Trochę nas ubyło, choć po linkach tego nie widać. Proszę o sygnał, co usunąć z linków :)

26 czerwca 2014

[KP] Jesteś taki jak ja i dokąd wracać nie masz

Malwa
Magiczny chowaniec | Zaklęta, żeby się nie starzeć

Dumny kot, który chętnie wyleguje się na słońcu i podjada składniki mikstur. I definitywnie niechętnie się rusza.
Jej właściciel kiedyś nie miał specjalnie do kogo gęby otworzyć. Bo to dziwny czarownik był, rzadko ze swojej piwnicy wyłaził. Skończyło się pewnym nie do końca przemyślanym zaklęciem.

Malwina Andrusiewicz
Dziewiętnaście lat | Kelnerka w restauracji

Lubi koty, a koty lubią ją. Zdarza się. Ludzka sprawa, tak lubić koty. I zupełnie je rozumieć. Mieć kocie ruchy, kocie zachcianki. I lubić wylegiwać się w słońcu. Czasami nie ma jej w pokoju. Czasami zaś zamiast niej w tym pokoju jest kot syjamski, którego polubiła szczególnie, ale z reguły zaraz ucieka, gdy pojawi się ktoś inny.
Najgorsze jest to, że ten kot wżera wszystkie roślinki w pokoju. Tam. Nic. Się. Nie. Ostaje.

[Owca: Aniela i Feliks
Morowa Panna: Luiza
Nicole: Aleksy
Zdjęcie autorstwa Alexandra Vindogradov
Cytat: Domowe Melodie
Jej szefa też ktoś mógłby w sumie przygarnąć]

11 komentarzy:

  1. [ to, ten. Z kim Malwa woli zawrzeć znajomość, z sympatyczną wiedźmą czy syczącym na wszystkich demonem-licealistą?]

    OdpowiedzUsuń
  2. Szef Feliksa miał naturę zbieracza, której to objawy pogarszały się ze stulecia na stulecie. Teraz postanowił ściągnąć do ich maleńkiego mieszkania niemal wszystkie przedmioty poupychane bezpiecznie w skrytkach na całym kontynencie. Prawda, prócz mieszkania był też antykwariat, gdzie sporo z tych rzeczy wylądowało, ale to wciąż było z a m a ł o. Demon nie został jeszcze dokładnie wtajemniczony w plan czarnoksiężnika, po jaką cholerę to wszystko - wiedział jedynie, że część rzeczy będzie miał przekazać rozlicznym znajomym szefa, oczywiście nie za darmo. Walutą były różne przysługi. Ewentualnie nowe artefakty, grimoire'y, dziwaczne elementy dziwacznych stworzeń (czekał na dzień, kiedy będzie musiał dźwigać truchło jednorożca, no po prostu z niecierpliwością czekał), no i oczywiście rzeczy w których demon nie uczestniczył, sprawy między mistrzem a jego interesantami. Dlatego też ten wyjątkowo często podróżował, odkąd osiedlili się w Krakowie.
    Co zostawiało na głowie Feliksa cały ten bajzel, który należało ogarnąć. Pal licho, że po antykwariacie trudno się było poruszać, jak długo istniał korytarz na trasie wejście-kasa-zaplecze, tak długo było dobrze. Gorzej, gdy w mieszkaniu drzwi łazienki blokowała wieża z kartonów, drewnianych skrzyń oraz opasłych ksiąg. Blokowały w sumie też dostęp do kuchenki. A najnowsza dostawa, głównie wszelakich kolb i słojów, rozpanoszyła się na wersalce, na której to Feliks sypiał. Więc, chociaż żywił niewiele entuzjazmu do tego zadania, musiał te rzeczy poukładać – część szła na zaplecze antykwariatu, tworząc więcej chwiejnych piramid i wystawiając na próbę wytrzymałość półek, część skazana została na banicję na pawlaczu. Transport rzeczy tamże był najgorszy – stroma drabina, sam pawlacz niewielki i niezmiernie zakurzony, ale Feliks sprzątać go nie zamierzał. Już i tak wysilał się wystarczająco.
    Właśnie popychał staromodną skrzynię – niemożliwie ciężkie cholerstwo – w najdalszy kąt pawlacza, gdy ktoś zapukał do drzwi. Niespodziewany dźwięk sprawił, że demon poderwał się i uderzył głową w sufit. Bardzo niezadowolony, cały zakurzony i obklejony pajęczynami, zsunął się po drabinie i podszedł do drzwi. Te, nieszczęśliwie, nie posiadały judasza, a Feliks widzieć przez ściany obecnie nie potrafił. A pukania nie mógł zignorować – prawda, mógł to być jakiś denerwujący akwizytor, ale też ważny interesant. Na dwoje babka wróżyła.
    Uporał się wreszcie z otwieraniem trzech zamków i uchylił drzwi.
    - Czego?

    OdpowiedzUsuń
  3. Sąsiadka. Jeszcze lepiej. Mieszkał tu już trochę i inni lokatorzy szczęśliwie nie zwracali na niego uwagi. Zdawkowe powitania na korytarzu, czasami jakieś dziwaczne chroboty za ścianą, czy łomotanie na strychu... Może i zwykły człowiek by zainterweniował, chciał się czegoś dowiedzieć, ale Feliks nie odczuwał takiej potrzeby, bo żadna z tych rzeczy nie wpływała na niego bezpośrednio. Uważał, że jeśli da innym spokój, jak dziwnych rzeczy by nie wyczyniali w swoich własnych czterech ścianach, to inni dadzą spokój jemu.
    - Świetnie, bardzo się cieszę. Miłego pobytu - po tym krótkim stwierdzeniu zamierzał zatrzasnąć drzwi, ale dziewczyna w rękach trzymała aromatyczne ciasto, łapówkę idealną. Niby demon już trochę przebywał w cielesnej formie, ale wciąż zadziwiały go reakcje organizmu na różne rzeczy. Teraz na przykład zdał sobie sprawę, że od wczorajszej kolacji nic nie jadł, bo pudła jeszcze rano i przez wczesną część popołudnia zajmowały ponad połowę kuchni. W sumie cały dzień porządkował nie swój bajzel.
    - W sumie, cóż... - rzucił kontrolne spojrzenie wgłąb mieszkania. Kuchnia, do której przechodziło się bezpośrednio z korytarzyka, wyglądała w miarę. Kartony, które tam zostały, były starannie zaklejone i wyglądały w miarę niewinnie. Za to tuż koło nóg Feliksa, schowana za drzwiami, stała otwarta skrzynka z czaszką... czegoś, szczerzącą bezczelnie ostre zęby. Feliks kopnął dyskretnie skrzynię, jej wieko opadło, ukrywając szczątki tej niezidentyfikowanej biologicznej abominacji. - Nie mogę powiedzieć nie ciastu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie lubiła tu latać, ale jej ukochany las zajął ostatnio bardzo nieprzyjemny borowy i od jakiegoś czasu wolała się tam nie zapuszczać. W końcu to nie jej teren, była tam zawsze wyłącznie gościem. W takiej sytuacji nie powinna się wykłócać, w okolicy było przecież sporo innych przyjemnych łowisk. Ponieważ Lusia była dobrze wychowana, a przede wszystkim zależało jej na nie wywołaniu skandalu dwa tygodnie po przeprowadzce, grzecznie ustąpiła temu chamowi i zaczęła szukać innego miejsca do polowania.
    Naprawdę nie chciała wybrzydzać. Ten nowy las był bardzo ładny. Chodziło o to, że był pusty. Nie dosłownie, oczywista miała tu zwierząt pod dostatkiem, ale nie było tu prawie żadnych odmieńców. Trochę bagienników, ale z nimi przecież nie można było porozmawiać o niczym innym oprócz błota i ich zarośniętego bagna.
    Kiedyś irytowały ją podejrzliwe spojrzenia rzucane przez te lafiryndy, rusałki, chociaż musiała przyznać, czasami można było z nimi naprawdę miło poplotkować. Samowiły przybłąkane tam aż ze wschodniej granicy doprowadzały ją czasem do obłędu ale już zaczynała tęsknić za ich zawodzeniem. Współczuła im trochę, one nie mogły tak szybko uciec przed nowym panem lasu, były przywiązane do niego.
    No cóż, będą się musiały przyzwyczaić. Luiza zresztą też musi teraz przywyknąć. Może jeszcze kogoś tu znajdzie? Nie, lepiej uważać czego sobie życzy. Wolała nie mieć na polowaniu żadnego towarzystwa niż spotkać na przykład kolejnego krwiopijcę. Odgoniła myśl o nowym sąsiedzie, teraz musi się skupić, jeśli ma zamiar tej nocy cokolwiek upolować.
    Zahukała z zadowoleniem na widok tłuściutkiej myszki i zanurkowała bez zastanowienia.
    Udało się, oczywiście, zawsze jej się udawało. Wzbiła się już do lotu kiedy nagle coś ją zaatakowało. Cholera.
    Zamachała w panice skrzydłami i wróciła do swojej ludzkiej postaci. No, prawie ludzkiej. Jako potwór miała większą przewagę nad drapieżnikiem niż pod postacią sowy. Okrągłe sowie zaokrągliły się jeszcze bardziej kiedy zobaczyła, że nie zaatakowało ją żadne zwierze. Odskoczyła od dziewczyny, straciła równowagę i runęła na runo leśne. Skrzywiła się z bólu, ale wstała natychmiast zanim nieznajoma zdążyła cokolwiek zrobić. Zmierzyła ją wzrokiem.
    Skądś ją kojarzyła, może z przedwczorajszej imprezy u tej południcy z jej rocznika? To mogło być to. Na razie jednak Lusia wolała nie ryzykować pomyłki, nie pamiętała zbyt dużo z tamtego wieczoru, więc po prostu skrzyżowała ręce i zastygła w oczekiwaniu na przeprosiny albo jakiekolwiek tłumaczenie.

    OdpowiedzUsuń
  5. - Feliks - rzucił, nawet nie odwracając się do dziewczyny. Przekładał kartony ze stołu na parapet, chociaż miał pewne wątpliwości, czy takowy wytrzyma. Odsłonięcie powierzchni stołu ujawniło dziurę w ceracie, wyglądającą trochę jak wypalona, trochę jak wyżarta kwasem. Jakiś odczynnik magiczny czy tam alchemiczny musiał się wylać. Gdy tylko dziewczyna sobie pójdzie, Feliks będzie musiał przetrząsnąć wszystkie pudła, które jeszcze nie znalazły swojego miejsca na pawlaczu, i zlokalizować potencjalnie niebezpieczną substancję. A pudeł było sporo, nie musiały to być koniecznie te które dopiero co przed chwilą stały na stole. Jakoś tak nagle towarzystwo sąsiadki zaczęło wydawać mu się opcją nie tak złą...
    - Świetnie sobie radzę - dodał jeszcze, przesuwając ceratę tak, by nie widać było dziury. Albo przynajmniej jej części. Jeszcze czego, żeby pozwolił komuś obcemu tykać tak delikatnych i ważnych rzeczy! Już miał zaoferować miejsce siedzące swojemu gościowi, gdy coś mu się przypomniało. - Pawlacz! - wystrzelił jak z procy do przedpokoju, żeby poskładać drabinę. Klapę do schowka zostawił jednakże otwartą - zamknięcie jej wymagałoby przy wzroście Feliksa już podstawienia krzesła. Zresztą, zawiasy chodziły ciężko, mógłby mieć spore problemy z ponownym jej otwarciem.
    - Usiądź, proszę - dziwnie było zwracać się do kogoś, kogokolwiek, uprzejmie. Szefa obrzucał zazwyczaj stekiem inwektyw, zwykle z przyzwyczajenia, z klientami antykwariatu rozmawiał mało. - Herbaty?
    Z jednej z rozklekotanych górnych szafek wyjął szklanki w metalowych koszyczkach, takie z jakich to swego czasu w Rosji pijało się herbatę. Nie mógł mieć samowaru, to chociaż to będzie miał. Imperium Rosyjskie, zwłaszcza Petersburg, wspominał wyjątkowo dobrze. Nastawił elektryczny czajnik. - Herbaty?
    Z nie mniej niż szafki rozklekotanej szuflady wyjął nóż i zabrał się za krojenie postawionego na blacie ciasta. Z jego wnętrza uwalniał się przyjemny, ciepły zapach, tylko potęgujący ssanie w żołądku Feliksa.
    Gdyby o niego chodziło, to zjadłby ciasto prosto z blachy. Jednakże obecność gościa wymagała pewnego minimalnego ucywilizowania, choćby użycia talerzyków. Demon odsunął się nieco od kuchennych szafek, lustrując je wzrokiem. Wziął się pod boki. Czy w tym mieszkaniu w ogóle były talerzyki?...

    OdpowiedzUsuń
  6. [wszystko, co nie jest jedno- czy dwuzdaniowym odpisem jest okej c: ]

    - Naprawdę, nie trzeba - na ostatnie dwa słowa położył duży nacisk, gdyby dźwięki miały fizyczną formę i mógł je zmiażdżyć zębami, to tak by się stało. Ciągle zastanawiał się, gdzie też mogą być talerzyki, jednak jego rozważania przerwało wyłączenie się czajnika. Feliks wrzucił torebki do szklanek i zalał je gorącą wodą, zostawiając na moment palącą kwestię talerzyków. A propos palenia, poczuł wątły zapach spalenizny. To nie było ciasto, zdecydowanie.
    Kątem oka zauważył jakieś dziwne poruszenie pod drzwiami do pokoju, który zajmował. Po progu pełzał błękitny dym, by po chwili rozpłynąć się ponad podłogą. Feliks pomyślał, że ma zwidy, ale nie, dymu było więcej, teraz sączył się u góry framugi. Widać potraktował jakąś skrzynkę czy tam karton nie dość delikatnie i pewne składniki, które nie powinny były, połączyły się. A on powinien się tym jakoś dyskretnie zająć. Jak gdyby nigdy nic, postawił szklanki z herbatą na stole.
    - Pani wybaczy - przecisnął się za krzesłem, na którym siedziała dziewczyna, i szybko otworzył drzwi. Miał zamiar równie szybko wślizgnąć się do pomieszczenia i drzwi zatrzasnąć, ale z pokoju buchnęły olbrzymie kłęby błękitnego dymu. - Cholera jasna!

    OdpowiedzUsuń
  7. W głowie wypowiadał niezwykle barwne wiązanki w kilku językach, a tymczasem magia omywała go jak gwałtowne morskie fale, niemal usiłowała przewrócić. Co się dało chciał zaabsorbować w siebie, nasiąknąć energią jak gąbka, ale wszystko to szło do jego mistrza i mogło go zaalarmować. Akurat Feliksowi nie uśmiechało się, by ten w tej chwili wrócił i zauważył, że demon zaprosił kogoś obcego do ich mieszkania.
    Zresztą, dziewczyna leżała bez życia na podłodze i Feliks miał teraz zagwozdkę - pakować się do pokoju, z którego zdawały się wychodzić nieskończone kłęby dymu i ryzykować, że potem potknie się o ciało dziewczyny, czy może przenieść ją w bezpieczne miejsce? To drugie byłoby trudne, bo raczej nie zaniesie jej do pokoju czarnoksiężnika. Przedpokój również odpadał, prawdopodobnie będzie potrzebował dostępu do łazienki. Wybory, wybory.
    Ostatecznie zdecydował się na coś pomiędzy. Dziewczynę przesunął, czy też raczej wepchnął, w miejsce teoretycznie bezpieczne, to jest pod kuchenny stół. Swoją drogą, ciekawe, że tak zareagowała na magię. A wydawała się kompletnie zwyczajnym człowiekiem... Nie miał jednak czasu się nad tym teraz zastanawiać. Zasłonił usta ręcznikiem kuchennym i wparował do pokoju.
    Przez kłęby dymu niewiele widział. Wymacał wersalkę, a na niej niebezpiecznie nagrzewającą się skrzynkę. Cud, że drewna jeszcze nie przepaliło. Ciepło parzyło go, mimo iż normalnie niewiele robił sobie z wysokich temperatur. Wypadł z pokoju, trzymając skrzynkę, a pióropusz błękitnego dymu ciągnął się za nim. Wbiegł do łazienki, rzucił skrzynką do pralki - starego typu, wielkie bydle z klapą u góry. Zatrzasnął klapę i czym prędzej przemieścił się do korytarza, zatrzaskując drzwi. Oparł się o nie. Miał nadzieję, że to pomoże. Będą tylko musieli wymienić pralkę. Albo i całą łazienkę.

    [przepraszam, że tak późno odpisuję, miałam trochę dużo rzeczy do roboty]

    OdpowiedzUsuń
  8. No cóż, Luiza też nie spodziewałaby się, że przyjmie przeprosiny po czymś takim, ale dziewczyna wyglądała na szczerze przerażoną, co przynosiło strzydze nieco sadystyczną satysfakcję. Zapach strachu jaki bił od nieznajomej podsycił tylko instynkt drapieżnika, ale Lusia zdecydowanie wolałaby poprzestać tej nocy na gryzoniach. Raczej niechętnie przesunęła szybko językiem po drugim szeregu ostrych zębów, żeby upewnić się, że został na swoim miejscu.
    Zlustrowała dziewczynę spod uniesionej krytycznie, idealnie wyregulowanej brwi. Szczeniak, nie miała żadnego doświadczenia. Cała drżała przed Luizą, co swoją drogą mile podbudowało jej ego. Rzadko kiedy jako młodziutka strzyga miała okazję poczuć przewagę nad innym odmieńcem, a nieznajoma ewidentnie takim była. Luiza szybko wybaczyła, zdecydowanie nie zamierzała tego jednak okazywać. To, że dobrze widziała i rozumiała frustrację dziewczyny, nie oznaczało, że zrezygnuje z odrobiny szczęścia jaką mogło przynieść potrzymanie chwilę niedoszłej zabójczyni w niepewności.
    Wzruszyła ramionami w odpowiedzi na wyjaśnienia i przeprosiny. Co miała powiedzieć? Że to nic takiego, nie ma problemu, przecież tylko próbowała ją przed chwilą zabić? Chyba lepiej sobie darować.
    Płynnym, spokojnym ruchem, tak, żeby nie przestraszyć rozmówczyni, podała jej dłoń.
    - Luiza Filin - ton jej głosu wyraźnie wskazywał na to, że dziewczyna dobrze robiła bojąc się.

    OdpowiedzUsuń
  9. Luiza posłała jej raczej chłodny, za to zupełnie szczery uśmiech. Dziewczyna, pomimo średniego początku znajomości, całkiem jej się spodobała. Nie dlatego, że nie musiała z nią walczyć o dominację. Większość ludzi czuła przed Lusią respekt, co z jednej strony było wygodne i dawało jakąś władzę nad nimi, a na dłuższą metę tylko nudziło. Gardziła uległymi ludźmi, zgadzali się na wszystko byleby nie wejść jej w drogę. Nie myliła jednak nigdy uległości z ostrożnością i zdrowym rozsądkiem. Malwa może i bała się jej, ale strzyga nie była głupia i wyraźnie widziała, że dziewczyna nie dałaby się łatwo nagiąć.
    Na razie Luiza nie zamierzała tego sprawdzać. Wolała nie robić sobie wrogów w tym lesie. Chyba, że dziewczyna nie była z lasu. Przyjrzała jej się ponownie. Wachanie, kiedy się przedstawiała, jakby zapomniała własnego imienia i nazwiska. To mógł być czysty przypadek, ksywka używana przez znajomych częściej od pełnego imienia. Mogła też być chowańcem. Tylko czy miałyby wtedy okazję się minąć?
    - Skąd cię znam? - przechyliła delikatnie głowę w prawo i zmrużyła oczy - Byłaś w piątek u Jasieńskiej?
    Nie znała nigdy chowańca, a może tylko tak myślała, tak czy inaczej nie wiedziała zbyt dużo o nich. Miło by było poznać kogoś takiego, zawsze wydawało jej się, że to musi być całkiem przyjemne. No, na pewno przyjemniejsze od podwójnych dusz i szczęk, straszenia ludzi i kilku teczek historii choroby.

    OdpowiedzUsuń
  10. Pokręciła tylko głową w odpowiedzi, chociaż wszystkie Lusi domysły się potwierdziły. Nie wychodziła poza swoją kamienicę. Była ciekawa kim jest właściciel Malwy. Andrusiewicz. Kojarzyła go, ale nie potrafiła sobie przypomnieć skąd. Chyba alchemik. Pasowałoby, to wyjaśnia klientów i chowańca. Będzie musiała popytać. Ktoś na pewno będzie wiedział o nim więcej. W wielkich miastach zwykle trudno o anonimowość. Półświatek był tak znudzony i spragniony plotek, że wszystko przenosiło się błyskawicznie.
    Schyliła się po martwą mysz, którą upuściła chwilę temu. Ochota na polowanie minęła. Obróciła zwierzątko w dłoniach. Nie wiedziała do końca co powinna z nim zrobić. Nie zje go już przecież. Było jeszcze ciepłe, czuła lepką krew na dłoniach. Lubiła to uczucie.
    - Chyba będę już wracać. Dołączysz się? - spytała prostując się.
    Starannie owinęła mysz w chusteczkę i wsunęła zawiniątko do kieszeni swojej nowej szanelki. Później zajmie się myszą, miała tylko nadzieję, że nie zaplami zbytnio materiału. To był drogi płaszcz. Mimo, że miała całkiem spore doświadczenie w wywabianiu plam krwi jak na studentkę, nie eksperymentowała jeszcze z wełną wielbłądzią. I nie była pewna czy ma ochotę.
    Spojrzała pytająco na dziewczynę. Marne szanse na to, że zgodzi się na spacer do miasta po takim pokazie czułości jaki sobie okazały, ale nie zaszkodzi zapytać. Chyba, że Malwa w ogóle nie zamierzała wrócić.

    OdpowiedzUsuń
  11. Przyjrzała się Malwie jeszcze raz, tym razem mniej krytycznie. Raczej badawczo. Musiała być naprawdę zdesperowana, żeby “z przyjemnością” odprowadzić Luizę. Zresztą, skoro Lusia przystała na ofertę, nie była lepsza.
    Kiedyś nie przepadała za dawaniem swojego adresu, ale szybko dotarło do niej jak łatwo jest kogoś śledzić, zhakować, podłożyć pluskwę, a wtedy dbanie o swoją prywatność wydaje się dość naiwne. Nie da się zapewnić bezpieczeństwa takimi banałami. Wpada w paranoję? Podobno, tylko, że leki nie działają. Nigdy nie działały, więc nie próbuje już nawet. To by było zwykłe marnotrawstwo. Komuś innemu przydadzą się bardziej, a mimo, że Luiza nie potrzebowała pieniędzy paląco, zawsze miło było mieć dodatkowe dochody. Lekarze, może nie byli aż tak głupi, żeby nie podejrzewać, że nie bierze lekarstw, ale nie robili zwykle dużych problemów. Póki nie zamkną jej na oddziale zamkniętym i tak nic nie są w stanie zrobić, a bardziej od poprawy jej stanu interesuje ich sama Lusia. A Lusia jest im za to czasami naprawdę wdzięczna, bo lewe antydepresanty nie są tanie. Gorzej robi się, kiedy musi odpowiadać na niewygodne pytania albo fałszować papiery.
    - Dzięki - odwzajemniła uśmiech. Kiedy chciała, potrafiła się uśmiechać naprawdę przekonująco. Kwestia wprawy. Kiedy kłamiesz codziennie sama przed własnym lustrem, w końcu umiesz oszukiwać nawet siebie, więc nieznajomi nie robią wyzwania.
    Odwróciła się i ruszyła przed siebie, nie czekając na dziewczynę. Może powinna ją zaprosić do siebie? Tak robią normalni, mili ludzie, kiedy wiedzą, że rozmówca nie ma się gdzie podziać. Zwykle Luizę mało interesowały zwyczaje normalnych, miłych ludzi, ale tym razem były jej w sumie na rękę.
    - Wpadniesz do mnie w takim razie? - rzuciła przez ramię.

    OdpowiedzUsuń