26 lutego 2017

[KP] Złudne nadzieje są bardziej niebezpieczne od strachu


Elaine Mezzanato

Córka hrabiego Mezzanato, jego duma i oczko w głowie. Pierwsza rzecz jaką chwali się na salonach. Dziewczyna mimo swojego zadziornego charakteru wie kiedy trzymać język za zębami. Zachowująca się zgodnie z etykietą savior-vivere. Tajemnicza gdy w grę wchodzi okazywanie bądź mowa o uczuciach. Złamane serce rok temu przyczyniło się do planowania zemsty.


wątek z Starred Shinra

15 komentarzy:

  1. Przedstawienie w Operze miało być o tyle fascynujące, że miał tam wystąpić po długiej przerwie modny śpiewak nazwiskiem Levasseur - a nic tak nie przyciągało paryskiej socjety jak modni maestrowie. Tego dnia wśród miłośników dobrej muzyki znaleźli się, oczywiście, także hrabia de Monte Christo i jego piękna Greczynka o imieniu Hayde, uroczej dziewczynie asystował jednak przystojny młodzieniec w brytyjskim mundurze. Wszyscy przyglądali mu się z zaciekawieniem przez lornetki i bez nich, starając się ocenić, kim może być uroczy nieznajomy, a najbardziej wydawały się być zafrapowane damy. Przy okazji łatwo było zauważyć pewien kontrast: o ile hrabia Monte Christo wydawał się, jak zawsze, głęboko spać i być głęboko znudzonym, o tyle jego syn - a przynajmniej ten młodzieniec wyglądał na syna hrabiego, jeśli sądzić po rysach twarzy - i piękna Greczynka w olśniewającym stroju pełnym diamentów wyraźnie byli zaciekawieni przedstawieniem. Dziewczyna wychylała się, aby lepiej słyszeć śpiew, za to towarzyszący jej młodzieniec siedział obok niej, wpatrując się w scenę. Wydawał się po prostu szacować przedstawienie i jego wartość artystyczną.
    Ponieważ dobrze wychowany świat paryski zwykle rozmawia w trakcie przedstawienia, spóźnia się na nie, a nawet - o zgrozo - wychodzi podczas trwania spektaklu, przez cały drugi akt rozmawiano tylko i wyłącznie o dziewczynie i młodzieńcu, przy czym najżywiej rozmawiano o tym w loży Danglarsów, którzy zaprosili dziś do siebie hrabiostwa Mezzanato wraz z córką. Nikt, oczywiście, nie protestował; nie było ciekawszego widoku niż ta nietypowa para młodych ludzi - on wyglądał na chłodnego, szorstkiego człowieka Północy, twardego żołnierza, który z niejednego pieca chleb jadał, ona zaś ze swą wschodnią urodą i greckim strojem narodowym wyglądała na zjawisko z bajki.
    Nathaniel rozejrzał się po sali uważnie. Zacisnął wargi z niezadowoleniem, widząc, że wszyscy się mu przyglądają. Nie kwestionował wprawdzie dobrej woli ojca i jego pomysłu, aby pójść wspólnie do opery, jednak wolałby wejść w ten świat nieco...dyskretniej.
    Gdy nastąpił antrakt, Nathaniel spojrzał jeszcze raz na salę...i skamieniał z dwóch powodów. Po pierwsze, w loży bankiera i jego żony siedziała niezwykle czarująca młoda dama, której jeszcze nie miał zaszczytu spotkać, po drugie, na sali pojawili się Morcerfowie. Tylko wyrobione w czasie służby wojskowej opanowanie powstrzymało go przed gwałtownym wyjściem z opery oraz przed rzuceniem głośno niecenzuralnego wyrazu. Stłumiwszy z trudem przekleństwo pełne nienawiści i wściekłości, spojrzał na ojca. Spokojne, pełne powagi hrabiego-ojca zetknęły się z rozgorączkowanym spojrzeniem syna.
    - Wyjdź, mój synu, na korytarz - polecił mu łagodnie, acz stanowczo. - Jeśli ta młoda dama również wyjdzie, złóż jej uszanowanie. I zechciej powstrzymać swe emocje.
    -Ależ, ojcze, to przecież ci nędznicy, którzy...-Nathaniel z wielkim trudem wysilał się, by mówić szeptem. Drżał na całym ciele, wzburzony, spuścił wzrok, by nikt nie dostrzegł ukrytej w nim wrogości. Hrabia zachowywał spokój, jakby nic się nie stało.
    - Opanuj się, Nathanielu - zwrócił mu uwagę. - Choćbyś nawet chciał, nie możesz na razie nic uczynić, a każdy porywczy krok nas zgubi. No, idź już.
    Tu uśmiechnął się i odwrócił w kierunku sceny, dając znać, że życzy sobie natychmiastowego wykonania polecenia. Młody oficer kiwnął posłusznie głową, po czym wyszedł wyjątkowo szybkim, acz wciąż jeszcze nieco chwiejnym krokiem, znamionującym długi pobyt na morzu.
    Ci ludzie przyglądają mi się tak, jakby nigdy w życiu nie widzieli oficera-pomyślał ze złością, snując się po korytarzach i lawirując tak, by nie wpaść na młodego Morcerfa. Wolał nie zaszkodzić planom ojca swoją porywczością, a takie spotkanie musiałoby spowodować wybuch wulkanu stłumionych emocji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nathaniel Dantes, wicehrabia de Monte Christo

      Usuń
  2. Skłonił się z gracją, po czym podszedł bliżej i ucałował w szarmanckim geście dłoń hrabiny, a następnie oddał Morcerfowi taki ukłon, że największy psycholog zastanawiałby się, czy była w nim impertynencja, czy szorstka grzeczność oficera.
    -Owszem, jestem Nathaniel de Monte Christo. Pan zaś zapewne jesteś wicehrabią Albertem de Morcerf, a w osobie pani mam zaszczyt poznać hrabinę Mezzanato?
    Mówił poprawną, wręcz literacką francuszczyzną, aczkolwiek naleciałą silnie brytyjskim akcentem. Spojrzał na niego zimno, po czym wrócił do szturmowania Elaine komplementami na temat jej sukni. Młody Monte Christo zwyczajnie go jednak zignorował, po czym zwrócił się do damy:
    -Niedawno wróciłem z garnizonu w Indiach, gdzie służyłem koronie brytyjskiej...i rdzennym interesom naszego państwa. Przyzna pani, że trudno o chwalebniejsze zajęcie za monarchii lipcowej...
    Gdyby spojrzenie Morcerfa mogło zabijać, czarnowłosy szlachcic zapewne znajdowałby się już w stanie rozkładu, jednak - jak na razie - stał i miewał się całkiem dobrze. W tej chwili dostrzegł niezwykłą bladość damy.
    -Czy pani słabo, pani hrabino?-spytał z troską. To samo pytanie powtórzył Morcerf, tyle że Monte Christo był szybszy i sprawniej podał ramię dziewczynie. Wyglądała, jakby miała zemdleć.
    -Jeśli pani hrabina raczy pozwolić, odprowadzę ją do jej rodziców. Wygląda pani na osłabioną-zaoferował z szarmanckim szurgnięciem nogami. Albertowi już drgała żyłka, szybko jednak się opanował.
    -Wobec tego pozwolą państwo, bym im towarzyszył?
    -Obejdzie się, poradzę sobie sam-odwarknął Nathaniel. Po chwili jednak zreflektował się i dodał uprzejmiej:-Dziękuję jednak za łaskawą propozycję, panie wicehrabio.
    W loży przywitały ich zaskoczone spojrzenia ludzi i rodziców panny. Pani Danglars omal nie wypadła z loży, tak uparcie ich lornetowała, Nathaniela jednak to nie interesowało. Skłonił się hrabiostwu, po czym zarekomendował się:
    -Wicehrabia Nathaniel Monte Christo, porucznik marynarki wojennej Korony Brytyjskiej...Miałem honor poznać właśnie panią hrabinę i asystować jej, gdy nagle poczuła się zmęczoną. Uznałem więc, że odprowadzę ją lepiej do loży.
    Hrabia Mezzanato spojrzał uważnie na mężczyznę i uśmiechnął się; dzięki temu powstawały nowe możliwości. Wszystko jednak zależało od woli władczej, by nie rzec: apodyktycznej hrabiny Mezzanato, która potrafiła równie sprawnie zarządzać pokaźnymi dobrami w Toskanii, jak i rodziną. Teraz spojrzała na dziewczynę ostrzegawczo, a następnie odrzekła:
    - Dziękuję, panie wicehrabio. To było bardzo uprzejme z pańskiej strony.
    -Spełniłem jedynie mój obowiązek, pani hrabino.-uśmiechnął się Nathaniel, składając ukłon siwiejącej już kobiecie. Tym bardziej zaskoczyło go władcze skinięcie, którym nakazywała opuszczenie loży. Posłuszny jej woli mąż-hrabia wyszedł pierwszy, za nim hrabina i jakiś kamerdyner o twarzy wieśniaka, wreszcie pochód zamykał Nathaniel prowadzący pod ramię dziewczynę i osamotniony Albert.
    Wychodząc, spotkali na korytarzu starego hrabiego i Hayde - oni też zbierali się do domu. Po krótkiej prezentacji i błahych słówkach hrabina spytała:
    -A pan hrabia nie zechce zjeść z nami kolacji?
    - Niestety, żałuję bardzo, lecz muszę jechać z Hayde na kolację do mego przyjaciela, księdza Busoniego.
    Nathaniel omal nie wybuchnął śmiechem, słysząc gładkie, zdawkowe kłamstwo ojca. "Ksiądz Busoni" nigdy, oczywiście, nie istniał.
    -Wobec tego, papo, niech nie czekają na mnie z kolacją-poprosił.-Chyba pojadę jeszcze do przyjaciół na ka...
    -Ależ skądże, panie wicehrabio! Pan pojedzie z nami, tak jak i wicehrabia de Morcerf. Elaine, to znaczy moja córka, będzie niezwykle rada, mogąc panom zaprezentować swój kunszt śpiewaczy...
    Wobec takiej kwestii problem jazdy do przyjaciół na karty upadł, ponieważ jednak hrabiostwo Mezzanato przyszli do Opery pieszo, Nathaniel musiał zabrać ich i pannę Elaine swoim kabrioletem. Oczywiście nie narzekał, tym bardziej, że Albert pojechał konno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Willa hrabiostwa, położona - jak się okazało - na Polach Elizejskich (a zatem w sąsiedztwie Monte Christa), spełniła wszystkie oczekiwania Nathaniela. Hrabia zabawiał wszystkich przez całą drogę mało śmiesznymi dowcipami, z których jednak śmiano się, aby nie zrobić mu przykrości, a hrabina-matka natychmiast po przyjeździe nakazała podać kolację.
      Posiłek był pyszny, a atmosfera wspaniała - młody oficer wymienił doświadczenia wojskowe z ojcem panny, byłym wojskowym, opowiadał o Pendżabie, gdzie stacjonował jego garnizon, a nawet co jakiś czas żartował z panną Elaine.
      -Wznoszę toast na cześć pięknych kobiet, które niewątpliwie są ukoronowaniem naszej cywilizacji! - zawiadomił w pewnej chwili hrabia Mezzanato. Żona zgasiła go jednak szybkim spojrzeniem i spytała:
      - Elaine, może coś zagrasz na pianinie albo zaśpiewasz? Któryś z panów na pewno z chęcią ci zaakompaniuje.
      - Dziwne, że dotąd nie zdołałem zgodzić mojego głosu z głosem kobiety. Mam nadzieję, że teraz mi się to uda - rzucił Albert z pozornie luźnym uśmiechem, z całej jego osoby wyglądała jednak gruba furia. Nathaniel uśmiechnął się, jakby chciał powiedzieć "a złość się, złość!"
      -Jeżeli pani hrabina życzy sobie...-urwał na chwilę, aby odwzajemnić szybkie muśnięcie pięknej rączki i kokieteryjny uśmiech panny.-To z chęcią zaśpiewam nową arię o miłości, którą niedawno poznałem.
      Albert pobladł z gniewu, szybko jednak się opanował.
      - Tak to już jest, panie wicehrabio, trzeba cierpieć nie tylko przez kobiety, ale i przez ich kaprysy...-śmiał się stary Mezzanato, wlewając sobie wybornego wina do kieliszka. Hrabina uśmiechnęła się do córki delikatnie, jakby zachęcając ją do stanowczego kroku.


      Nathaniel

      Usuń
  3. Nathaniel chrząknął, zakłopotany - podobno, zdaniem ojca, dobrze śpiewał, ale...Co, jeśli zacznie fałszować? Cóż, nie było odwrotu. Kontynuował to, co sam zaczął, ze spokojem godnym stoika. W pewnym momencie chwycił Elaine za obie dłonie i posłał jej spojrzenie pełne uwodzicielskiego czaru, a jednocześnie ognia i energii.
    -Look for me, I will be there...-zaśpiewał z uśmiechem, po czym przyciągnął ją bliżej siebie. Położył jedną dłoń na sercu, aby lepiej oddać przepełniające go uczucia, po czym, zdobywszy się na tenor godny Brytyjczyka, kontynuował zmysłowo:
    -I will be there beside you through the lonely nights that fall, so close your eyes...
    Tak się jakoś złożyło, że w trakcie wspaniałego śpiewu Elaine znalazła się niebezpiecznie blisko Nathaniela - bliżej, niż wypadało damie. Trzymali się za dłonie i śpiewali, patrząc sobie w oczy, aż wreszcie dziewczyna znalazła się w silnych objęciach przystojnego oficera.
    -I will be there like freedom; I will find you through it all!-zanucił wesoło Monte Christo, tuląc Elaine i patrząc jej w oczy. This do I swear, I will be there...
    Przytulając do siebie hrabinę, kątem oka spojrzał na coraz bardziej bladego ze złości Morcerfa. W jego oczach wyglądało to tak, jakby oboje byli w jakiejś innej bajce - świece, zapach wschodnich wonności rozpalonych z rozkazu hrabiny-matki dla klimatu, szum wiatru za oknem...Można sobie było wyobrazić, że jest się na morzu, na pokładzie okrętu płynącego w nieznane, czy też w jakimś magicznym, zaczarowanym ogrodzie cudów.
    Albert bladł coraz bardziej z każdym słowem piosenki. Był tak wściekły, że niemal walił w klawisze fortepianu, jednak starał się jeszcze nad sobą panować. Zapewne, gdyby nie okoliczności, już dawno wyzwałby wicehrabiego na pojedynek, nie chciał jednak wystawiać na szwank reputacji kobiety, którą kochał. Gdy pochylił się, aby poprawić but, Nathaniel dał się ponieść emocjom i ucałował delikatnie, czule usta hrabiny, chcąc tym akcentem zakończyć swoją część.
    -I will be there-obiecał jej szybkim szeptem i odsunął się szybko od Elaine z miną Greka, gdyż do pokoju weszli właśnie hrabiostwo Mezzanato. Hrabina na widok najgodniejszej z godnych min młodego oficera, bladości Alberta i rumieńców córki omal się nie roześmiała. Wszystko szło zgodnie z jej planem - ostatecznie gdzie milionom Monte Christa do miliona Morcerfa...
    -Może zechce pan wypić z nami trochę wina, aby pokrzepić się po koncercie? Widzę z radością, że towarzystwo panów pomogło Elaine.
    Chwilę mu zajęło, nim w pełni zrozumiał, o co chodzi, szybko jednak odpowiedział:
    -Owszem, proszę pani. Ma pani niezmiernie utalentowaną córkę...i śmiem zauważyć, że odkryłem w niej bratnią duszę.
    -To wspaniale! -zachwyciła się hrabina Adele, niemniej jednak zdziwiło ją, gdy Albert zaczął się nagle żegnać i tłumaczyć tym, że musi jechać do matki. Nathaniel, korzystając z tego, że hrabiostwo przeszli z Morcerfem na korytarz, szepnął sam do siebie zjadliwie:
    -Cóż za wzór cnót synowskich. Zaiste, oddana pociecha generałowej.
    Obawiając się jednak, że Elaine to usłyszała, zwrócił się do niej nieco wyzywająco:
    -Czy taka interpretacja tej piosenki jest zdaniem pani odpowiednia? I...jeśli nie będzie to zbyt nieuprzejme, to czy wolno mi prosić o zaszczyt uważania się za dobrego znajomego pani hrabiny? Sądzę, że tak będzie dla nas obojga wygodniej, jeśli będzie mnie psni hrabina zwać po prostu "Nate", zaś ja zwracać się będę tym pięknym imieniem "Elaine".
    W jego głosie kryło się rozbawienie, duma, ale i...niepokój. W końcu na salonach, tak jak na polu bitwy, jeden najmniejszy błąd kosztować mógł życie.

    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  4. Wicehrabia roześmiał się cicho. Wpatrzył się równie uważnie w oczy młodej kobiety, zastanawiając się, jak należałoby odczytać jej wyraz twarzy. Zabrzmiała dość szorstko, miała ściągnięte rysy...Była chyba po prostu zmęczona tym wszystkim. Postanowił więc się pożegnać - i tak będą mieli jeszcze niejedną okazję do spotkania jako sąsiedzi. W końcu willa Mezzanato leżała pod numerem 25, a pięć domów dalej znajdował się dom, który kupił hrabia Monte Christo.
    -Oczywiście, że jeszcze się spotkamy, moja droga. I...zapamiętaj, proszę, jedno.
    Jego głos spoważniał. Spojrzał głęboko w oczy Elaine.
    -Gdybyś kiedyś znalazła się w potrzebie, przyjdź do mnie lub do mego ojca, gdyż możemy wiele.
    Po powrocie do domu położył się w łóżku, rozmyślając nad propozycją, którą uczynił tej nietuzinkowej, szalonej kobiecie.
    Rzeczywiście, widywali się od tej pory bardzo często - tak często, że powstały z tego plotki. Wicehrabia de Morcerf wyjechał ze swoją matką do Treport, a Nathaniel zyskał pewną swobodę działania. Niemniej jednak ze względu na obyczaje widywali się tylko i wyłącznie w towarzystwie rodziców jednego lub drugiego, a kiedy Nathaniel zaproponował ojcu, by przedstawić Elaine Hayde, ten zgodził się na to pod warunkiem, że nie będą zostawały same (w końcu Hayde mówiła tylko po grecku).
    Mijały dni. Ojciec wychodził dość często z domu, młody oficer zaś odpoczywał, regenerując siły przed powrotem do Indii i do batalionu stacjonującego w Pendżabie. Nie spieszyło mu się tam jednak, gdyż wolał składać wizyty hrabinie Mezzanato i swoim znajomym niż wysłuchiwać klątw pułkownika Maxwella. Pieniądze ojca wybitnie mu pomogły w przedłużeniu pobytu we Francji, miał jednak świadomość, że w obecnym stanie rzeczy przepustka nie jest wieczna i być może będzie musiał powrócić do armii wcześniej, niż sądził.
    Pewnego pięknego poranka, jakieś trzy tygodnie po spotkaniu w Operze, Edmund wezwał Nathaniela do gabinetu. Przystojny, silny mężczyzna, którego nie złamało nawet czternastoletnie ciężkie więzienie, wyglądał teraz na zamyślonego i jakby zaintrygowanego jakimś ciekawym problemem. Zaprosił bruneta gestem, aby usiadł, sam zaś zajął miejsce za biurkiem. Przez dłuższą chwilę ojciec i syn milczeli. Słychać było jedynie dzwonki sprzedawców lemoniady, turkot powozów, a w powietrzu unosił się dość silny zapach letnich kwiatów rozsadzających japoński wazon ustawiony na wypolerowanym blacie. Starszy mężczyzna rozsunął niecierpliwie pliki dokumentów, po czym podał jeden z nich młodszemu.
    -Przeczytaj to. Co o tym sądzisz? - spytał. Chłopak wziął w dłoń kartkę i dokładnie przeanalizował jej treść.
    -Wydaje mi się, że na razie wszystko jest w porządku-odparł bez wahania. Monte Christo uśmiechnął się lekko, jakby syn go nie zawiódł.
    - Jesteś pewny?
    -Sześć milionów na kredyt wystarczy idealnie na nas dwóch, papo. I tak w razie jakiejś wojny nie zabawię tu zbyt długo-chłopak wzruszył ramionami tak niedbale, jakby mówił o pogodzie.-Wiesz, jaka tam jest sytuacja.
    -A cóż mają oznaczać twoje częste wizyty u hrabiny Mezzanato? - spytał nagle ostro pan de Monte Christo. Wicehrabia drgnął gwałtownie.
    -Chyba to nic niestosownego, że odwiedzam sąsiadkę?-odpowiedział pytaniem na pytanie. Były więzień zamku d'If wstał i zaczął krążyć po pokoju.
    -Cóż, masz rację, mój synu. Pamiętaj jednak, żeby zachować wszelką ostrożność. A jeśli już coś zaplanujesz, pamiętaj, że kobieta wierna jest najlepszą żoną, zaś kobieta niewierna bywa tylko dobrą kochanką.
    Nathaniel zaśmiał się cicho, po czym wyszedł na zewnątrz. W kilkanaście minut później służący dostarczył do Elaine list o następującej treści:
    Przyjdź natychmiast, jeśli możesz, a nawet jeśli nie możesz. N. de Monte Christo

    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  5. Twarz Monte Christa była poważna. Podszedł szybkim krokiem do kobiety, wyraźnie niezadowolony, że się spóźniła, pominął to jednak milczeniem. Ostatecznie pojawiła się przecież na spotkaniu i to było najważniejsze - a mieli ze sobą to i owo do omówienia. Wypuścił powoli, ze świstem powietrze z ust, wpatrując się w Elaine. Wstał z ławki, na której siedział, po czym zaprosił ją krótkim ruchem dłoni do zajęcia miejsca i usiadł obok niej. Z odległości, jaka dzieliła altankę, w której czekał na Elaine od miejsca, w którym czekała służąca, raczej nie można było podsłuchać rozmowy.
    -Witaj, Elaine. Cieszę się, żeś przyszła...-uśmiechnął się delikatnie i ucałował dłoń kobiety, szybko jednak przeszedł do konkretów. Sprawa, dla której ją wezwał, była dość pilna. -Miałaś już pewnie styczność z baronem nazwiskiem Danglars i z jego żoną, Herminą? To bogaci bankierzy. O Morcerfów nawet nie pytam...
    Zaśmiał się cicho, przeczesując włosy niecierpliwym, szybkim ruchem pełnym zmęczenia. Starał się sprawiać pozory gorliwego zalotnika uwodzącego młodą kobietę, choć na razie daleki był od amorów.
    -Niedługo odbędzie się bal, który wydaje matka Alberta, Mercedes hrabina de Morcerf-powstrzymał się, by nie powiedzieć: a moja niedoszła matka. -Chcę cię prosić, pani, abyś nie spożywała żadnych pokarmów ani niczego nie piła w czasie tej zabawy. Zapamiętaj również, aby nie częstować niczym ani mnie, ani mojego ojca. Nie powinno się niczego jeść pod dachem wroga...
    Twarz miał tak radosną i rozpromienioną, jakby prawił jej komplementy. Było gorąco, ciepłe słońce grzało jego smukłe ciało odziane w mundur, wypolerowane do połysku buty wojskowe lekko lśniły wśród żółtawego żwiru, którym wysypano altankę.
    -Znamy się już tak długo, że pokładam w tobie wiele zaufania, moja piękna.-szepnął z uśmiechem. -Mój ojciec jest nam wprawdzie przeciwny, ale uważam, że owiniesz go sobie wokół palca, tak jak zrobiłaś to ze mną. Z każdym dniem coraz więcej o tobie myślę...Cóż, wierzę, że jesteś wyjątkową kobietą wśród nudnych, jednakowych hrabianek i hrabin, które do tej pory spotkałem...
    Uścisnął silniej jej dłoń. Ich oczy się spotkały - tym razem na dłuższą chwilę.
    -Mogę liczyć, pani, że wypełnisz moją pokorną prośbę?-spytał po chwili ciszej. Elaine była silną osobowością i jeżeli nie zechce wziąć pod uwagę jego żądania, trzeba będzie wymyślić jakiś plan B. Bezpieczniej będzie wszystko przewidzieć; w tej sytuacji nie może pozwolić sobie na błąd.

    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  6. -Nikt nie powiedział, pani, że moim celem jest pani de Morcerf...Dlaczego miałbym nienawidzić jej i jej rodziny?-uśmiechnął się równie ironicznie Nathaniel. Po chwili przytrzymał jej dłoń w swojej; w jego oczach zabłysło coś, co można by nazwać szczerym uczuciem. Patrzył tak na nią przez dłuższy czas, przyglądając się promieniom słonecznym igrającym z jej ciemnymi włosami i lśniącymi kolczykami.
    -Nie mogę ci jeszcze powiedzieć wszystkiego, choć bardzo bym pragnął, Elaine...Ale przysięgam na pamięć mojej matki, której pamięć czczą jeszcze na Malcie, że kiedy tylko przyjdzie odpowiednia chwila, wyznam ci wszystko. Na razie niech starczy ci zapewnienie, że Bóg zna przyczyny, dla których widzimy z mym ojcem wrogów w tych ludziach...i że sprawiedliwość będzie z nami.
    Przerwał na chwilę, by podnieść jej dłoń do ust w ramach okazania wdzięczności i rzucić okiem, co robi służąca. Gdy okazało się, że kobieta spaceruje sobie wśród klombów i nie zwraca na nich uwagi, wrócił do tematu:
    -Wiedziałaś, że Danglars chciał wydać swoją córkę za Morcerfa? Kiedy poznawałaś go...z odmiennej strony...on w tym czasie planował, jak oszukiwać ciebie i twoją rodzinę. Może nie mógł się zdecydować, może obie go pociągałyście, dość, że przypadkowo zerwał z Eugenią Danglars w tym samym czasie, w którym ci łamał serce. Wiem o tym z pewnych i poufnych źródeł.-mówił cichym, uwodzicielskim szeptem, pochylony w stronę dziewczyny. Jego ciemny, oficerski mundur dobrze licował z jej jasną suknią, wyglądali na tle kwiatów i pięknego pałacu jak obrazki.
    -Co do zalotów...-zaśmiał się cicho, głaszcząc czule, z pieszczotą zaróżowiony policzek panny Mezzanato.-Jestem żołnierzem. Na wojnie i z kobietami trzeba odwagi, a nie umiem być obojętny na twoje piękno, pani.
    Zamilkł na chwilę. W powietrzu unosił się zapach kwiatów róży, które tak bardzo kochała jego matka. Wrócił wspomnieniami do opowieści o Marii Avranis, siostrzenicy kawalera maltańskiego, roześmianej i żywej kobiecie z białymi kwiatami we włosach, tej Marii, która uczyniła jego ojca człowiekiem jeśli nie szczęśliwym, to przynajmniej pogodzonym z życiem...Znów się uśmiechnął. Lato tego roku było naprawdę ciepłe.

    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  7. Nathaniel roześmiał się głośno, jakby Elaine opowiedziała jakiś dobry żart. Skinął gestem na służącą, po czym polecił jej udać się do kuchni i przynieść im po pucharku lodów, które ostatnio zamówił jego ojciec. Kiedy dziewczyna się oddaliła, wrócił do rozmowy. "Wątpię, by wicehrabia de Morcerf był twoim wrogiem"...Na wzmiankę o Albercie jego twarz pokrył mrok zniechęcenia.
    -Pismo Święte powiada: "Za winy ojców cierpieć będą dzieci aż do dziesiątego pokolenia". Stary Morcerf jest wrogiem mego ojca za to, co mu uczynił, a młody jest moim, gdyż - pomijając już to, że naraził cię na hańbę i obmowę ludzką - jest z przeklętej krwi. Morcerfowie to ród Atrydów. Znasz chyba "Antygonę" i klasyków greckich, prawda?-zadał pytanie retoryczne. W końcu córka włoskich hrabiów z dobrej rodziny, panna na wydaniu, jedynaczka, w której matka pokładała wielkie nadzieje, nie mogła nie znać podstaw europejskiej cywilizacji. Sam odebrał gruntowne wykształcenie, choć jego opieką zajmowała się tylko szlachcianka z zubożałego rodu i stary ksiądz, a ojca widywał dosyć rzadko (ale jednak); reszty w razie czego zawsze mógł douczyć się z książek lub z rozmów z Hayde, ojcem i starym księdzem, który wychowywał go przez jakiś czas w prawidłach chrześcijaństwa. Bóg dla Nathaniela był tym, który wydobył jego ojca z nędzy i rozpaczy, uwolnił z więzienia i obdarzył wielkim skarbem budzącym zazdrość w współczesnych, a matce zesłał pomoc i dziecię, które pokochała.
    Po powrocie służącej z lodami i jej odejściu w cień wicehrabia skoncentrował się na uszczuplanie zawartości kryształowego pucharka. Przepyszne lody sprowadzane prosto z Rzymu musiały zasmakować także Elaine - w końcu Monte Christo nie podają gościom byle chłamu sprzedawanego w byle lodziarni. Zerknął pobieżnie na złoty zegarek wyciągnięty z kieszeni; dochodziła czternasta po południu.
    Kobiety i wojna to złe połączenie.Jedna będzie zazdrosna o drugą.
    Uśmiechnął się, rozbawiony słowami, w których pokrętna logika mieszała się z prawdą.
    -To fakt, jeśli przyjmiemy, że wojna to zazdrosna kochanka, która odbiera kobiecie mężczyznę wbrew jej woli...Jak to mówił mój dowódca w marynarce, "wojna to nie matka: ze śmiercią tylko ludzi swata".
    Spoważniał, zapatrzył się w przestrzeń. Jego oczy przybrały wyraz niezgłębionego smutku i cierpienia, tak jakby spojrzał w otchłań jakiejś niezwykle bolesnej przeszłości, do której nie wracał z wielką chęcią, a jeśli już, to rzadko. Jeden z kwiatów róży opadł na ziemię, strącony pewną i silną ręką wicehrabiego; jak ludzka głowa, odcięta przez możnego.

    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  8. Propozycja spaceru po ogrodzie wprawiła Nathaniela w jeszcze lepszy humor niż poprzednio. Tak, Elaine zdecydowanie była warta jego uwagi i zainteresowania...Inna zapewne z miną męczennicy cierpiałaby potulnie u jego boku, zasypując go pytaniami, na które musiałby odpowiadać, ona jednak wydawała się w ogóle niezainteresowana jego przeszłością, Indiami i tego typu sprawami. Nie była ciekawską plotkarą jak inne panny i gdyby jej rodzina była bardziej znana, zapewne uchodziłaby za ciekawą piękność. Nathaniel doceniał w niej nie tylko giętki umysł i urodę, ale siłę charakteru. To właśnie ta siła duchowa i energia, jaką hrabina kryła pod maską konwenansu, przyciągały nieodparcie duszę przyzwyczajonego do życia na własny rachunek oficera.
    -Skoro sobie pani życzy, pani hrabino. To nic fascynującego.-odpowiedział, zachowując pozory skromności. Pokazał jej jednak ogród, w którym rosło mnóstwo egzotycznych i ciekawych roślin, rzadkie kwiaty, wspaniałe zbiory porcelany, obrazy pędzla wielkich artystów, z których każdy mógłby spokojnie wisieć w muzeum jako arcydzieło, a także wiele innych cennych rzeczy, które dwaj hrabiowie zgromadzili w czasie swoich podróży. Czas mijał jednak tak szybko, że nie zauważyli, kiedy trzeba było się rozstać - Elaine musiała wracać do domu, a po hrabiego przysłał pan Danglars. Pożegnanie młodych było jednak eleganckie i na tyle czułe, by obie strony mogły mieć nadzieję na rozwinięcie znajomości.
    ***
    Kilka tygodni później dziedziniec pałacu Morcerfów pękał w szwach od powozów, karet, kabrioletów i koni, którymi zajmowała się służba. Nathaniel, zsiadłszy ze swojego czarnego rumaka, oddał niedbale wodze służącemu ojca, Alemu; jego własny służący chwilowo zajmował się wraz ze stangretem umieszczeniem koni hrabiego de Monte Christo w odpowiednim miejscu. Zaraz po wejściu na sakę rozdzielili się; surowy ojciec, skupiony i poważny, rozmawiał z gospodarzami przy ścianie, syn zaś dał się porwać kapitanowi Motrelowi. Kątem oka dostrzegł Elaine stojącą w gronie kilku panien.
    Gra właśnie się zaczęła-pomyślał. Przyjaciel przeprosił go na chwilę i uciekł, korzystając z tego, że pojawiła się panna de Villefort i że podano likier włoski. Nathaniel, zamyślony, szedł wolnym krokiem przez salę. Ciekaw był, czy ojciec ulegnie namowom hrabiny przez grzeczność, czy zrealizuje swój zamiar...Gdy lokaj zagadnął go, czy chce coś do picia, odmówił szorstko. Nie przyszedł tu przecież po to, by godzić się z tymi, których miał zamiar zdeptać! Co ciekawe, z innych wrogów ojca pojawił się pyszałkowaty Danglars z żoną i córką; Villefortowie przysłali swe przedstawicielstwo w osobach panny Walentyny i jej macochy, drugiej żony prokuratora, pięknej Heloizy. Oficer wygiął lekko kąciki ust w dezaprobacie. Nie podobało mu się to wszystko...
    Opanuj się.
    Mimo wszystko miał złe przeczucia.

    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  9. Bal ożywiał się; plotkujące panny wyszły do ogrodu państwa de Morcerf, aby pozrywać kwiaty i jeszcze żywiej plotkować. Mężczyźni, z kieliszkami wina, wody lub innego napoju w dłoniach, zaczęli powoli podchodzić do stołów z kartami. Gospodarz domu wdawał się właśnie w długą i mało zrozumiałą polityczną dyskusję na tematy lewicowe z jakimś parem Francji; gospodyni, jak zauważył Nathaniel, rozmawiała z jego ojcem. Ojciec, choć był już spocony (nawet jemu upał dawał się we znaki), nie chciał przyjąć lodów, nie zgadzał się też na winogrona, które oferowała mu blada z emocji generałowa.
    Młody porucznik ledwo dostrzegalnie kiwnął głową, zadowolony, po czym ruszył w głąb sali, rozglądając sie za Morrelem. Na jego nieszczęście, Maksymilian w tej chwili najformalniej zdębiał i zasłaniał twarz chusteczką (znak to musiał być umówiony, gdyż panna de Villefort niemal w tej samej chwili uniosła do twarzy bukiecik niezapominajek) i nie zauważył jego spojrzenia ani gestu. Zrezygnowany Monte Christo wyminął stoły karciarzy, ledwie rzucając okiem na ojca Elaine ogrywającego z energią jakąś sędziwą księżnę, rozmawiających parów i ignorując lokaja z lodami; chciał wyjść na taras. W tej chwili jednak otwarto drzwi i generałowa, prowadzona przez jego ojca, skierowała się do ogrodu. Prawie wszystkie pary - a mogło ich być około piętnastu, plus karciarze i kilkanaście dam - udało się za nimi. Nathaniel jednak wolał udać się na taras. Wszedłszy nań, zaczął szukać w kieszeni cygara. Niestety, nie znalazł ani cygara, ani zapalniczki, za to dostrzegł Alberta, który chyba właśnie dostał bardzo ostrą odprawę, ale nie przejął się tym i próbował jeszcze coś zdziałać u coraz bardziej zirytowanej Elaine.
    -Panie wicehrabio, pańska matka pana wzywa-odezwał się ze spokojem godnym stoików.-Wszyscy już wychodzą do ogrodów. Czy pani hrabina byłaby łaskawa pójść ze mną?
    -Ależ...- Albert, wyraźnie oburzony, miał zamiar chyba zaprotestować, spojrzenie Nathaniela powiedziało mu jednak bardzo wyraźnie, że w razie potrzeby chętnie mu wskaże drzwi. - Oczywiście, już idę.
    To rzekłszy, wybiegł, porucznik zaś ofiarował ramię hrabinie i zszedł z nią do rozgrzanego upałem, wspaniałego ogrodu. Znajdowali się już tam wszyscy goście, którzy albo podziwiali gwiazdy, albo kwiaty, albo spacerowali, gawędząc i jedząc lody.
    -Podróżowała pani kiedyś z rodzicami?-zagadnął brunet, prowadząc ją w kierunku jednej z alejek. Po drodze minął się z ojcem i z generałową; nie zwrócił uwagi ani na niego, ani na nią. Hrabia zresztą, sądząc po spokoju, z jakim wyminął syna, również nie zwrócił uwagi na to, komu Nathaniel asystuje.

    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  10. Zarówno dla Elaine, jak i dla pozostałych zgromadzonych w tej sali, było oczywiste jedno: Albert postawił sobie za punkt honoru zdenerwowanie wicehrabiego. Najwidoczniej musiał, nie mogąc znieść tego, jak traktowała go panna Mezzanato, wywrzeć na kimś swą wściekłość - a cóż jest lepszego niż sprowokowanie syna jednego z gości? Problem leżał w tym, że o ile wicehrabia de Morcerf wyrażał prawdziwą furię swoją osobą, o tyle Nathaniel zachowywał kamienny spokój godny stoików. Jednak w chwili, gdy Albert ściągnął z dłoni rękawiczkę i rzucił ją prosto w twarz młodego oficera, nie wytrzymał. Podbiegł do Morcerfa i chwycił go za rękę, po czym wykręcił ją z taką siłą, że ten zawył.
    -Następnym razem niech pan będzie łaskaw pić mniej, panie hrabio de Morcerf. Jestem pewny, że nie wszystkim się to podoba, a już najmniej damie, o której obaj myślimy. - syknął z drwiącym uśmiechem.
    - Ty plugawy łotrze...-warknął Albert, spluwając przeciwnikowi w twarz. Chciał dodać coś jeszcze, jednak w tej chwili ich rozdzielono, a na sali pojawili się Monte Christo senior, państwo Mezzanato i rodzice Alberta. Wyraźnie nie był zachwycony całą aferą, jednak w chwili, gdy oczy ojca i syna się spotkały na krótki moment, błysnęła w nich okrutna duma. Zapewne Edmund miał nadzieję, ze jego syn spisze się tak, jak przystoi oficerowi, a także prawowitemu dziedzicowi rodziny. W końcu treningi, które odbywał, nie mogły nie zaprocentować zabójczą skutecznością. Na widok Elaine dwaj przeciwnicy z trudem zdobyli się na uśmiechy - Albert na sztuczny, przesycony jadem, Nathaniel na szczery, ale delikatny jak róża.
    -Pani wybaczy, pani hrabino-skłonił się przed nią Monte Christo.-Powstała mała...różnica zdań, którą pan hrabia de Morcerf życzył sobie rozstrzygnąć za pomocą pojedynku.
    - Owszem, życzę sobie tego. - rzucił szorstko Albert, wściekle mnąc chusteczkę w dłoni. Kapitan Morrel i jeszcze kilku młodych gości podeszło do skłóconych mężczyzn; wiedząc, że na nic zda się próba ich pogodzenia (w końcu Albert publicznie znieważył Nathaniela, a takich rzeczy się nie wybacza), pragnęli dowiedzieć się, kto ma być sekundantem obu panów.
    - Panie hrabio, jest mi niezwykle przykro, że doszło do takiej sytuacji, ale musimy oznaczyć warunki tego spotkania - chrząknął dziennikarz z monoklem w oczodole, wysoki i szczupły Beauchamp. Nathaniel wymienił z Maksymilianem spojrzenia. Blondyn przybliżył się do rozmawiających.
    - Jako sekundant pana hrabiego de Monte Christo proponuję pistolety, jedenastą rano, lasek Vincennes - oznajmił. - Czy to panom odpowiada?
    -Znakomicie - odparł Beauchamp, z niepokojem wpatrując się w Nathaniela. Czy to szatan? Czy szaleniec? A może po prostu bufon, jakich mało? Jego zachowanie wskazywało przynajmniej na jedną z tych opcji - tym bardziej, że każdy inny byłby się przejął w jakikolwiek sposób pojedynkiem, okazałby poruszenie, a on...Zachowywał taki spokój, jakby był posągiem niezdolnym do odczuwania, co więcej, wydawał się kompletnie nieprzejęty tym, że go zelżono i spokojnie rozmawiał z Elaine Mezzanato.
    -Cóż, mój drogi panie, wygląda na to, że jutro o jedenastej rano zabiję Morcerfa-Nathaniel wzruszył niedbale ramionami, jakby mowa była o pogodzie, a nie o pojedynku, w którym jeden z nich miał zginąć. Zaskoczeni tym spokojem goście cofnęli się trochę. Znów rozebrzmiały rozmowy i muzyka, lokaje zaczęli krążyć wśród gości z tacami tak, jakby nic się nie stało. Sam znieważony natomiast spokojnie zaoferował ramię pannie Mezzanato i rozmawiał z nią o sztuce greckiej.

    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  11. Słysząc władczy głos Elaine, Nathaniel uśmiechnął się lekko. Ofiarował jej ramię, jak przystało dżentelmenowi, po czym wyszli z głównej sali. Po drodze podziwiali obrazy, a sama Elaine, korzystając z tego, że nie było ludzi, czyniła mu cicho wyrzuty. Była przy tym tak piękna w swoim rozgoryczeniu i gniewie, że wicehrabia gotów był walczyć z całym światem, jeśli miałoby mu to pozwolić na więcej takich reprymend. Spostrzegłszy uchylone drzwi do palarni, wprowadził tam pannę Mezzanato i zamknął za nimi dokładnie drzwi.
    -Moja droga, nie mogłem pozwolić, by ten dureń zniesławiał ciebie, mnie i rodziny nasze-odrzekł cicho, ale i z pewnego rodzaju pasją, chwytając jej dłonie w swoje. Patrzyli przez chwilę sobie w oczy, przy czym w oczach Nathaniela była tak gorąca i namiętna, szaleńcza miłość, na jaką mógł się zdobyć taki człowiek, a w jej oczach wciąż widniał gniew. Czując, że należą się jej wyjaśnienia, usadowił dziewczynę na wygodnym fotelu zarzuconym tkaninami z Indii, sam zajął zaś fotel stojący naprzeciw i kontynuował swe wyjaśnienia:
    -Nie dało się tego uniknąć, Elaine. Ten człowiek jest dumny i pyszny jak szatan, ale w takich sytuacjach bywa jak rozpieszczone dziecko. Gdy ujrzał, żeś mnie wyróżniła, poniósł go gniew...-pokiwał lekko głową, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Był to jednak inny uśmiech, teraz delikatny, łagodny, pełen nostalgii. Z ogrodu, jakby z oddalenia, dochodziły głosy gości i służby, tworzące coś podobnego do szumu morza, tutaj jednak panowała głęboka cisza. Lśniące tkaniny, ciepłe i igrające kolorami w przytłumionym świetle księżyca, zapach kwiatów w ogrodzie i obrazy tworzyły ciekawe tło do tej rozmowy. Wicehrabia miał jednak świadomość, że nie mogą tu zostać zbyt długo. Ktoś ich może szukać, szczególnie rodzice, którym raczej spodobało się, że obronił Elaine przed obcymi językami, niż zirytowało, że wplątał się w pojedynek, ale wolał dmuchać na zimne.
    -Wiele lat ćwiczyłem się w walce. Jestem w stanie stanąć w twojej obronie i walczyć o twój honor-zapewnił cicho, ale stanowczo. Nostalgiczny nastrój ustąpił teraz miejsca twardej, żołnierskiej determinacji. Pogładził dziewczynę lekko po dłoni, po czym podniósł ją do ust na znak szacunku i oddania.
    -Jesteś dla mnie świętością, której nie odważyłbym się znieważyć i nie dopuszczę, by ją znieważano. Musimy już wracać, Elaine. Idziesz?
    Pytanie zadźwięczało delikatnie, aczkolwiek znów wybrzmiewał w nim silny akcent wskazujący na pochodzenie z Południa, którego nigdy nie mógł się pozbyć. Plotki zapewne już kursowały z ust do ust, ale wiedział, jak je uśmierzyć. Wstał i spojrzał na wicehrabinę wyczekująco. Z tyłu głowy snuł mu się jakiś motyw z Lermontowa, nie mógł go sobie jednak przypomnieć dokładnie.

    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  12. -Kiedy rozmawiałem z Albertem, przyjechał pan de Villefort-okrutny błysk w oczach Nathaniela ujawnił, że nie czuje do niego zbytniej sympatii. Po chwili jednak opanował się, wybierając pogodę i uśmiech. Człowiek, który niesłusznie oskarżył jego ojca i skazał go na nieszczęście, zasługiwał na karę, jednak na razie musiał poczekać z odgrywaniem roli sprawiedliwości. -Kobieta, którą widziałaś, musiała być panią de Villefort lub Walentyną, córką prokuratora z pierwszego małżeństwa. Wiem, że zmarł jej teść i w związku z tym przyjechał po nie pan ojciec...
    Ale już znajdowali się w głównej, przepełnionej ludźmi i muzyką sali, wszyscy tańczyli, a poza tym uwagę Nathaniela, zamiast jutrzejszego pojedynku czy czegokolwiek innego, o czym powinien myśleć, przykuła śliczna Elaine i gracja, z jaką się poruszała. Ponieważ uważnie obserwowała ich matka, do końca balu dotrzymali sobie towarzystwa, tańczyli i żartowali, jak należało zakochanym. Gdy tylko przyjęcie dobiegło końca, Nathaniel odwiózł przyszłą żonę - a przynajmniej takim mianem obdarzali pannę Mezzanato plotkarze paryskiej socjety - do jej rodzinnej posiadłości, wciąż starając się ułagodzić gniew wybranki.

    Następnego ranka, gdy tylko wybiła godzina dziewiąta, Nathaniel w asyście Maksymiliana Morrela i jego szwagra, Emanuela Herbaulta, jechał powozem do lasku Vincennes. Wszyscy trzej mieli na sobie mundury wojskowe i rękawiczki; na kolanach Morrela, którego ramiona zdobiły kapitańskie szlify, spoczywała szkatułka z drewna tekowego, w której znajdowały się nowiutkie, lśniące pistolety, zakupione przez jednego z sekundantów tydzień temu. Ponieważ jednak żaden z przeciwników, według układu, nie miał prawa wglądu do skrzynek z narzędziami zbrodni, wicehrabia nie znał swojej broni i miał pewność, że nie zna jej też Albert. Kiedy dotarli na miejsce, wymienili ukłony i błahe uwagi z sekundantami przeciwnika, czekając na przybycie Morcerfa. Niestety, ten spóźniał się tak fatalnie, że cierpliwość Nathaniela była już na wyczerpaniu.
    -Co, u starego diabła...-mruknął wściekle. Jego irytację powiększył jeszcze fakt, że wicehrabia pojawił się, ale..pieszo i w białym ubraniu.
    - Czy on próbuje udawać Fryderyka Barbarossę idącego do Canossy? - spytał zirytowanym szeptem Maksymiliana. Ten uśmiechnął się nieznacznie.
    -Jeżeli masz rację, mój drogi, tedy zostałeś papieżem Grzegorzem IX i powinieneś ubiegać się o inwestyturę.
    Na szczęście dalsze rozważania przerwał im głos Alberta, mówiący głośno i wyraźnie:
    -Jestem do panów dyspozycji!
    Monte Christo zbliżył się wraz z towarzyszami do młodego mężczyzny. Nastąpiła znamienna cisza, przerywana jedynie szelestem drzew i chrzęstem nabijanej broni. Po chwili dwaj bruneci, jeden w mundurze marynarki, drugi w gustownym fraku, stali naprzeciwko siebie z pistoletami w prawych dłoniach. Ich oczy wyrażały zimną wściekłość i determinację.
    - Trzy...dwa...jeden...-odliczał powoli Beauchamp, mocując się z monoklem. Wreszcie padła komenda. Huk dwóch strzałów rozniósł się echem po lasku Vincennes...

    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń

  13. Spustoszenie sięgnie aż do gwiazd
    Widzę ogień, popieli dusze
    Widzę ogień, wiatr niesie krew...


    Przeciwnicy odsunęli się od siebie na większy dystans, a na ich pełnych zaciętości i gniewu twarzach malowało się zdecydowanie. Żaden nie miał zamiarów odstąpić, opuścić pistolet w dół, przeprosić tego drugiego, wycofać się. Sekundanci stali pod drzewami, poruszeni tym wszystkim i jednocześnie zaskoczeni. Beauchamp dał kolejny sygnał. Nathaniel stał nieporuszony, uśmiechnięty, ale skupiony. Pistolet w jego prawej ręce lśnił groźnie, lufa jeszcze dymiła. Przeładował ze spokojem, wpatrując się w przeciwnika. Albert dygotał na całym ciele, ranny w nogę, jednak odtrącił z wściekłością rękę próbującego mu pomóc Chateau-Renauda.
    - Nie będzie to konieczne - warknął. Ręka, w której trzymał pistolet, drżała. Odwiódł kurek i już miał nacisnąć spust, gdy nagle z rytmu wytrącił go tętent konia i pojawienie się Elaine.
    -Pani hrabino! - krzyknął ktoś z sekundantów w zaskoczeniu. Morrel natychmiast pośpieszył, by wytłumaczyć jej, że zgodnie z zasadami nie powinna być obecna przy pojedynku, jednak pod wpływem zimnego spojrzenia dziewczyny dał spokój i wpuścił ją na teren walki mimo tego, że poważnie łamało to konwenanse.
    -Bonjour, madame la comtesse-skłonił się elegancko Nathaniel.-Jak pani widzi, sytuacja jeszcze się nie rozwinęła w taki sposób, jaki przewidywaliśmy.
    -Co pozwala mi być uprawnionym, by go zabić!-wrzasnął Albert, rozdrażniony zarówno obecnością dziewczyny, jej spojrzeniami kierowanymi pod adresem wicehrabiego, jak i tym, że nikt nie zwraca na niego uwagi. Bez namysłu strzelił tak, by trafić bezpośrednio w głowę Nathaniela.
    Tylko proszę, nie zapomnij mnie.
    Kula, wystrzelona drżącą i nerwową ręką, nie trafiła na szczęście do celu, jednak musnęła skroń młodego oficera. Na skórze pojawiła się szkarłatna, ciepła strużka krwi. Chłopak syknął cicho, zachwiał się, ale nie stracił koncentracji. Odpowiedział strzałem, wymierzonym bezpośrednio w Alberta. Morcerf wrzasnął ochryple i upadł; pocisk trafił pod jedno z żeber, nie dotarł jednak do serca. Chateau-Renaud i Beauchamp, sekundanci młodzieńca, pospieszyli mu na pomoc wraz z obecnym na miejscu strzelaniny doktorem, do Nathaniela podbiegli zaś Maksymilian i Emanuel.
    -Proszę usiąść, panie wicehrabio-mówił ktoś, wyjmując mu z drżącej dłoni pistolet. Zgodził się na to, siadł w milczeniu.
    -Tamten...żyje?-spytał ochryple. Poszukał spojrzenia Elaine.
    -Tak, będzie żył, panie wicehrabio. Ale jest poważnie ranny - zapewniał go ten sam głos, tak spokojny, cichy...Jasne refleksy złocistego słońca odbijały się na liściach drzew, mokrych po nocnym deszczu. Trawa pod jego wojskowymi butami była taka miękka. Światło na ciemnych włosach Elaine, poruszane wiatrem fałdy jej czarnego płaszcza, plama krwi na trawie...
    -Tylko proszę, nie zapomnij mnie-wyszeptał niemal niedosłyszalnie, sam nie wiedząc, do kogo kieruje tę prośbę, z oczami utkwionymi w Elaine. Maksymilian i Emanuel wymienili spojrzenia. Któryś z nich przycisnął mu do czoła zmoczoną w chłodnej wodzie szmatkę. Pomogło. Ochłonął, wszystko nabrało barw.
    -Dziękuję, panie kapitanie-uśmiechnął się. Spojrzał na Elaine.-Pani też dziękuję, pani hrabino. Proszę się zbliżyć. Nie będzie tu pani zbyteczną.

    Nathaniel

    (Skorzystałem z "I see fire" w wersji NanoKarrin: http://nanokarrin.pl/iseefire, a autorem tego tekstu jest Diriad. ^^)

    OdpowiedzUsuń