Żyjemy, piszemy! Niedługo pojawi się lista obecności.

2 lipca 2017

[KP] He was wilder than moonlight

Vasile Duminescu 

Gdy jesteś dzieckiem profesorskiej rodziny to nie wypada mówić, że właściwie nie wiesz po co ci te studia w ogóle. Jako dziecko musisz mówić obcym, że chcesz być w przyszłości inżynierem, jak tata. Na historię sztuki było trochę kręcenia nosem, ale w końcu stwierdzili - dobrze, zawsze możesz zaczepić się w muzeum, to stabilna praca. Tylko akurat lubisz sztukę, ale muzea same w sobie niekoniecznie. Trudno nie lubić sztuki, jak cię nią faszerują od kołyski. Tym i starą francuską awangardą filmową. Coroczne wakacje na wsi to dla rodziców mordęga i wstyd za pochodzenie, dla ciebie - najlepszy czas w roku. Jednak teraz ojciec pokłócił się ze swoją rodziną i nie ma już corocznych wyjazdów na wieś. Ale ty nie jesteś już dzieckiem i możesz w sumie jeździć wszędzie i robić wszystko. Przynajmniej do pewnego momentu.
Twoim największym problemem jest niedookreślenie. Lubisz wiele rzeczy, ale żadnej jakoś szczególnie. Wszystko jest ciekawe i nic nie jest ciekawe; zawsze możesz sobie postawić wybór jak Cioran, tylko zamiast napisać książkę to zajmiesz się czymś na poważnie. Albo się zabijesz, chyba dobra motywacja by się ogarnąć?

wątek z Wishbone

6 komentarzy:

  1. Kiedy ojciec powiedział mu, że tego roku będzie mógł nadzorować pracowników razem z nim, a jeśli się sprawdzi, nawet i samodzielnie, Lucien był niesamowicie podekscytowany. Znaczyło to, że tata traktuje go coraz poważniej, więc nie chciał go zawieść.
    Zostało ustalone, że pracownicy przyjeżdżają w ostatnim tygodniu sierpnia, dlatego aby się do czegoś przydać, wraz z ojcem, matką i młodszą siostrą przygotowali stojącą przy domu szopę tak, by zmieściło się tam jak najwięcej osób. Lucien wiedział, że warunki mieszkalne w ich gospodarstwie pozostawiają trochę do życzenia, ale nigdzie nie było brudno, wszystko było po prostu trochę zakurzone i… minimalistyczne, tak by to określił. Zresztą nikt nigdy nie narzekał, w końcu to była praca na wsi, a nie wakacje w cóż, ilukolwiek gwiazdkowym hotelu.
    W każdym razie pracownicy przyjeżdżali przez cały dzień, jeden po drugim, nieraz w parach albo małymi grupkami, a Lucien witał ich razem ze swoim ojcem i krótko oprowadzał po gospodarstwie. Nie, żeby było wiele do zobaczenia, ale upewnienie się, że każdy z nich wie, gdzie będą jedli posiłki, gdzie jest łazienka, gdzie mają spać i w którą stronę jest najbliższe miasto było bardzo ważne. Niektóre osoby nie mówiły po francusku, więc Lucien dogadywał się z nimi swoim średniozaawansowanym angielskim. Ojciec zawsze był mu za to wdzięczny, dlatego naprawdę się do tego przykładał.
    Kolejny dzień, pierwszy dzień pracy, przebiegł podobnie jak wszystkie inne dni w poprzednich i zapewne przyszłych latach, z tylko jednym, małym wyjątkiem. No dobra, może nie taki do końca mały, a całkiem wysoki wyjątek, który na głowie miał burze pięknych, ciemnych loków, a na imię Vasile, a przynajmniej tak przedstawił się jego ojcu, gdy przyjechał. Lucien zerkał na niego podczas pracy i wcześniej, na śniadaniu, parząc kolejny dzbanek kawy i zastanawiał się, co on tu robi. Nieraz przyjeżdżały do nich osoby, którym nie zależało na pieniądzach, chciały po prostu zasmakować życia na francuskiej wsi, niektórzy twierdzili, że zbieranie winogron po prostu ich odpręża, inni szczerze potrzebowali pieniędzy, które za to dostawali, ale z jakiegoś powodu trudno mu było na pierwszy rzut oka przypasować Vasilea do którejkolwiek z tych grup. A był w tym już całkiem dobry, lata praktyki.
    Podczas pracy w polu ojciec wciąż jeszcze był na miejscu, ale dał mu trochę swobody w nadzorowaniu wszystkiego. Lucien czuł się odpowiedzialny, czuł się dorosły i poważany, gdy przechadzał się pomiędzy krzakami, sprawdzając, czy nikt nie obcina liści wraz z kiściami. Liście były niedopuszczalne, tak samo jak zgniłe lub wysuszone winogrona, które teoretycznie powinny być skrupulatnie wycinane, ale pracownicy rzadko potrafili być jednocześnie szybcy i dokładni. On nie potrafił być dla nich tak surowy jak ojciec, upominał kogokolwiek tylko w ostateczności, a czasem schylał się, unikając spojrzenia taty i pomagał tym, którzy zostawali w tyle, aż udało im się zrównać z tempem reszty.
    Dzień był wyjątkowo gorący, nawet jak na tę porę roku, więc gdy skończyli drugą zmianę pracy w polu, Lucien poszedł prosto pod prysznic. Ten swój własny, w domu, jednocześnie współczując pracownikom, którzy musieli czekać na swoją kolej, aby umyć się w ich własnej, jednej wspólnej łazience.
    Gdy zjawił się w kuchni, aby pomóc z rozkładaniem talerzy na kolację, dochodziła siódma wieczorem, a temperatura wciąż się utrzymywało. Słońce wciąż jeszcze świeciło, co prawda dość nisko, ale za to bezlitośnie. On był do tego przyzwyczajony, właściwie to uwielbiał upały i z uśmiechem patrzył na swoją nierównomierną przez warunki pracy w polu opaleniznę.
    Podczas posiłku siedzieli wszyscy razem, Lucien, jego ojciec, matka i siostra, a także sporo osób, które zatrudniali. Lucien zajął miejsce naprzeciwko Vasilea bardzo naumyślnie. Humor zdawał się wszystkim dopisywać, być może dzięki butelkom wina, które pojawiały się na stole za każdym razem, gdy poprzednie się kończyły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tutaj, poza polem, poza pracą, jego ojciec, pan Desrosiers był zupełnie inny. Żartował, śmiał się, rozmawiał, był na tym samym poziomie, co każda inna osoba w pomieszczeniu. Lucien zazdrościł mu, że nawet pomimo tego, jego tata potrafi wzbudzić w kimś strach, gdy przybiera postawę wymagającego gospodarza. Sam wciąż miał z tym pewne problemy.
      Nawet się nie zdziwił, gdy kolacja zamieniła się nagle w degustację różnego rodzaju win, a ludzie zaczęli wychodzić na podwórko, przenosząc się na wystawiony tam drugi stół. Zapowiadała się miła wieczorna posiadówka, a on wciąż był pogrążony w rozmowie o niczym ważnym z kilkoma siedzącymi obok osobami, ale wciąż nie był do końca zadowolony tym, jak mało słów zamienił z Vasilem. Był ciekawy, to wszystko, lubił ludzi, których nie potrafił rozgryźć.
      – Mm, a ty? Jesteś z okolicy? Nie wyglądasz na nowicjusza – powiedział, patrząc prosto na niego i uśmiechnął się nieznacznie, unosząc swoją szklankę z winem do ust. Prawda, chłopak zdawał się w większości niewzruszony tempem pracy czy w ogóle tempem wiejskiego życia, ale być może za bardzo się w to wgłębiał.

      Usuń
  2. Lucien uśmiechnął się pod nosem, odstawiając prawie pustą szklankę na stół. Rumuni rzeczywiście przyjeżdżali do nich dość często, przeważnie byli świetnymi pracownikami i nawet lepiej lub gorzej mówili po Francusku, ale Vasile z jakiegoś powodu wydawał mu się inny. Nie rozumiał, dlaczego chciał wiedzieć o nim więcej, w końcu w ciągu ostatnich lat poznał wiele przeróżnych, nieraz niesamowicie ciekawych osób, które przyjeżdżały na winobranie, ale żadna nie ciekawiła go w podobny sposób. Najgorsze, a może najlepsze było to, że Vasile wyglądał na, w najlepszym wypadku, umiarkowanie zainteresowanego nim.
    – Och, w Transylwanii. Byłeś kiedyś w Zamku w Branie? Wyszedłeś z tego z życiem? – zapytał z uśmiechem, lekko przechylając głowę w bok. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego nawiązanie do domniemanego miejsca zamieszkania hrabiego Drakuli może i nie było najwyższych lotów, ale nie potrafił się powstrzymać.
    Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale przeszkodziła mu jego pochylająca się nad jego ramieniem siostra. Jej długie, ciemne włosy połaskotały go w nos, gdy odwrócił się w jej stronę, wzdychając głęboko. Charlotte była o niego dwa lata młodsza, zawsze twierdziła, że wyjedzie kiedyś do Paryża, żeby zostać aktorką i Lucien absolutnie ją uwielbiał. Nie tylko nie miał w niej konkurencji, jeśli chodzi o gospodarstwo, ale również nie miała sobie równych, gdy w grę wchodziło pozytywne nastawienie do życia. Wierzyła w siebie tak bardzo, że wiara ta udzielała się chyba całej rodzinie i dlatego rodzice nawet nie próbowali powstrzymywać jej przed spełnianiem marzeń.
    – Tak, Lottie? – mruknął, spoglądając na nią, a dziewczyna uniosła brew i jej wzrok z jakiegoś powodu prosto na Vasilea.
    – Tata cię woła. Mógłbyś się na chwilę przestać spoufalać z pracownikami i mu pomóc w piwnicy – powiedziała, unosząc kącik ust w zadziornym uśmiechu. Poczęstowała się resztką wina z jego szklanki, a Luciem wywrócił oczami, jak zwykle nie potrafiąc nawet się na nią zezłościć. Zresztą życie an wsi rządziło się zupełnie innymi prawami, tutaj wino było jak każdy inny napój, sam popijał nim posiłki już od lat.
    – Idę. A was zapraszam na zewnątrz – powiedział, kiwając w stronę wyjścia i posłał ostatni uśmiech w stronę osób, które wciąż siedziały w środku.
    Jego siostra z zadowoleniem ruszyła na podwórko, a Lucien wstał i zszedł do piwnicy. Jego ojciec rzeczywiście tam był, obracając w dłoniach butelkę różowego szampana… no dobrze, wina musującego, ale za to można podziękować okropnie niesprawiedliwej wyłączności do szampana Szampanii.
    – Dwa tysiące piąty, jeszcze ze zbiorów babci – powiedział, podając mu trunek. Brzmiał na nieco wstawionego i jeszcze bardziej sentymentalnego. – Chcesz iść je podać? Dobrze pisałeś się dzisiaj na polu, Lucien. Jutro rano pojedziesz sam, a ja będę tylko jeździł traktorem z pełnymi przyczepami – zadecydował, kładąc rękę na jego ramieniu.
    Lucien obejrzał szampana, a potem podniósł wzrok na swojego ojca i uśmiechnął się szeroko.
    – Naprawdę? Dziękuję, tato. Nie zawiedziesz się na mnie, obiecuję! – zapewnił energicznie, przytulając go krótko, po czym zgarnął korkociąg z szafki i ruszył na zewnątrz, uzbrojony w praktycznie szampana.
    Wszyscy byli już na zewnątrz, jak widać bawiąc się świetnie, wraz z jego siostrą przymilającą się do jednej z pracowniczek z Rosji. Lucien nie ingerował, pamiętając, że Charlotte zawsze powtarzała, jakie to akcenty ze wschodu są urocze. Zamiast tego, podszedł do rozbawionego towarzystwa i postawił alkohol centralnie przed Vasileem. To oczywiście również był tylko przypadek.
    – Z pozdrowieniami od taty za ciężką pracę! Good work today, everyone! Na zdrowie! Cheers! – zawołał, uśmiechając się do wszystkich, przeplatając francuski z angielskim najlepiej jak umiał. Otworzył wino musujące z głośnym dźwiękiem korka wyskakującego z butelki i kilka wzburzonych kropli popłynęło mu po dłoni. – Sănătate – mruknął już trochę ciszej, zerkając na Vasilea i to jemu nalewając trunku jako pierwszemu. Miał nadzieję, że przynajmniej dobrze pamiętał, jakimi słowami toast wznosili Rumuni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [potraafisz, długość nie ma znaczenia, o ile dobrze ci się będzie pisać c;]

      Usuń
  3. [W porządku, skup się na życiu i się nie śpiesz, to najważniejsze, ja poczekam i w ogóle c;]

    Pochylał się nad stołem, rozlewając wszystkim chętnym alkohol i kiwając głową w odpowiedzi na na zdrowie i nawzajem atakujące go ze wszystkich stron. Śmiał się, odpowiadając na komentarze pracowników i zapewniając, że jeśli tylko będą mieli siłę na późniejszą pracę, mogą imprezować, ile chcą. Naprawdę uwielbiał ten gwar, przepadał za rozmowami nad pełnymi szklankami, szczególnie z osobami, które miały wiele do powiedzenia. A że Lucien zawsze podziwiał podróżników, interesowały go inne kultury, odległe i bliższe zakątki świata, według niego każdy miał wiele do powiedzenia.
    Słysząc pytanie Vasilea, uśmiechnął się pod nosem, dumny z siebie. Potrafił powiedzieć po rumuńsku zaledwie kilka zdań ściśle związanych z winobraniem, tak samo jak i w kilku innych językach, ale mimo wszystko zrobił chyba nienajgorsze wrażenie. Albo przynajmniej zwrócił na siebie jego uwagę. Nie, żeby mu na tym zwracaniu uwagi bardzo zależało, to była tylko zwykła obserwacja, nic więcej. Odchrząknął, trochę bardziej dramatycznie niż to było potrzebne.
    Winogrona obcinać bez liści, kolacja o siódmej, obcinać ten rządek, koniec pracy, na zdrowie, wino, kocham cię – powiedział swoim łamanym rumuńskim, właściwie całkowicie wyczerpując zasób swojego słownictwa w tym języku. – Kurwa – dodał jeszcze po krótkim zastanowieniu, uśmiechając się szeroko, no bo tak, przekleństwo było wręcz obowiązkowe. Odstawił prawie pustą butelkę na stół po tym jak zakończył rozlewanie trunku na swojej własnej szklance. Usiadł na ławce, wciskając się pomiędzy jakichś dwóch chłopaków, którzy spojrzeli na niego spod byka, jednak Lucien nie miał zamiaru szukać miejsca gdzieś na końcu, gdzie nie mógłby kontynuować rozmowy z Vasileem.
    – Także no, jak słyszałeś, nie do końca. Lepszym sformułowaniem byłoby chyba, że znam kilku Rumunów, którzy przepadają za alkoholem. Czasem przyjeżdżają na winobranie. W zeszłym roku też byli, przywieźli ze sobą trzy butelki Țuică i tak upili mi siostrę, że ojciec zarządził dla niej areszt domowy do końca winobrania. Ale w tym roku już jej odpuścił, nikt nie potrafi się na nią długo gniewać. – Lucien wzruszył lekko ramionami, wciąż się uśmiechając i upił trochę wina musującego ze swojej szklanki. Nie był pewny, czemu to wszystko opowiada, ale z drugiej strony, czemu miałby tego nie robić, nie miał nic do ukrycia, lubił poznawać nowych ludzi.
    Było już dość późno, do tego wiał lekki wiatr, jednak był on na tyle ciepły, że i tak nie było mowy o zakładaniu czegokolwiek więcej niż zwykłego podkoszulka. Mimo to skwar nie dokuczał już tak bardzo jak w ciągu dnia i chyba właśnie dlatego wszystkim tak bardzo dopisywały humory i nikt nie kwapił się do wczesnego pójścia spać.
    – A ty jesteś tutaj z rodziną, znajomymi? – zapytał, spoglądając na niego z zaciekawieniem. Ludzie raczej nie przedstawiali się tutaj z nazwiska, więc Lucien nie był pewny, nie zwracał aż takiej uwagi podczas oficjalnego witania się ze wszystkimi pracownikami, to przecież niemożliwe, żeby już pierwszego dnia kojarzył wszystkich. Tak właściwie to zwykle nie kojarzył nikogo, ale to nie było zwykle.

    OdpowiedzUsuń
  4. [Każdy ma w sobie tę wewnętrzną leniwą bułę ;p]

    Uśmiechnął się, dowiadując się, że obaj mieli młodsze siostry. Wiedział co nieco o byciu starszym bratem, rozumiał przywiązanie i rozglądanie się za młodszy rodzeństwem, aby upewnić się, że nie robi jakichś kompletnych głupot. Też zawsze się tym zajmował, gdy był z Charlotte, która obecnie prowadziła bardzo ożywioną dyskusję z pracownikami przy drugim końcu stołu.
    Wzrok Luciena powędrował we wskazanym przez chłopaka kierunku, gdzie jedna dziewczyna pomagała drugiej wejść na stół. Uniósł brwi, obserwując tę scenę, ale nie był specjalnie zszokowany; ktoś tańczył na stole praktycznie na każdym winobraniu… w zeszłym roku była to Lottie i aż uśmiechnął się na to wspomnienie. Natomiast jeśli chodzi o siostrę Vasilea, to teraz już widział podobieństwo, przynajmniej fizyczne, oboje mieli tak samo cudowne loki.
    – O stół się nie martw, przetrwał gorsze rzeczy – zapewnił, chociaż wiedział, że odpowiedzialnym ruchem byłaby teraz właśnie interwencja i opanowanie rozbawionych gości. Obecni zdejmowali ze stołu swoje szklanki i zagarniali butelki dla siebie, robiąc dziewczynom miejsce i co chwilę komentując coś mniej lub bardziej przyzwoicie. A one nie wyglądały na zniechęcone, wręcz przeciwnie. Jeszcze nie wyglądało na to, aby cokolwiek bardzo wymykało się spod kontroli, poza tym Lucien zauważył swojego ojca stojącego w drzwiach jadalni i kręcącego głową z rozbawieniem; chyba mieli jego aprobatę.
    – Lucy!
    Aż podskoczył, znienacka słysząc głos Charlotte zaraz obok swojego ucha. Znowu, już drugi raz tego wieczora! Odwrócił się przez ramię z miną, która pokazywała, jak bardzo nie jest pod wrażeniem tego ataku na swoją osobę.
    – Lucien – zaakcentował cierpliwie, chociaż wiedział, że to na nic. Lottie patrzyła na niego tymi swoimi wielkimi, błyszczącymi oczami, a rumieńce na jej policzkach wyraźnie wskazywały na to, w jak dobrym jest humorze. – Co tym razem?
    – Chodź tańczyć, Lucien – poprosiła, łapiąc go za rękę i ciągnąc lekko w swoją stronę.
    – Dlaczego ja? Rozmawiam – zaprotestował od razu, rzucając przelotne spojrzenie Vasileowi, ale Lottie rozproszyła go głośnym, niezadowolonym westchnieniem.
    – Musisz się trochę rozluźnić – zadecydowała dziewczyna, wyciągając zza pleców otwartą butelkę jakiegoś przeźroczystego alkoholu, zapewne wódki, tak zgadywał, bo etykietka napisana była cyrylicą, której nie potrafił rozczytać.
    – W końcu zostaniesz alkoholiczką, wiesz? Zresztą słyszałem, że aktorstwo to niewdzięczny zawód, może rzeczywiście powinnaś zacząć się przyzwyczajać – powiedział z rozbawieniem, zręcznie zabierając od niej alkohol. Rzucił jej wyzywające spojrzenie, po czym przechylił butelkę i wziął dwa spore łyki, po których dyskomfort udało mu się zamaskować tylko cudem. – Nie, nie – dodał, gdy dziewczyna sięgnęła, aby odzyskać swoje procenty. – Wystarczy. Troszczę się o ciebie.
    – Pff, nie powstrzymasz mnie, Lucy! Viktor ma więcej! – rzuciła urażona, po czym zgranie odwróciła się na pięcie i odeszła.
    Lucien pokręcił głową i postawił wódkę na stole przed sobą. Też nie był już trzeźwy, ale nie spodziewał się niczego innego. Przynajmniej udało mu się na chwilę zbyć Charlotte... ale wiedział, że niedługo będzie musiał iść wygonić ją spać i aby to zrobić był gotowy nawet tak ją wymęczyć w tańcu, że przyśnie mu na rękach. Trzeba jakoś sobie radzić.
    – Co byśmy zrobili bez młodszych sióstr, nie? – zapytał, pochylając się do przodu i uśmiechnął się do Vasilea. – Może jednak trzeba interweniować? – Kiwnął w stronę dziewczyn tańczących na stole, które zaczynały wciągać do siebie coraz więcej osób i cóż, Lucien oczyma wyobraźni widział jak ich biedny stół nie wytrzymuje takiego ciężaru i nikt by chyba nie chciał wypadku. Ale może to nie Vasile powinien iść zaprowadzić trochę porządku, a on sam. Albo może powinni pójść razem… czy to by było bardzo dziwne?

    OdpowiedzUsuń