myśli. Nie tym razem, powiedział sobie w myślach, znów skupiając się na swoim gościu. Tym razem na jego ustach pojawił się uśmiech, choć nie do końca związany z Luizą. – Dosyć świeżą, brazylijską.
    Tak właściwie nie był całkowicie pewien co do jej jakości, świeżości i smaku, ale nie wątpił, że jego siostra nie kupiła czegoś całkowicie beznadziejnego. Zawsze orientowała się w temacie, zanim cokolwiek ogarnęła. On sam nieco jej popił i czuł może jej smak, ale w porównaniu do krwi, szczególnie żywej, nic mu już nie smakowało. A porównania tego nie potrafił odpędzić, choćby bardzo się starał.
    To co ty. Dopiero po chwili do Aleksego dotarło, czego Luiza sobie zażyczyła. Tak naprawdę jego dostęp do krwi był niesamowicie ograniczony i naprawdę nie lubił się nią dzielić, ale czego się nie robi dla gości. Nawet takich, którzy irytowali i byli wybitnie nieznośni. Nie chcąc jednak brzmieć nieuprzejmie, spytał tylko:
    – Więc? Kawa czy krew?
    Mówił bez ogródek. Nie lubił owijania w bawełnę, zresztą ujmowanie tego wszystkiego w ładne słowa zbrzydło mu już dawno, gdzieś w trakcie bycia nazywanym potworem przez leszego i paskudną pijawką przez rusałkę. Miał dość świata nadnaturalnego, a jednak dobrze wiedział, że musi go ogarnąć. I tylko dlatego tak zależało mu na rozmowie z Luizą.

    OdpowiedzUsuń
  20. Malwa

    Malwa z najwyższym trudem powstrzymała się od głębokiego westchnienia, pełnego ulgi. Najwidoczniej droga istota, która stała przed nią nie planowała na razie polowania na świeżym, ludzkim mięsie. Bo Malwa była niemal pewna, że jej smakowałoby jak ludzkie. A może jak kocie? W końcu jej krew ponoć pachniała tak, jak kocia. Cholera, źle. To nie były przemyślenia, które powinna miewać jako człowiek, a zaczęła się do tego powoli przyzwyczajać i nawet w jakiś sposób to polubiła. Dlatego nie widziało jej się, żeby zostać rozszarpaną na strzępy, szczególnie jeśli nigdy nie dowiedziałaby się, czy jej mięso smakuje jak kocie, czy jak ludzkie.
    We wzroku dziewczyny przed sobą zobaczyła uczucie totalnej wyższości, do którego i tak przyzwyczaiła się równie szybko, jak do podżerania roślinek Adama, byle zrobić mu na złość. Czyli niesamowicie szybko. Nie ta wyższość zaabsorbowała ją jednak, a spojrzenie pełne drapieżności, której nie sposób było nie zauważyć w Luizie. Może to była tylko kwestia jej wyczulenia – w końcu bycie chowańcem alchemika zobowiązywało – ale miała wrażenie, że to jednak strzyga. Dzikość, która przez nią przemawiała, nie miała nic wspólnego z zezwierzęceniem zmiennokształtnych, miała w sobie raczej z całkowicie wysublimowanej, ale niewątpliwie nie mniej niebezpiecznej grozy istot wampirycznych. Bo Malwa swoje wiedziała o istotach nadnaturalnych. U Adama pojawiała się ich mnogość, a ona nauczyła się je – mniej lub bardziej dokładnie – rozróżniać. Oczywiście zawsze pozostawał margines błędu.
    Luiza kojarzyła jej się z Adamem w każdym możliwym względzie. No, może poza wyglądem, bo on nigdy nie zbliżył się nawet do słowa zadbany, czego o strzydze nie można było powiedzieć. Ale charakter mieli niemal kropka w kropkę ten sam. Dlatego Malwa musiała naprawdę uważać, żeby przypadkiem tak samo ich nie traktować, bo Adam jej zabić nie mógł, Luiza zaś wręcz przeciwnie. Dziewczyna złapała więc podaną jej dłoń z ciepłym uśmiechem, nieco już mniej przepełnionym skruchą, i powiedziała:
    – Malwa… To znaczy Malwina Andrusiewicz. – zaraz się poprawiła. O ile do bycia człowiekiem się przyzwyczaiła, to do bycia Malwiną ani trochę. Adam nazwał ją dawno, dawno temu Malwą, a ona właśnie tak się czuła. Nawet mimo faktu, że przedstawianie się niemal obcym ludziom, a także istotom nadnaturalnym, imieniem skróconym nie było najlepszym pomysłem. Choćby z czysto kulturalnego punktu widzenia.

    OdpowiedzUsuń
  21. Malwa
    Kiedy Malwa zobaczyła uśmiech na twarzy Luizy, znów pomyślała o Adamie. Miała wrażenie, że jest to w dużej mierze zawinione tym, że teraz miała go tak dość, że aż naprawdę chciała się z nim wreszcie zobaczyć, ale jeśli było między nimi jakieś podobieństwo – a Malwa mogła oddać swoją kocią formę, że tak było – to był to niemal z pewnością dobry w swoim chłodzie uśmiech. Ewentualnie mogli być podobni w wielu kwestiach poza tą, na co mogło dokładać się jeszcze odizolowanie dziewczyny od wszystkich pozostałych osób przez pełnych piętnaście lat.
    Na zadane pytanie przechyliła jednak tylko głowę w kocim odruchu. Chciała mieć powód, żeby głęboko się zamyślić, ale nie było przecież nawet możliwości, żeby była u jakiejś Jasieńskiej. W końcu odwiedzała tylko sąsiadów, inna sprawa, że niewątpliwie nadnaturalnych. Ale raczej nie o to chodzi, bo jakkolwiek ciepło została przyjęta przez Feliksa, nie spotkała tam żadnych kobiet.
    Ale co szkodzi spróbować?
    – To zależy. Jeśli Jasieńska mieszka pod czwórką w kamienicy na starówce… – której numeru nawet nie pamiętam, brawo, Malwa. Nie pamiętać numeru własnego domu, nawet tak nowego to już cholera specjalny talent. – To owszem. W innym wypadku nie mam pojęcia. Ale również skąd cię kojarzę – dodała, przechylając głowę jeszcze odrobinę.
    Tak naprawdę głównym obiektem jej zainteresowania jeszcze przed chwilą był Adam. Z natury nie była specjalnie ciekawska, więc nie planowała nawet ciągnąć ze strzygą rozmowy. A jednak z jakiegoś powodu coś ją do niej ciągnęło. Zachęcało, żeby dopytać. Z początku Malwa pomyślała o jakimś dziwnym rodzaju syndromu sztokholmskiego, ale po chwili uświadomiła sobie, że może po prostu szuka kogoś do rozmowy. Towarzyszki, precyzyjniej ujmując, bo nawet kiedy Adam łaskawie się odzywał, nie było to zbyt dużo i raczej trudno było o konwersację.
    Cóż, przynajmniej miała pewność, że jej słuchał, a to już było cholernie dużo.
    – Nie byłaś może klientką Adama Andrusiewicza? – spytała, nagle uświadamiając sobie, skąd głównie mogłaby ją kojarzyć.

    OdpowiedzUsuń
  22. Aleksy

    Gdy dziewczyna odetchnęła, Aleksy tylko ją obserwował: tą powoli unoszącą się klatkę piersiową, uspokajające się nieco serca, krew, która opłynęła jej szyję. Stąd bardzo szybko zauważył, że coś jest nie tak, nawet jak na istotę nadnaturalną. Poczuł dziwnie przyspieszające serca i pewną rozbieżność w ich działaniu. To było, lekko mówiąc, dziwaczne, ale dopiero jej jęk zmartwił go szczególnie. Chciał wstać, wstać i pomóc jej, ale nic nie byłby w stanie zrobić. Nic, kurwa, o strzygach nie wiedział ponad to, co ona mu powiedziała, i dokładnie nic nie byłby w stanie zrobić. Zanim więc podjął decyzję, serca zrównały się, a Luiza znów oddychała całkowicie zwyczajnie. Może nieregularnie, ale zwyczajnie. Jak na strzygę, oczywiście.
    Aleksy był jej następnymi słowami szczerze zaskoczony; oblizał nieco kły, raczej z odruchu, gdy z zainteresowaniem patrzył na Luizę. Na jej ukrwione, apetycznie zaczerwienione policzki i szukając jej spojrzenia, czego ona jednak zdecydowanie unikała. Nie wstał jednak nawet z łóżka, siedział tylko na nim wygodnie i powiedział za dziewczyną głośno:
    – Nie odpowiedziałaś mi na pytanie.
    W sumie to było głupie posunięcie, bo musiał wstać i tak, i tak, żeby zrobić wlać im, albo tylko sobie, picia. Uśmiechnął się do siebie, zwlekł powoli z łóżka i ruszył za nią, mówiąc jeszcze:
    – Nie mam pojęcia, co ci się właśnie stało i po prawdzie niewiele mnie to obchodzi, ale przecież cię tu nie trzymam.
    Na jego ustach wykwitł uśmiech, nieco kpiący, nieco rozbawiony, a w głosie pojawiła się iskierka jego bestialskiej natury. Zabawa w kotka i myszkę brzmiała niesamowicie zachęcająco, szczególnie wziąwszy pod uwagę to, że Aleksy wieki nie był na polowaniu. Chciał się wybrać. Ale trwał dzień. Dostępna była jedna ofiara.
    Zamknij się, kurwa.
    Upomniał się w myślach i znów skupił wzrok na Luizie, przygaszając znacznie tamte myśli. Wiedział, że są jego częścią i z jakiegoś powodu nigdy nie chciał się ich całkowicie pozbyć, choć w takich chwilach potrafiły nieco wadzić. Albo trochę więcej. Uśmiechnął się jeszcze przepraszająco za niewątpliwie zauważalny odjazd i, już prawie całkowicie zwyczajnie, tak, że zwykła osoba nie zwróciłaby na to nawet uwagi, dodał:
    – Możesz chociaż wziąć kawę. U mnie i tak się zmarnuje – przyznał szczerze, a w jego oczach pojawiło się oczekiwanie.

    OdpowiedzUsuń