Jeśli coś pomyliłam przy dodawaniu linków lub coś nie działa - dajcie znać, proszę! Trochę zamotana jestem ostatnio. - //V.

30 lipca 2017

[KP] Zabijamy z ukrycia.


Ragnar z rodu Rodenów. Herb >ręce oplatające wilka<. Dewiza rodu Zabijamy z ukrycia. Bękart króla Hartmuta władcy Letlis. Rodzeństwo: Randall -przyszły król, Eve -zakochana w bracie bękarcie i Olia- najsłodsze dziecko pod słońcem. .Znienawidzony przez swoją macochę. Świetny jeździec. Stajenny w zamku ojca. Matka dziwka. Nie marzy o niczym innym jak zdobyć władzę nad całym światem.

4 komentarze:

  1. [To nowe zdjęcie bardziej do mnie przemawia :D ]

    W błękitnej sukni spacerowała po królewskich ogrodach. Nigdy ich nie lubiła. Roślinność jakoś nigdy nie potrafiła jej dostatecznie zafascynować. A jednak tylko w ogrodzie potrafiła się dostatecznie uspokoić. Tylko w tym miejscu wpadały jej dobre pomysły. I tylko tutaj nie miała ochoty rozszarpać wszystkich swoich doradców z lordem – bratem na czele. Była prawowitą dziedziczką tronu. Jednak nikt jej nigdy nie powiedział, że rządzenie będzie takie trudne. Musiała być doskonałym politykiem, musiała przewidywać i działać. I chociaż całe życie wpajano jej, że obejmie tron i będzie rządzić, to nikt nie wspomniał, jak powinna to robić.
    Ta kolacja miała nie być czymś szczególnym. Miał przyjechać pewien książę. Mieli dobrze zjeść, dobrze się zabawić. A rano podpisać ważne dokumenty. Nic strasznego. Zresztą, ona i tak będzie bardziej do ozdoby. Nie podejmie ważnych decyzji bez rozmów i zgody Rady, męża i brata. Nie była samodzielnym organem, przez co czasami bardzo ubolewała, a czasami była wdzięczna.
    — Lady Rayno, już czas. — Gdzieś za sobą, usłyszała głos jeden ze swoich ulubionych służek. Dziewczyna była piękną i młodą córką handlarza niewolników, którego Roan ściął za zdradę. A jego córka, która nie miała się gdzie podziać, trafiła pod skrzydła Rayny.
    — Powiedz, że już idę — odparła. Służka skinęła głową, po czym odwróciła się i odeszła. Blondynka zerwała czerwonego kwiatka, którego nazwy nie potrafiła sobie przypomnieć. Chwilę się w niego wpatrywała, aż w końcu poniosła się z kamiennej ławki.
    Powolnym, niemal ślimaczym tempem, zmierzała w kierunku wyjścia z ogrodów. Celowo ignorowała spojrzenia gwardzistów, którzy pilnowali, aby przypadkiem nic jej się nie stało. Nawet jeden z jej jasnych włosów nie mógł upaść.
    Przed wyjściem z ogrodów, wyrzuciła czerwonego kwiatka do stojącej nieopodal fontanny. Ten dziwny zwyczaj sprawiał, że czuła się pewniej i bardziej swobodnie podczas takich kolacji, których szczerze nie znosiła.

    Przed wejściem do sali tronowej, gdzie odbywało się oficjalne spotkanie, wygładziła materiał od swojej sukni. Opuściła wzrok, upewniając się, czy dół na pewno nie jest zabrudzony. Dobry wygląd był jedną z podstaw dobrego odebrania przez gości.
    Jeden z gwardzistów pchnął drzwi i wpuścił ją do środka. Wyprostowała plecy i dumnie krocząc, przemierzyła salę. Wspięła się po schodach i usiadła na swoim tronie. Tuż obok, na drugim tronie, siedział jej mąż. Natomiast brat podszedł do niej i spojrzał twardo w oczy.
    — Nie powinnaś kazać gościom tyle na siebie czekać, moja pani — warknął, na co dziewczyna wywróciła delikatnie oczami.
    — Mieli być wczoraj. A teraz wprowadź ich. Kolacja nie może się przedłużać w nieskończoność — odpowiedziała, odwracając wzrok od brata. Utkwiła go w drzwiach naprzeciw siebie. Roan bez słowa ruszył w kierunku wyjścia.

    Wrócił po chwili, wprowadzając przybyłych gości do sali i prowadząc ich przed oblicze królowej.

    Rayna

    OdpowiedzUsuń
  2. Rządzenie tak potężnym królestwem nie należało do najłatwiejszych rzeczy. Na każdym kroku czyhało jakieś niebezpieczeństwo. Musiała mieć oczy dookoła głowy. Musiała nauczyć się przewidywać i działać z pewnym wyprzedzeniem. Musiała być ponad wszystkim i uważać na zdrajców, których na dworze było niemało. Niektórych, dla przykładu, już straciła. Jednak niektórzy wciąż pozostawali w cieniu. Ukrywali się, starając się nie popełnić błędów. Ale Rayna wiedziała, że wcześniej czy później, prawda wyjdzie na jaw. To była jedynie kwestia czasu.
    Ale nim zostaną odkryci, mogli jej zaszkodzić. Nie mogła pozwolić, aby ktoś ją zrzucił z tronu, który według prawa należał się jej.
    Aby zmniejszyć zagrożenie z zewnątrz, potrzebowała więcej sojuszników. Jej mąż miał silną armię, która zapewniała bezpieczeństwo. Ale silna armia jeszcze nie gwarantowała zwycięstwa. Tym bardziej jeśli potężne rody się jednoczyły.
    Doskonale pamiętała, że jej ojciec miał wielu sojuszników. Wielu, którzy odwrócili się od niego w momencie jego śmierci. Zostało tylko niewielu naprawdę lojalnych, którzy przy niej pozostali. I w nagrodę zasiadali w Radzie. Jako, że musiała budować swój wizerunek od podstaw, musiała znaleźć nowych sojuszników. Z pomocą brata, męża i jeszcze kilku doradców, doszli do wniosku, że sojusz z Rodenami będzie jednym z lepszych posunięć. Zyskają silnego sojusznika, który pomoże utrzymać im władzę i spokój w królestwie.

    Nie lubiła tej całej otoczki. Wieczerze i kolacje nie stanowiły najlepszego punktu dnia. Musiała udawać, że się świetnie bawi, aby przypadkiem nie obrazić gości. O wiele bardziej wolała same przygotowania. Zarządzanie, jak powinny być ustawione stoły, talerze, krzesła. Kto koło kogo powinien siedzieć. Nie mogła się pomylić, aby nikt nie oskarżył ją o zniewagę. I musiała zadbać, aby przy stole nie doszło do rękoczynów. Zbyt szybko.
    O dziwo, jej mąż i brat, zawsze byli w siódmym niebie. Prowadzili długie dyskusje ze zgromadzonymi gośćmi. Przechwalali się sukcesami królestwa i armii, podczas gdy ona, wszystko uważnie obserwowała. Śledziła wzrokiem po zebranych z kamiennym wyrazem twarzy. Jej twarz nigdy nie zdradzała emocji, kiedy tego nie chciała. Nauczyła się tej sztuczki już dawno temu. I niejednokrotnie się ona przydawała.

    Nawet nie drgnęła, kiedy do sali tronowej weszli przybyli goście. Prześlizgnęła po nich wzrokiem, każdego z nich nim zaszczycając. Podniosła się ze swojego tronu, a jej mąż zrobił to samo.
    — Lady Rayna z rodu Orwellów. Córka Henry`ego Orwella, drugiego tego imienia. Żona lorda Roana Blackthorne`a. Prawowita dziedziczka tronu i królowa. — Vishal przedstawił siostrę, która skinęła głową w geście przywitania. — Oraz jej mąż. Lord Roan Blackthorne. — Mężczyzna również skinął głową, po czym ponownie usiadł na tronie. Blondynka wzięła z niego przykład. Znów prześlizgnęła wzrokiem po zebranych, najdłużej zatrzymując się na przybyłym księciu.
    — Przyjmijcie nasze najszczersze współczucia — odezwała się po chwili. — Niestety nie możemy przywrócić ci brata, panie. Ale, jeśli wilki nie rozszarpały ciała, możemy ułożyć stos pogrzebowy, aby wyprawić mu godny pogrzeb. — Dodała, prostując plecy. Splotła ze sobą palce i złączone dłonie ułożyła na kolanach. — I zapewne zechcecie odświeżyć się po podróży. Kazałam służbie przygotować dla was najlepsze komnaty. O zachodzie słońca odbędzie się powitalna uczta, na waszą cześć. Lecz, jeśli życzysz sobie skromniejszej kolacji ze względu na żałobę po bracie, rozkażę i odwołam tę ucztę. W zamian zorganizujemy skromną kolację. — Mówiąc to, nawet nie drgnęła. Wpatrywała się w księcia, zastanawiając się z jaką osobą ma teraz do czynienia. Musiała zachowywać się bardzo rozważnie, aby przypadkiem nie zrobić tragicznej w skutkach głupoty.

    [Jutro wyjeżdżam i wracam dopiero w niedzielę/ w poniedziałek, więc nie wiem, czy dam radę odpisać :). udanego weekendu!]

    Rayna 

    OdpowiedzUsuń
  3. [Trochę mi to zeszło, przepraszam :<. Teraz będzie lepiej :) ]

    Od początku wiedziała, że kiedyś zdobędzie tron i będzie musiała władać. I owszem, wiedziała, że mężczyźni nie słuchali kobiet. Było to ogromnym utrudnieniem. Jak miała władać, skoro nikt nie miał zamiaru jej słuchać? Ale jednak prawo pozostawało prawem. I to ona miała prawo do tronu, a nie jej brat, który podobno był mądrzejszy. Vishal owszem, był doskonałym politykiem i miewał genialne pomysły. Jednak Rayna uważała, że nie nadawał się na władcę. Był zbyt porywczy i agresywny. A w dodatku zbyt wszystko brał do siebie. Wystarczyło krzywe spojrzenie, a już skazywałby na śmierć. Jednocześnie świetnie radził sobie w tych wszystkich intrygach. Z pewną wyćwiczoną gracją odszukiwał zdrajców, bądź tych, którzy spiskowali za ich plecami. Rayna różniła się od brata. Była bardziej zrównoważona i potrafiła dostrzegać zupełnie inne rzeczy. Dodatkowo potrafiła świetnie planować. Dotyczyło to nie tylko kolacji i innych bankietów. Również wykazywała się jako strateg, choć nie miała zbyt wielu okazji ku temu. W pewnym sensie dopełniali się nawzajem. Rayna wiedziała, że bez brata za daleko by nie zaszła. A on bez niej byłby nikim.
    Oboje dobrze wiedzieli, że potrzebują armii, aby utrzymać tron i porządek. Armia Blackthorne`a spisywała się znakomicie, jednak potrzebowali jej znacznie więcej. Musieli rozstawić wojsko w innych miejscach. Lecz przede wszystkim potrzebowali sojuszników. Takich, którzy by poparli ich decyzje, nawet jeśli nie byłyby odpowiednie.
    Ród Rodenów miał im pomóc. Jak zwykle, podzieliła się z bratem zadaniami. Ona miała ich oczarować, a on ich przekonać. Plan był prosty, niemal pozbawiony wad. Jedynie musiała się powstrzymywać przed całkowitym oczarowaniem. W końcu koło niej siedział jej mąż.
    — Jak sobie życzycie — skinęła delikatnie głową. Wstała ze swojego tronu i wyprostowała plecy. Wpatrując się w oczy księcia, zeszła ze schodów i stanęła w bezpiecznej odległości. Zawsze taką zachowywała, bo nigdy nie było nic wiadomo. Co prawda była dość dobrze wyszkolona, co sprytnie przed wszystkimi ukrywała, jednak nie miała pewności, że i tym razem uda jej się wyjść cało.
    — Osobiście zaprowadzę was do odpowiednich komnat — oznajmiła i skinęła głową, że mogą ruszyć za nią.
    Po niedługiej chwili znaleźli się na korytarzu, na którym stało pełno rycerzy gwardzistów, ustawionych w odpowiedniej odległości od siebie. Przeszli do końca tego korytarza, a potem skręcili w lewo, wprost na schody, prowadzące do jednego z wyższych pięter.
    — Za niedługo przyślę służących, którzy będą na twoje zawołanie, panie — powiedziała, zatrzymując się pod odpowiednimi drzwiami. — Do zobaczenia na kolacji. — Odwróciła się w jego stronę i spojrzała mu w oczy.

    Rayna 

    OdpowiedzUsuń
  4. Skłamałaby mówiąc, że mąż nigdy jej nie skrzywdził. Już samo małżeństwo i noc poślubna były wystarczającą krzywdą, jaka spotkała ją z jego strony. Doskonale pamiętała każdą minutę z tamtej nocy. Każde spojrzenie, każdy oddech, każdy dotyk i muśnięcie ciał. I chociaż z początku nie było jej lekko, tak teraz nauczyła się z tym żyć. Roan, choć odważny i okrutny, nie podniósł na nią ręki. Nigdy nie zdzielił jej w twarz, chociaż jego kultura na to pozwalała, a ona sama go niejednokrotnie prowokowała. Swojej frustracji i zazdrości dawał upust w zupełnie inny sposób – znęcał się na tymi, którzy śmieli posyłać jej tylko intymne i pełne namiętności spojrzenia. Wiedziała, że w innych okolicznościach książę Randall dołączyłby do reszty. I tylko konieczność współpracy chroniła go przed gniewem Blackthrone`a.
    Wątpiła, aby kiedykolwiek pokochała męża. Ale całkiem niedawno odkryła, że nie chciałaby go stracić. Był dla niej pewnym oparciem. Bardziej racjonalnie patrzył na większość spraw i umiał ukrócić jej wybuchy gniewu. A czasami, w ich prywatnych komnatach, kiedy nikt nie widział, bywało naprawdę miło.
    Nie odrywała wzroku od księcia. Nawet kiedy jego uśmiech się bardziej szyderczy. Wpatrywała się w niego, dopóki nie zniknął jej z pola widzenia. Jeszcze przed zniknięciem, skinęła nieznacznie głową w jego kierunku.

    Na kolację, jak zawsze, przybyła nieco spóźniona. Nie wynikało to z braku szacunku do gości, czy z braku kultury. Po prostu uwielbiała wielkie i efektowne wejścia. Uwielbiała ten moment, kiedy drzwi się przed nią otwierały, a ona mogła dumnie kroczyć przez środek, a wszyscy się w nią wpatrywali z nieukrywaną fascynacją i zachwytem. Podchodziło to pod skrajne pobudki egoistyczne, lecz najmniej ją to obchodziło.
    Tak było również tego wieczoru. W pięknej, lecz prostej, jasnokremowej sukni, która jeszcze bardziej podkreślała jej jasne, niemal srebrne włosy, kroczyła przez salę, którą wypełniali przybyli goście. Kolacja, którą właśnie urządziła, trwała od jakiegoś czasu. A sądząc po minach zadowolonych ludzi, wszystko przebiegało pomyślnie i dobrze.
    Dotarła do stołu, przy którym już się dzieli przybyli goście, jej mąż oraz brat. Spojrzała na wszystkich zebranych i delikatnie skinęła głową. Usiadła między swoim mężem, którego miała po prawej stronie, a księciem. Jeszcze raz spojrzała na wszystko i wszystkich uważnie. A potem odwróciła głowę w kierunku gościa.
    — Kazałam przygotować najlepsze dania, naszych kucharzy — odezwała się. — Mam nadzieję, że smakują. A sama kolacja spełnia wasze oczekiwania.

    Rayna 

    OdpowiedzUsuń